Był uznawany za jeden z największych polskich talentów piłki nożnej. Jak potoczyła się kariera najskuteczniejszego napastnika reprezentacji w XX wieku. Czym Ebi zamierza zająć się po ewentualnym zakończeniu kariery? Przedstawiamy sylwetkę Euzebiusza Smolarka – piłkarza, który był prawie u szczytu piłkarskiej sławy.
Euzebiusz Smolarek urodził się 9 stycznia 1981 roku w Łodzi. Jest synem znanego w świecie piłki nożnej Włodzimierza Smolarka. Posiada podwójne obywatelstwo - oprócz polskiego również holenderskie.
Swój pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał w 2000 roku w Holandii. Po kilku latach szkolenia w zespole juniorów Feynoordu Rotterdam Polak został włączony do pierwszej drużyny. Sezon 2000/2001 może uznać za udany - rozegrał 25 spotkań i strzelił 3 bramki.
W sezonie 2001/2002 Smolarek zagrał 19 spotkań, zdobywając 2 bramki. Wydawało się, że talent młodego napastnika dopiero eksploduje, jednak sezon 2002/2003 to już upadek napastnika. Najpierw kontuzja, która wyłączyła zawodnika na 15miesięcy oraz dyskwalifikacja na 6 miesięcy za zażywanie marihuany. Nigdy jednak winy mu nie udowodniono. Kontuzja wyeliminowała Polaka ze zwycięskiego finału Pucharu UEFA (Feynoord - Borussia Dortmund 3:2). Sezon 2003/2004 to powrót Smolarka po kontuzji. Napastnik rozegrał wówczas 21 spotkań, strzelając 7 bramek. Stał się wtedy ulubieńcem kibiców holenderskiej drużyny.
Po odejściu trenera Van Marwijka ze stanowiska trenera drużyny z Rotterdamu jego kariera zdecydowanie zwolniła. Ebi nie mógł znaleźć zaufania w oczach nowego trenera, co doprowadziło do wypożyczenia napastnika do Borussii Dortmund, gdzie trenerem był właśnie Bert Van Marwijk. W sezonie 2004/2005 Polak rozegrał 15 spotkań w barwach niemieckiej drużyny, zdobywając 3 bramki. Euzebiusz Smolarek przekonał do siebie tamtejszy sztab oraz właściciela, który postanowił wykupić zawodnika z Feynoordu. Ebi trafił do Borussii za 750 tys. euro.
Smolarek odwdzięczył się bardzo dobrą grą w sezonie 2005/2006, w którym rozegrał 34 mecze, zdobywając 13 bramek. Była to największa liczba zdobytych bramek w lidze niemieckiej przez Polaka od wielu lat. Smolarek stał się gwiazdą zespołu. W kolejnym sezonie zdobył dla drużyny 9 goli.
W 2007 roku Ebi został wytransferowany do Racingu Santander za 4,8 miliona euro, dzięki czemu stał się jednym z najdroższych polskich transferów. W Hiszpanii nie wiodło mu się najlepiej, większość czasu przesiadywał na ławce. Co prawda rozegrał 34 spotkania, zdobywając 4 bramki, jednak nie potrafił do końca przekonać ówczesnego trenera do siebie. Od tego momentu zaczęła się tułaczka Ebiego po Europie.
W 2008 roku zawodnik opuścił słoneczną Hiszpanię i trafił do Anglii. W drużynie Bolton Wanderers rozegrał 12 meczów, nie zdobywając nawet jednej bramki. Po tak kiepskim sezonie klub rozwiązał, za porozumieniem stron, umowę z Polakiem. W sezonie 2009/2010 trafił do Grecji, gdzie próbował odnaleźć swoją formę sprzed lat. Dostał szansę w klubie AO Kavala. W lidze greckiej nasz reprezentant rozegrał 15 spotkań, jednak zdobył zaledwie 3 bramki. Nie przekonało to trenera i zarządu greckiego klubu do przedłużenia umowy z Polakiem.
W sezonie 2010/2011 Ebi postanowił odbudować się w polskiej lidze. Podpisał dwuletni kontrakt z Polonią Warszawa. W barwach „Czarnych Koszul” rozegrał 23 spotkania i strzelił 7 bramek. Jednak zbyt wygórowane żądania finansowe Smolarka doprowadziły do zerwania rozmów związanych z przedłużeniem umowy. Nieoficjalnie mówiło się, że zawodnik zażądał 400 tys. złotych miesięcznie.
Po raz kolejny napastnik musiał szukać sobie nowego klubu. Następnym przystankiem w karierze został Katar, gdzie podpisał umowę z AL-Khor, w którym, po rozegraniu zaledwie 10 meczów, kontrakt został rozwiązany.
Następnie Smolarek postanowił wrócić do początków swojej kariery, czyli do Holandii. Jednak tym razem do drużyny ADO Den Haag. W tym klubie rozegrał 12 spotkań, strzelając 2 bramki. Zarząd klubu rozwiązał umowę za porozumieniem stron. Ponownie Ebi wrócił do ligi polskiej, tym razem do Jagielloni Białystok, z którą związał się rocznym kontraktem.
