Często wracam myślami do wytwórni Teeto, jako do pewnej niespełnionej szansy. Nie jest to tylko nostalgia, bo wracam również do wydanych tam płyt i w zasadzie wszystkie wytrzymują próbę czasu. Nie dość, że Teeto przerwało nagle działalność (chyba z powodów finansowych, bo materiałów do wydania im nie brakowało), to obecnie jest nieco zapomnianym rozdziałem.
Pamiętane jest chyba głównie dzięki “Bleak Output” (2000) Noona, które ukazało się najpierw nakładem holenderskiej dDrecords. Potem album miał tyle reedycji, że aż się pogubiłem.
Rację ma zapewne Piotr Lewandowski piszący z perspektywy czasu: “szkoda tylko, że warstwa rytmiczna odstaje od umiejętnie klejonych sampli i konstruowanych sennych wizji. Gdy w miejsce plastikowo-komputerowego rytmu dostajemy żywszą rytmikę, całość od razu na tym zyskuje - vide Spleen. Cóż poradzić, autor miał w momencie nagrania płyty lat dwadzieścia jeden, warunki były warszawskie. “ (podobne zarzuty pojawiają się tutaj)
Z kolei Igor Pudło ze Skalpela tak zaczynał w "Klanie" wspólną recenzję albumów Noona i M.Bunio.S: “Z radością witam na polskim rynku muzycznym pierwsze premiery wytwórni Teeto [...]. Zakładając Teeto Tytus [prowadzący Asfalt Records, Teeto funkcjonowało jako sub-label] zdecydował się na odważne penetrowanie rejonów, których nie toleruje hip-hopowa ortodoksja, a które często są ciekawsze gdyż wybiegają poza gatunkowy schematyzm.” O samym “Bleak Output” pisał m.in. tak: “Ciekawy wybór oryginalnych sampli , nieprzeciętna wyobraźnia i umiejętności techniczne, to wszystko zsumowało się na powstanie urzekającej, nastrojowej, refleksyjnej, pełnej zadumy muzyki.”
“Nastrój”, “atmosfera” i “klimat” to słowa, które przewijały się przez wszystkie recenzje tej płyty. (Pamiętam swój nieudolnie poetycki tekst, w którym opisywałem obrazy-wyobrażenia, jakie wywoływało we mnie jej słuchanie.) Coś było na rzeczy, co przyznawał sam autor, w wywiadzie dla “Anteny Krzyku” pytany przez Marcina Cichego (drugą połówkę Skalpela):
“- Co i jakimi środkami chcesz przekazać swojemu słuchaczowi?
- Przede wszystkim nastrój, a często dodaję do niego słowa. Szukam najprostszego piękna. Jeśli jestem w określonym nastroju, to przeglądając płyty winylowe szukam dźwięków, które taki nastrój oddają. Nie posiadam praktycznie żadnej biblioteki brzmień. Wszystko tworzone jest pod konkretny pomysł.” (Przy okazji taka ciekawostka też z tej rozmowy: “Ostatnio coraz większy wpływ mają na mnie płyty z muzyką konkretną, np. płyta Włodzimierza Kotońskiego. Wciąż jednak szukam, jest tyle płyt, o których ludzie pozapominali lub nigdy ich nie docenili. Takie interesują mnie najbardziej.”)
Okładkę zaprojektował Marek Pyta z popularnej kiedyś strony prawda.org.
Oddajmy znów głos Igorowi Pudło: “Kolejną płytą w katalogu Teeto jest “Perz” [2001] autorstwa Bunia, który przyznaje się do fascynacji Ninja Tune. [...] za sprawą majaczących leniwie wibrafonów niektóre utwory kojarzyły mi się z natrętnie z wczesnymi dokonaniami DJ’a Cama (“Uannie 1”, “Ranna anuher”), a pewne rozwiązania rytmiczne przywodzą na myśl innego guru abstrakcyjnego hip-hopu DJ’a Shadowa (“Kompetentny każdy”, “Babunio”). Szkoda, że Bunio śmielej nie przefiltrowuje swoich kompozycji przez swoją ciekawą osobowość artystyczną, którą w pełni objawił w okraszonych eksperymentalnymi brzmieniami kawałkach “Leśnie raz”, “Lagot” (to gościnnie Deszczu Strugi), “Uannie 2” oraz energetycznym “42”.