W 2013 roku Smolarek odszedł z Białegostoku. To był ostatnia przygoda z profesjonalną umową dla zawodnika. Później szukał co prawda klubu – przebywał m.in. na testach w Rosji, ale tam stwierdzono, że napastnik nie umie biegać. W 2014 roku media poinformowały, że Euzebiusz Smolarek zdecydował o zakończeniu swojej kariery. Nieoficjalnie łączono go z pracą w roli trenera juniorów Feynoordu Rotterdam, ale też informowano o tym, że zawodnik szuka zatrudnienia w jednej z drużyn w lidze mongolskiej. Sam zawodnik na razie zdementował informacje o zakończeniu jego przygody z piłką nożną.
Ojcowie sukcesu w Zurychu, czyli kilka słów na temat kondycji polskiej lekkoatletyki
Źródło: Maciej Janiec/Creative Commons 2.0
12 medali naszej reprezentacji na mistrzostwach Europy w lekkiej atletyce to bez wątpienia wielki sukces i to w pełni tego słowa znaczeniu, bowiem jest on nie tylko sukcesem czysto sportowym okupionym morderczymi treningami i wieloma wyrzeczeniami, ale też swego rodzaju wygraną walką o sportowy byt w kraju, w którym królowa sportu jest traktowana marginalnie.
Wydaje się, że zawodnicy oprócz przeciwników z innych reprezentacji, z którymi przychodzi im rywalizować na największych imprezach sportowych, mają też swoich rywali spoza stadionu lekkoatletycznego, a mianowicie ludzi zasiadających w PZLA czy też w niższych rangą związkach wojewódzkich. Nie chcę tu wchodzić na drogę kalkulacji ile pieniędzy może być zmarnowanych lub „przeżartych” przez tych, którym z pewnością na medalach nie zależy, bo po prostu dzisiaj nie warto tracić na to czasu. Aby jednak móc ze zdwojoną siłą podziwiać naszych medalistów warto właśnie teraz zobrazować wszystkim w jakich warunkach trenują nasi lekkoatleci.
Na szczególną uwagę zasługuje sprawa Joanny Fiodorow, brązowej medalistki w rzucie młotem, bo to ona jeszcze przez rozpoczęciem zawodów w Szwajcarii stoczyła zwycięską walkę na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim walkę z chorobą - bardzo niebezpieczną zakrzepicą żylną będąca przyczyną śmierci innej znakomitej polskiej młociarki Kamili Skolimowskiej, no i walkę z niezastąpionym w rzucaniu kłód pod nogi Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki, który tuż przed mistrzostwami Europy w Zurychu skreślił zawodniczkę z listy kadrowej, mimo że wypełniła minimum aż dziewięć razy! Do tego dochodzą też warunki w jakich przyszło trenować Polce. Zaraz po sukcesie, jakim było zdobycie brązowego medalu, serwis Głos Wielkopolski udostępnił zdjęcia z treningów w poznańskim klubie AZS, które bardziej przypominały obrazki z obozu przetrwania niż trening przyszłej trzeciej zawodniczki Europy. Na tym samym obiekcie pracował przed ME nasz inny młociarz, srebrny medalista Paweł Fajdek, który, jak donosi ten sam Głos Wielkopolski, bywa, że razem ze swoim trenerem zmuszony jest do szukania młota w zbyt wysokiej trawie.
Pozostając w środowisku młociarzy nie należy pomijać gwiazdy polskiej lekkiej atletyki Anity Włodarczyk, mającej jeszcze w tym sezonie duże szanse na pobicie rekordu świata, którego już wcześniej była posiadaczką. Z tymże określenie ''gwiazda'', mimo iż jak najbardziej zasłużone, brzmi nieco śmiesznie patrząc na obiekty, na których zmuszona jest trenować nasza lekkoatletka. Głośno było o tym, że wicemistrzyni olimpijska z Londynu, mieszkając jeszcze w Poznaniu, szykowała formę... pod mostem („idealne” miejsce do trenowania medalistów olimpijskich w Polsce). Teraz jest trochę lepiej, ale też nie należy przesadzać, bowiem Włodarczyk razem z trenerem Kaliszewskim wybrali obiekt warszawskiej Skry, niegdyś piękny kompleks sportowy, teraz kompletne ruiny.
Absolutny idol wielu młodych lekkoatletów, dwukrotny mistrz olimpijski, wracający z Zurychu z brązowym medalem, kulomiot Tomasz Majewski jeździ przez całe miasto, aby móc przeprowadzić trening, bo w Warszawie zamiast stadionów lekkoatletycznych buduje się stadiony piłkarskie. Nie trzeba chyba uświadamiać wszystkim jaka jest różnica pomiędzy sukcesami Majewskiego a naszych piłkarzy, którym przecież niczego nie brakuje.
Kolejnym fenomenem jest Yared Shegumo - srebrny medalista w maratonie. Mało który sportowiec przeszedł tak ciężką drogę do osiągnięcia sukcesu. Yared zmuszony był nawet wyjechać do Anglii, aby móc zarobić na życie, i mimo że jest wdzięczny związkowi, iż ten go przygarnął, to jednak ma trochę żalu, że w tym kraju prawie skończył karierę, nie będąc w stanie godziwie żyć.