Z kolei niejaki bedrian w recenzji dla “Fluidu” dorzucał trzeciego muszkietera instrumentalnego/abstrakcyjnego hip-hopu: “[...] oto doczekaliśmy się polskiego DJ-a Krusha. [...] Na równych prawach egzystują tu szmery ulicy, dubowe pogłosy, freejazzowy jazgot, minimalizm zaczerpnięty od Steve’a Reicha czy turntablistyczne popisy gościnnie występującego Deszczu Strugi. Nie jest to płyta przełomowa, ale intensywność zawartej na niej muzyki czyni “Perz” wydarzeniem dużego kalibru.”
Mi ten album zawsze jawił się jako bardzo wielkomiejski, słyszałem w nim ruchliwość i zgiełk miasta, choć łagodzony przez dźwięki wibrafonu. Recenzenci rzucają te skojarzenia z Krushem, Camem czy Shadowem albo Ninja Tune, ale też warto pamiętać, że Bunio współpracował już wtedy z Mazzollem, czego efektem była “Muzyka dla supersamów” (2000).
Okładka autorstwa Mikoy’a (Mikołaja Burkiewicza).
Z “Perzem” co bardziej otwarci fani hip-hopu mogli sobie jeszcze jakoś poradzić, ale wobec “Con Gas!” (2001) Baaby byli już bezradni. Drugi album projektu Bartosza Webera (z udziałem Kuby Kossaka, Macia Morettiego i Norberta Kubacza) można próbować okiełznać odwołując się znów do Ninja Tune, ale ja rozciągnąłbym to, co Łukasz Kamiński napisał że jest to muzyka “jakiej nikt inny w Polsce nie gra” bo wydaje mi się, że nadal nie słyszałem, żeby ktoś w ogóle taką grał.
Oprawa graficzna Dennisa Wojdy.
W 2002 kolejny album wydał M.Bunio.S. “Historie + R” wyszły najpierw na winylu a potem w wersji rozszerzonej na cd. Maciek Sienkiewicz we “Fluidzie” pisał: “przygotowane z wielką kulturą, kłaniają się na równi ulicznej dosadności, jak i awangardowym wizjom. [...] Dojrzałe”
Faktycznie, dobry album i może się czepiam, ale dla mnie zawsze rozbija go gościnny udział O.S.T.R. Jak trafionym pomysłem Tytusa było zasugerowanie Deszczu Strugi, tak ten featuring wydaje mi się niekonieczny.
Projekt mibu.org (ktoś coś wie?).
W sumie podobne zestawienie kolorów, jak w przypadku "Perza".
W tym samym roku ukazał się też singiel Noona z DJ-em Twisterem “Vision”.
Za okładkę odpowiada A to Tito właśnie (jakiś pomysł?).
Również w 2002 albumem zadebiutował Elektrolot, zespół, w którym oprócz Webera udzielali się Marcin Ziętek i Daniel Pigoński (wtedy też w Pustkach). Dla “Fluidu” album recenzował Maciek Sienkiewicz, przyznając, że z dotychczasowego dorobku Teeto “ta propozycja przypadła mi do gustu najbardziej.” Jednak potem dodawał nieco pokrętnie:”Chociaż właśnie owe poczciwe analogi są czymś troszeczkę przesadzonym: czasem nawet, gdy swingujący podkład okrszają intrygujące sample, owe surowe poświsty mogą wydać się nieco irytujące… Ale nawet mimo nierzadko mało oryginalnych rytmów z maszynki, wyobraźnia muzyków pozwala na stworzenie wciągającego nastroju muzyką, którą w końcowym efekcie trudno sklasyfikować.”
Oczywiście rzecz jest bardzo retro, ale w bardzo osobliwy sposób, może trochę na takiej zasadzie jak Piętnastka.
W ogóle to ciekawe, że dużo okładek tej wytwórni jakoś odwołuje się do przeszłości, nawet jeśli jest to komputerowa czcionka z płyt Noona, to jest ona staromodna.
Oprawę Elektrolotu zaprojektował Marcin Jaranowski.