Łatwo nie ma też Joanna Jóźwik, brązowa medalistka w biegu na 800 metrów, która - mieszkając w akademiku - ze wszystkich sił stara się pogodzić studia, trening i pracę. Nasz srebrny medalista na tym samym dystansie - Artur Kuciapski, też zasługuje na podziw, bo przecież jeszcze niedawno dojeżdżał z małego Oporowa do Kutna, aby zrealizować trening na tartanie. Za to złoty medalista na 800 metrów Adam Kszczot podkreśla, że gdyby nie prywatni sponsorzy, byłoby mu bardzo ciężko. Zwraca też uwagę na to, że stypendia są bardzo niskie (on sam za srebro w halowych mistrzostwach świata dostaje 1,6 tys. złotych brutto). Pieniądze są coraz częściej „obcinane”, a bardziej niż uprawianie lekkiej atletyki z sukcesami opłaca się po prostu podjęcie pracy.
O reszcie naszych medalistów nie wspomniałem przez brak danych na temat warunków, w których przepracowują sezon przygotowawczy. Wierzę jednak, że żaden z polskich lekkoatletów nie ma takich jak lekkoatleci z innych krajów europejskich (nie biorąc pod uwagę tych z innych kontynentów), którzy z politowaniem patrzą na kondycję tego sportu w Polsce. 12 medali to bardzo dużo, ale niewiele potrzeba, aby ich było jeszcze więcej, bowiem mamy w kraju wybitnych specjalistów, którzy mają wiedzę i chęci, ale którym brakuje pieniędzy. Po sukcesie w ME na pewno nie powinno się zadawać pytania : Jak to się stało, że mamy tak dużo medali? Przeciwnie, pytanie powinno brzmieć: Dlaczego mamy ich tak mało?
Ojcami sukcesu w Zurychu są więc przede wszystkim zawodnicy oraz ich trenerzy. Niech nie zmyli nikogo odtrąbienie przez PZLA czy ministerstwo sportu tryumfu Polski na mistrzostwach Europy, bowiem ci ludzie przyczynili się do niego w małym stopniu. Zwyciężyli sportowcy w pełni oddani swojej pasji (bo przecież z ''lekkiej'' w Polsce nie da się wyżyć), cieszący się sportem wbrew warunkom uniemożliwiającym jego uprawianie, dając tym samym piękny przykład dla tych, którzy mają ciężki start. Polska lekkoatletyka jest synonimem biedy, ale nie porażki. To jeden z wielu powodów dla których należy jej się szacunek.
Buyers club, czyli podsumowanie transferowego szaleństwa w Premier League. Część 1. - Londyn
Czy Diego Costa zostanie nowym królem Londynu? (źródło: Nathan Rupert/Creative Commons 2.0)
Ktoś kiedyś powiedział, że rok trwa dziewięć miesięcy. Te dziewięć miesięcy to czas, kiedy kluby z Premier League rywalizują o tytuł mistrza Anglii. Ci, którzy wyznają tę zasadę zapominają o, być może najważniejszym, okresie decydującym o późniejszym układzie sił w lidze. Okno transferowe miał wykorzystać zwłaszcza Manchester United, który po bardzo nieudanym sezonie 2013/2014 rozpaczliwie potrzebuje przebudowy. Z kolei ekipy z Londynu zamierzały wzmocnić się, aby zrzucić z tronu zespół Manchesteru City, który ani myślał próżnować i ułatwiać zadania swoim rywalom. Czy Liverpool utrzymał jakość po świetnej kampanii sprzed sezonu? A może udało się im się nawet załatać dziury w składzie, które uniemożliwiły The Reds końcowy tryumf? Zapraszam na podsumowanie najważniejszych zmian, jakich byliśmy świadkami w ostatnich tygodniach. Cykl został podzielony na trzy części.
Aktywni The Blues
Chelsea prowadzona do boju przez Jose Mourinho zajęła w ostatnim sezonie trzecie miejsce. The Special One zapowiadał, że to co najlepsze dopiero przed nami, więc oczywiście należało spodziewać się sporych rotacji. Tymczasem, jak się okazało, na Stamford Bridge zastosowano taktykę pt. „bierzemy tych, z którymi przegraliśmy”. W półfinale Ligi Mistrzów Hazard i spółka zostali ograni przez Atlético Madryt. Już wtedy sporo mówiło się o powrocie na Stamford Bridge wypożyczonego do Rojiblancos bramkarza z Belgii. Thibaut Courtois ma być bramkarzem nr 1 u portugalskiego szkoleniowca, pozostaje jednak pytanie: co z Petrem Cechem? Czy reprezentant naszych południowych sąsiadów podejmie rękawicę i zdecyduje się pozostać w obecnym klubie? Jego sytuacja prawdopodobnie pozostanie niejasna aż do końca sierpnia. Więcej mówiło się o transferze dwójki, która podczas półfinału Ligi Mistrzów raz po raz wywoływała panikę na trybunach Stamford Bridge, czyli o Filipe Luísie oraz Diego Coscie.
Ten pierwszy okazał się wielkim przegranym ostatnich miesięcy. Brazylijczyk o polskich korzeniach został pominięty przez Luiza Filipe Scolariego i nie zagrał na mundialu. Patrząc na wyczyny gospodarzy mistrzostw w obronie można stwierdzić, że w kadrze wyraźnie brakowało wychowanka Figueirense. 29-latek, który kosztował 15 milionów euro, w poprzednim sezonie zanotował jedną bramkę w Lidze Mistrzów i ani jednego trafienia na boiskach La Liga. Pięć asyst w Hiszpanii oraz jedno kluczowe podanie w Champions League nie rzucają na kolana, lecz ten, kto ogląda te rozgrywki na co dzień wie, że lewy obrońca urodzony w Jaraguá do Sul znakomicie balansuje między obroną a atakiem. Grając w barwach Atlético Filipe Luís sprawiał wrażenie człowieka tak pewnego i godnego zaufania, że można by spokojnie powierzyć mu do pilnowania małe dzieci i wyjechać na tygodniowe wakacje. W zachodnim Londynie będzie trudniej. Tutaj wymogi kibiców, a przede wszystkim właściciela, są dużo wyższe. Podczas presezonu nie zachwycał, ale poniżej pewnego poziomu raczej nie zejdzie.
W zupełnie innej roli przychodzi na Stamford Bridge Diego Costa. Napastnik urodzony w Brazylii, ale reprezentujący Hiszpanię ma być antidotum na koszmary kibiców Chelsea dotyczące napastników. Zawodnik tyle znakomity, co mocno kontrowersyjny. Najpierw zaliczył słynną porażkę w finale Ligi Mistrzów, wcześniej doprowadził do furii Brazylijczyków wybierając grę dla Hiszpanii. Teraz przechodzi pod skrzydła José Mourinho. Do Premier League El Cabron pasuje jak ulał. Silny, lubiący fizyczne starcia, doskonale wpasowuje się w koncepcję szkoleniowca The Blues.Pytanie czy za umiejętnościami pójdzie pokora i zdolność do współpracy z partnerami? Wiemy dobrze, że Costa lubi być najważniejszy na boisku, a gdy coś idzie nie po jego myśli zaczyna pomstować na arbitrów, kibiców i cały świat. Mourinho powinien jednak okiełznać temperament urodzonego w Lagarto napastnika. W końcu kto, jeśli nie on? 37 milionów euro wygląda na uczciwą cenę za usługi trzeciego strzelca ligi hiszpańskiej ubiegłego sezonu. 27 bramek, które uzyskał El Carbon na Półwyspie Iberyjskim byłoby bardzo mile widziane na Stamford Bridge. Dwie bramki zdobyte w sparingu przeciwko Realowi Sociedad są dobrym prognostykiem. Trudno spodziewać się, że Costa stanie się w Chelsea kolejnym Fernando Torresem.
Ostatni wątek dotyczący ekipy Mourinho i jej transferów do klubu, to oczywiście Cesc Fàbregas. Zawodnik, który ma za sobą przeszłość w Arsenalu musi u niektórych budzić zmieszanie przeradzające się w irytacje. Oto wychowanek Barcelony przechodzi do Chelsea po nieudanym sezonie w ekipie Blaugrany. Mimo dobrego początku: dorobku ośmiu bramek i dziewiętnastu asyst, Hiszpan w wielu meczach irytował niedokładnością i nie potrafił odnaleźć się na boisku. Ta sytuacja ma się zmienić w nowym klubie. Pod twardą ręką José Mourinho Fàbregas ma być kluczowym elementem w drugiej linii klubu z Londynu. Którą twarz Cesca ujrzymy? Tę z najlepszych lat w Arsenalu, czy tę z ostatnich tygodni w Barcelonie? Druga linia to najmocniejsza formacja The Blues i to Hiszpan musi się dostosować do jej poziomu, a nie odwrotnie. 33 miliony funtów to sporo, lecz nie na tyle, by zniechęcić Mourinho do zaniechania zakupu kluczowego gracza. Cesc zagra z numerem cztery i ma spowodować przesunięcie Oscara na pozycję „ósemki”. Brazylijczyk będzie zmuszony do wykonywania mrówczej pracy zarówno w obronie, jak i w kreowaniu akcji. Hiszpana z kolei czeka większa swoboda. W porównaniu z ubiegłorocznymi transferami, kiedy na Stamford Bridge trafili André Schürrle oraz Wilian, obaj będący zaledwie uzupełnieniem składu, zakup wychowanka Barcelony prezentuje się według mnie znacznie okazalej. Roman Abramowicz ponownie nie zawiódł.
Co można zapisać na minus przy transferach Chelsea? Odejście Romelu Lukaku. To prawda, że Belg nie zdążył właściwie zaistnieć w klubie. To prawda, że byłby rezerwowym. To również prawda, że najlepszej psychiki gość nie ma, ale czy należało się go pozbywać, aby następnie ściągnąć Didiera Drogbę? To napastnicy o bardzo podobnym profilu. Osoby decydujące o przyszłości Chelsea mogą oszukać matkę, mogą oszukać ojca, ale natury nie oszukają. Drogba jest o piętnaście lat starszy.
Naturalnie nie zapominam o pozytywach dotyczących przyjścia Didiera Drogby. Legenda Chelsea powraca na stare śmieci, aby przy akompaniamencie wrzawy, która będzie towarzyszyć każdemu jego wejściu na boisko, przeżyć jedne z ostatnich chwil w swojej znakomitej karierze. 36-letni Iworyjczyk nie będzie pierwszoplanową postacią, jeśli chodzi o strzelanie bramek, to pewne jak Oscary dla Titanica, ale swoją rolę w szatni bez wątpienia odegra. Psychologicznie ten ruch można ocenić na piątkę z plusem.