Widziałem zespół na żywo, kiedy do składu dołączyła Maria Peszek. Nie pamiętam szczegółów koncertu, ale na pewno mi się podobało. Było to jeszcze przed wydaniem przez nią solowego albumu i gdy potem zrobił się wokół niej taki szum, to miałem nadzieję, że na tej fali wypłynie też Elektrolot. W tym wywiadzie http://www.ultramaryna.pl/tekst.php?id=495 jest mowa o szukaniu wydawcy dla materiału, ale wydaje mi się, że potem słyszałem rozmowę, w której Peszek mówiła, że to już zamknięta sprawa. Szkoda.
W 2003 ukazała się epka Noona “Gry studyjne”. Zainteresowanie muzyką ze Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia objawia się tutaj w warstwie graficznej. Wykorzystano, w zasadzie bez zmian, projekt Janusza Bruchnalskiego z płyty Andrzeja Dobrowolskiego. Co dziwne, nigdzie nie ma adnotacji o źródle, ciekawe czy Noon uznał, że album Dobrowolskiego jest tak znany, że wszyscy wychwycą “nawiązanie”.
Noon otwiera i zamyka katalog Teeto. Pamiętam reklamę, w której zapowiadano płyty “Zaćmienie” projektu Ćmy oraz “Remixas Con Gas” (z braku wydawcy dla tego krążka powołano do życia Lado ABC).
Bunio natomiast wylądował w post_post (związanym z Rockers Publishing), gdzie w 2003 wyszło “Lo-fi Symphony”. Piszący dla “Anteny Krzyku” Rafał Księżyk i Michał N. (zapewne Nierobisz) byli zgodni: “najlepszy album Bunia.” Dalej Księżyk: “bliżej mu teraz do naiwnej i klimatycznej elektroniki To Rococo Rot i wczesnego Mouse on Mars. [...] Brzmienie o własnej, stonowanej kolorystyce, ciepłe, ale też lekko chropawe. Rys naiwności i surowości, czujny puls ratuję tę pysznie nastrojową muzykę przed banałem idyllotroniki. [...] Szczerze mówiąc, słucha mi się tego przyjemniej niż nowego To Rococo Rot [czyli chyba “Hotel Morgen”].” Natomiast Nierobisz: “[...] dostajemy album zbudowany w znacznej mierze na bazie stosunkowo miękkiej, hiphopowej rytmiki poskładanej z lekko kostropatych i przybrudzonych sampli. Pojawiają się tu znane z poprzednich produkcji patenty i dźwięki, choć podane w innym kontekście - trochę jakby na surowo. Zapętlone, sprężyste przygrywki na basie, coś niby przeciągłe syntezatorowe pasaże, lekko nostalgiczne melodie i nieco toporne bity pobrzmiewają w aurze drobnoziarnistego komputerowego szumu. Całość sprawia wrażenie trochę niedorobionej i momentami poskładanej byle jak, ale pozory mylą. Po dłuższej chwili słychać wyraźnie, że wszystko jest nad wyraz przemyślane, a przez to czasami nawet zbyt zachowawcze.
(zwróćcie uwagę, że na wszystkich płytach Bunia jest twarz na okładce)
Mi się ten album kojarzy z “Weekend” Kreidlera, szczególnie z utworem “Lio”, nieco też z “Here I Go Again on my Own” The Remote Viewer. Faktycznie, momentami jest ładnie, ale płyta broni się tym, o czym wspominał Księżyk. Nie mówiąc już o tym, że tak zachwyca mnie morski początek, że potem wybaczyłbym chyba wszystko.
I jak już jesteśmy w tych rejonach, to dwa albumy Ludzi, w których Bunio się udzielał (obok Krzysztofa Topolskiego i Wojtka Mazolewskiego) i które też wydał post_post. “Sopot Surround” ukazał się w 2003 i pamiętam, że wtedy byłem zachwycony, zresztą nadal go doceniam. Tu można poczytać zebrane recenzje i odezwę zespołu.
Brak danych o autorze okładki, a szkoda, bo bardzo fajna.
W 2005 wyszedł album hybrydowy “Proffesioneller Klang + LIVE in Porgy and Bess”, sygnowany dwoma nazwami: Ludzie i Peepol. Koncert jest w starym składzie i dobrze się go słucha. Nowy materiał jest w nowym składzie i słucha się go trudno. Dorzucono też solowy utwór Topolskiego, dla którego było to pożegnanie z zespołem.
Oprawa poniekąd nawiązująca do pierwszej płyty, wkładka odsyła do strony http://lily.no/ ale tu chyba się coś zdezaktualizowało.