Arsenal w pogoni za podium
Przenosimy się do czerwonej części Londynu. Sprawa Arsenalu i jego wzmocnień jest prosta jak konstrukcja cepa. Wszystkie ruchy wydają się bardzo przemyślane, więc fani Kanonierów nie mają prawa narzekać. Zeszłego lata zwolennicy klubu z północnego Londynu długo drżeli o jakikolwiek wartościowy ruch ze strony sterników klubu. W efekcie na Emirates Stadium trafił Mesut Özil, który kosztował niecałe 50 milionów euro.Były piłkarz Realu Madryt prezentował się znakomicie tylko na początku swojej kariery w stolicy Anglii. Później było już tylko gorzej i w efekcie ocena całego sezonu w wykonaniu pomocnika urodzonego w Gelsenkirchen musiała być przeciętna.
Teraz na transferową bombę czekaliśmy do pierwszej połowy lipca. Jeszcze w trakcie trwania mundialu w Brazylii kontrakt z Arsenalem podpisał Alexis Sánchez. Kosztował on ok. 40 milionów euro. O komentarz w sprawie przejścia Tocopillano do stolicy Anglii poprosiłem naszego redakcyjnego kolegę, Michała Kędzierskiego.
- Odchodząc z Barcelony Chilijczyk Alexis Sánchez podzielił barcelonismo na wiele ugrupowań. Jedni twierdzą, że jego odejście to bardzo zła wiadomość, inni cieszą się wręcz, bo wciąż pamiętają byłego gracza Udinese, który ma problem z rozwinięciem skrzydeł. Inni myślą pragmatycznie i wyliczają, że sprzedaż Tocopillano pozwoliła na zakup El Pistolero Suareza. Gdzie leży prawda? Jak zwykle gdzieś pośrodku. Alexis Sánchez to moim zdaniem ekstraordynaryjny transfer na The Emirates. Chilijczyk pod koniec przygody w Barcelonie zaczynał wyrastać na piłkarza, który rzeczywiście mógł zasługiwać na przydomek El Nińo Maravilla (Cudowne dziecko). Wiecznie porównywany z Cristiano Ronaldo ze względu na umiejętność zwodzenia rywali, choć sam wolał zawsze twierdzić, że nie jest drugim Cristiano, tylko Alexisem. W stolicy Katalonii nie potrafiono Sáncheza dobrze ustawić; nie miał z tym za to problemu Sampaoli, który swojego - moim zdaniem - najlepszego reprezentanta ustawić umiał i ten odwdzięczał się niebywałą efektywnością (czasem i efektownością) – stwierdza nasz ekspert.
Jaka jest recepta na dobrą grę Alexisa? Dać mu mnóstwo przestrzeni na skrzydle i za napastnikami. Wtedy jest niemiłosiernie zabójczy i choć nie jest snajperem co się zowie, to jest jednak piłkarzem obdarzonym świetną dynamiką i dobrym timingiem. No i jeszcze jedna, chyba bardzo ważna zaleta - to walczak jakich mało, który na boisku oddaje serce (i nie tylko) dla barw, których broni. Popularny "Papcio Wągier" długo odkładał kasę i opłaciło się, bo nieco ponad 40 milionów euro za takiego piłkarza to prawdziwa promocja. Arsenal będzie miał olbrzymi pożytek z Chilijczyka i jestem przekonany, że Alexis szybko stanie się piłkarzem nawet TOP 5 w Premier League – zakończył Michał.
Fani Arsenalu mogli więc spać spokojnie po jednym udanym transferze? Niezupełnie. Z klubem pożegnał się Bacary Sagna, który zmienił Londyn na błękitną część Manchesteru. Za bocznym obrońcą rodem z Francji nikt raczej tęsknić nie będzie, bo klub za 15 milionów euro błyskawicznie ściągnął jego rodaka Mathieu Debuchy’ego. Podstawowy obrońca Trójkolorowych na Mistrzostwach Świata w 2014 roku wydaje się być idealnym następcą przeciętnego Sagni. Kiedy patrzyło się w ostatnich meczach na sprzedanego do City 31-latka, można było wznosić błagania o to, by wreszcie poćwiczył wrzutki. Debuchy, któremu nie dane było rozwinąć skrzydeł w, cierpiącym na samą myśl o grze obronnej, Newcastle powinien spisywać się pod tym względem znacznie lepiej. 28-letni obrońca urodził się we Fretin i jest wychowankiem Lille. To właśnie w klubie z Ligue 1 wyrobił sobie nazwisko. Mimo niezbyt błyskotliwej gry w barwach Srok, co było spowodowane wyżej wymienioną przyczyną jednokrotny zdobywca mistrzostwa Francji nigdy nie stracił miejsca w kadrze narodowej. Teraz trafia do Arsenalu, gdzie formacja obronna ma się całkiem nieźle, a on będzie mógł poszaleć w ofensywie. Wilk syty i owca cała.
Na tym nie koniec, jeśli chodzi o bocznych obrońców. Na Emirates Stadium trafił w tym okienku transferowym Calum Chambers. 19-latek całkiem nieźle radzi sobie na prawej obronie. Arsenal zapłacił za niego 20 milionów euro, co wywołało burzę komentarzy na portalach społecznościowych, nie tylko w Anglii. Bo jak to możliwe, że Kanonierzy płacą taką sumę za nieopierzonego nastolatka, który rozegrał ledwie 22 spotkania w Premier League i nie zanotował żadnej asysty, ani tym bardziej bramki? Odpowiedź jednak ponownie jest prosta. Chambers to inwestycja na lata. Już w Southampton mogliśmy obserwować jak znakomicie radzi sobie w grze box-to-box i idealnie rozkłada proporcje pomiędzy obroną a atakiem. Debiut w seniorskiej kadrze Anglików wydaje się być kwestią jednego, może dwóch lat. Wychowanek znakomitej szkółki Świętych ma w zanadrzu także inny atut. Potrafi z powodzeniem grać na pozycji stopera, co udowodnił chociażby w meczu o Tarczę Wspólnoty, w którym Arsenal zwyciężył zespół Manchesteru City aż 3:0. Uniwersalny zawodnik, wielki talent, inwestycja na kilkanaście lat - to wszystko składa się na sumę, której Arsene Wenger nie powinien był żałować. Na szczęście nie żałował.
Wreszcie ten, który powrócił z wypożyczenia. Kto oglądał ostatni turniej w Brazylii, ten dobrze zna Joela Campbella. Reprezentant Kostaryki jest napastnikiem, który może być lekarstwem na bardzo poważny problem nękający Arsenal w poprzednim sezonie. Olivier Giroud, nawet jeśli prezentował poziom zawodników Korony Kielce po odejściu Leszka Ojrzyńskiego, musiał grać ze względu na brak konkurencji. Teraz Giroud nie będzie spał spokojnie. 22-latek z San José już na mundialu pokazał nieprzeciętne umiejętności, a ten kto śledził Ligę Mistrzów z udziałem Olympiakosu Pireus wie, że nie było to absolutnie dzieło przypadku. Jeden Campbell zapisał się już złotymi zgłoskami w historii Arsenalu. Może pora na kolejnego?
Na koniec kolejny zawodnik, który ma wspierać walkę o miejsce w składzie. Jest nim David Ospina, czyli pierwsze rękawice Kolumbii. Wojciecha Szczęsnego pewnie nie wygryzie, ale sprowadzony za niespełna 4 miliony euro bramkarz może w tym sezonie dorzucić swoje trzy grosze. Ktoś w końcu musi pomóc obronić Puchar Anglii, który zajmuje ważne miejsce w klubowym muzeum.
Jeśli chodzi o sprzedaż, to sprawa nie wymaga poważniejszej debaty. Z klubem pożegnali się bez żalu: Thomas Vermaelen (Barcelona, 19 milionów euro), Łukasz Fabiański (Swansea, koniec kontraktu) oraz wyżej opisany Bacary Sagna.
Koguty na zakupach w Walii
Tottenham to, podobnie jak Manchester United, największy przegrany poprzedniego sezonu. Wiadomo było, że nie łatwo będzie zastąpić Garetha Bale’a, który za ponad 90 milionów euro przeniósł się do Realu Madryt. Lamela, Chadli, Soldado okazali się kompletnymi niewypałami, a jedynie Eriksen i Chiricheș zasłużyli na pozytywne oceny po poprzednim sezonie. Przed kolejnym oknem transferowym Daniel Levy z pewnością dwa razy się zastanowił zanim pozwolił Mauricio Pochettino na zakup kogokolwiek. Nowy szkoleniowiec Kogutów ma jednak głowę na karku i wie co należy naprawić na pierwszym miejscu. A trzeba podreperować przede wszystkim linię obrony. To jaki wiatrak robili z całej defensywy Spurs ich rywale w kampanii 2013/2014 wołało o pomstę do nieba. 11 bramek straconych w starciach z Manchesterem City, o dwie bramki mniej z Liverpoolem. Na ratunek przybywają: Ben Davies oraz bramkarz Michael Vorm (obaj ze Swansea), a także DeAndre Yedlin (Seattle Sounders). Na początku sierpnia udałem się do Londynu na krajoznawczą wycieczkę. W pubach można tam spotkać grupy kibiców wielu klubów. Ci z Tottenhamu prowadzili bardzo ożywioną dyskusję na temat tego ostatniego. „No kto to, k****, jest ten Yedlin?” przebijało się tam najczęściej. Otóż Yedlin to 21-letni prawy obrońca, który wyglądał rewelacyjnie podczas mundialu w Brazylii. Może to za mało, aby wyrobić sobie nazwisko, lecz na uwagę gracz ten z pewnością zasługuje. To kozak z prawdziwego zdarzenia. Łącznie, za te trzy transfery, Levy i spółka zapłacili ok. 20 milionów euro. Brzmi jak dobra inwestycja. Jeśli dołożymy do tego zdrowego Lamelę, zawsze groźnego Eriksena oraz efektywnego Adebayora, to możemy liczyć na skuteczną rywalizację Kogutów z najmożniejszymi w Premier League. Nad wszystkim będzie czuwać wciąż młody i zdolny Mauricio Pochettino.
Za Gylfi Sigurdssonem, który powrócił do Swansea raczej w stolicy nie będą płakać.
Pozostałe trzy drużyny ze stolicy, które rywalizują na najwyższym szczeblu w Anglii także nie próżnują. Szczególnie racjonalne i mogące wiele namieszać wzmocnienia zaobserwowaliśmy w West Ham United.Co ciekawe, ktoś na Upton Park upodobał sobie 24-latków. Przed sezonem 2014/2015 przybyło ich aż trzech: Enner Valencia (z Pachuci), Cheikhou Kouyaté (z Anderlechtu) oraz Aaron Cresswell (z Ipswich). Pierwszy z nich to napastnik z Ekwadoru, który dał się poznać jako świetny wykończeniowiec. Wsadzi głowę tam, gdzie niejeden bałby się wstawić nogę. Czy to nie idealny napastnik dla preferującego siłowy styl Sama Allardyce’a? Kouyaté to mierzący 193 cm stoper posiadający obywatelstwa Senegalu oraz Belgii. Ostatni z 24-latków to Anglik, który potrafi znakomicie dograć piłkę ze skrzydła. Współpraca z Ennerem Valencią mile widziana. Do tej trójki dołącza Mauro Zarate, Argentyńczyk wracający do Europy po zwiedzaniu Ameryki Południowej. Jeszcze w czasie gdy grał dla Lazio mówiło się o jego zadatkach na czołowego napastnika Europy. Teraz, w wieku 27 lat, Zarate trafia na Upton Park. Ostatnie wzmocnienie to Carl Jenkinson, boczny obrońca Arsenalu, który został wypożyczony. Nic nie ujmując klubowi z zachodniej części stolicy, nie tak miało wyglądać. Na swoje zakupy West Ham United wydał nieco ponad 28 milionów euro. Wygląda to na bezpieczny środek tabeli i nieco bardziej ofensywną grę Młotów. Czy świat się wtedy skończy? Przekonamy się.
Najważniejszą zmianą w Crystal Palace jest odejście Tony’ego Pulisa. Szkoleniowiec poprzedniego sezonu w Premier League odszedł z Selhurst Park, ponieważ nie podobały mu się ruchy transferowe dokonywane przez klub. Prawdę mówiąc trzeba się zgodzić z byłym menadżerem Stoke City. Zakup Martina Kelly’ego z Liverpoolu (2 miliony euro), a także „wzmocnienie” w postaci Fraizera Campbella (nieco ponad milion euro) zapowiadają desperacką walkę o utrzymanie Orłów. Czarne chmury zbierają się nad tym klubem. Utrata Thomasa Ince’a może również negatywnie wpłynąć na drużynę i tak już pogrążoną w chaosie po stracie Pulisa. Cytując klasyka: „Ciemność widzę!”
Wreszcie QPR, które awansowało do Premier League wygrywając w finale play-off z Derby County w wymiarze 1:0. Harry Redknapp i spółka będą chcieli przede wszystkim spokojnego utrzymania w najwyższej klasie rozgrywkowej. Jeśli chodzi o manewry na rynku transferowym, to należy je ocenić pozytywnie. Wzmocnienia w postaci Stevena Caulkera oraz Jordona Mutcha (obaj z Cardiff) mogą okazać się strzałami w dziesiątkę. Pierwszy z nich to prawdziwa skała w obronie, siła spokoju oraz „śmiercionośna skuteczność” pod bramką rywala przy stałych fragmentach gry. 5 bramek 22-latka w ostatnim sezonie w Premier League jest na to wystarczającym dowodem. Z kolei Mutch to przebojowy pomocnik, który legitymuje się siedmioma bramkami oraz sześcioma kluczowymi podaniami w ostatniej kampanii. Na Loftus Road taki dorobek będzie bardzo ciepło odebrany. Jeśli dodamy do tego doświadczenie Rio Ferdinanda, wypożyczenie z Juventusu Mauricio Isli oraz powroty z wypożyczenia Tarrabta i Remy’ego, to widać już światełko w tunelu. Oczywiście Queens Park nadal może spaść z hukiem, ale mądrze prowadzona do boju przez Redknappa drużyna powinna uratować status quo. Niespełna 20 milionów euro wydane na wzmocnienia okaże się bezcenne? Na to pytanie nie będę próbował odpowiedzieć. W końcu wyników tej drużyny nie sposób przewidzieć.
Tak kończy się podróż opisująca najważniejsze zmiany, które dokonały się w londyńskich klubach. W drugiej części zajmę się analizą szans ekip z Manchesteru oraz Liverpoolu. Serdecznie zapraszam!
Kolejne żniwa Polaków 5. i 6. dnia mistrzostw Europy w Zurychu
Paweł Fajdek wygrał nie tylko z większością rywali, ale przede wszystkim z kontuzją pleców (źródło: Robert Drózd/Creative Commons 3.0)
Ostatnie 2 dni lekkoatletycznych mistrzostw Europy w Zurychu dały Polsce kolejne medale. Biało-czerwoni zakończyli imprezę z imponującym wynikiem 12 krążków!
Polska sztafeta 4x100 metrów mężczyzn awansowała do niedzielnego finału. Polacy wystartowali w składzie: Robert Kubaczyk, Dariusz Kuć, Kamil Masztak oraz Karol Zalewski. Biało-czerwoni w swoim biegu przybiegli na 4. pozycji i osiągnęli czas 38,75.
Wielką sensację sprawiła Joanna Jóźwik, która w biegu na 800 metrów sięgnęła po brązowy medal. Polka przed mistrzostwami Europy w Zurychu nie uzyskała minimum, ale wysłano ją do Szwajcarii po udanych mistrzostwach Polski. Jak się później okazało była to bardzo dobra decyzja. W każdym z biegów nasza zawodniczka biła swoje rekordy życiowe, a wywiadach podkreślała, że dalej nie wierzy w zdobyty ostatecznie medal. Jednak to nie był piękny sen - to wszystko wydarzyło się naprawdę. Joanna zaskoczyła wszystkich świetnymi finiszami oraz wzorcową taktyką. W finale Polka biegła wolno, na pierwszych metrach drugiego okrążenia wydawało się, że ma już za dużą stratę, aby walczyć o medal. Jednak właśnie wtedy Polka wrzuciła „piąty bieg” i minęła swoje rywalki niczym tyczki. Brąz wywalczony na w Zurychu to jej największy sukces.
Gwiazdą wieczoru był też Paweł Fajdek. Polski mistrz świata z Moskwy zdobył srebrny medal. Nasz reprezentant przegrał złoty krążek o zaledwie 64 centymetry. Wygrał topowy zawodnik ostatnich klasyfikacji, Węgier Krisztian Pars.
Również kobieca sztafeta 4x400 metrów awansowała do finału rozgrywanego w niedzielę. Polskę reprezentowały: Iga Baumgart, Patrycja Wyciszkiewicz, Agata Bednarek i Justyna Święty. Biało-czerwone osiągnęły wynik 3.29,79
Kilkadziesiąt minut po medalu Pawła Fajdka, również po srebrny krążek sięgnął Paweł Wojciechowski. Polak nie był stawiany w gronie faworytów, jednak skakał bardzo dobrze i ukończył konkurs z wynikiem 5,70 metrów. Także kolejna nasza sztafeta awansowała do finału. Tym razem dobrze spisali się: Michał Pietrzak, Kacper Kozłowski, Andrzej Jaros i Rafał Omelko, którzy rywalizowali na 400 metrów.
Joanna Linkiewicz zajęła ósme miejsce w finale biegu na 400 metrów przez płotki. Jednakże jest to największy sukces w jej karierze. Polka w swoim półfinale ustanowiła rekord życiowy, który wynosi teraz 55,89. Na koniec zmagań naszych sportowców 5. dnia mistrzostw Europy wystartowała Renata Pliś, która w biegu na 5000 metrów zajęła 12. pozycję. Polka ukończyła bieg z czasem 15.48,58.
Ostatniego dnia imprezy Polacy dołożyli jeszcze 2 medale. Sztafeta 4x400 metrów mężczyzn, po kapitalnej walce, sięgnęła po brązowy medal, wyprzedzając tuż przed linią mety załamanych Francuzów. Jeszcze lepiej zaprezentował się nasz maratończyk Yared Shegumo, który zdobył srebrny medal. Polak był gorszy jedynie od Włocha Daniele Meucciego.
Polacy zaprezentowali się w Zurychu rewelacyjne - 12 zdobytych medali mówi wszystko o występie naszej reprezentacji na mistrzostwach Starego Kontynentu. Wielkie brawa dla biało-czerwonych!
ME w Zurychu. To był dzień! Cztery medale, w tym dwa złote, Polaków!
Źródło: Kastom/Creative Commons 3.0
Kolejny dzień lekkoatletycznej imprezy w Zurychu za nami. Podsumujmy ten bardzo owocny, złoty dla polskiej reprezentacji czas!
Katarzyna Kowalska awansowała do finału biegu na 3000 metrów z przeszkodami. Polka uzyskała czas 9.52,66. Finał odbędzie się w niedzielę o godzinie 16.08.
Dobrze w skoku wzwyż zaprezentowała się Kamila Lićwinko i Justyna Kasprzycka. Obie Polki zaliczyły wysokość 1,89 metra. Decydująca rozgrywka jest przewidziana na niedzielę, na godzinę 15.16.
O 19.50 rozpoczął się finałowy bieg na 800 metrów z Adamem Kszczotem, Marcinem Lewandowskim i Arturem Kuciapskim. Polacy byli wymieniani jako kandydaci do medali. Bezapelacyjnie Adam zdobył złoty medal. Bieg rozpoczął bardzo spokojnie, ale kontrolował sytuację. Polak doskonale wiedział, że stać go na skuteczny finisz. Natomiast Marcin rozpoczął mocniej i na ostatniej prostej został wyprzedzony przez czterech zawodników. Niespodziankę sprawił natomiast 20-letni Artur Kuciapski, który na ostatnich metrach zapewnił sobie srebrny krążek. Adam Kszczot minął linię mety z czasem 1.44,15, a Artur Kuciapski - 1.44,89. 20-letni Polak poprawił w Zurychu swoją „życiówkę” o niemal 3 sekundy!
W 4. dniu imprezy panowie rywalizowali też w eliminacjach skoku w dal. Tomasz Jaszczuk oraz Adrian Strzałkowski zakwalifikowali się do niedzielnego finału. Jaszczuk uzyskał odległość 7,83 metra, a Strzałkowski 7,80 metra.
Ten dzień mistrzostw Europy zwieńczył konkurs rzutu młotem, w którym rywalizowała m.in. Anita Włodarczyk. Pierwsze dwie próby Polki były spalone. Wtedy wdarła się nerwowość w ostatnim rzucie, bowiem Anita dobrze wiedziała, że może stracić udział w szerokim finale i walkę o medale. Jednak tak się nie stało. Trzecia próba była bardzo udana i dała Anicie od razu pierwszą pozycję. W szerokim finale Polka już tylko się rozkręcała. W piątym podejściu poprawiła swój rekord życiowy - 78,76 metra. Medalu od Anity Włodarczyk wszyscy oczekiwali, natomiast od Joanny Fiodorow nikt nawet nie śmiał domagać się walki o czołowe miejsce. Jednak Polka sprawiła niespodziankę i sięgnęła po brązowy krążek!
W kolejnym dniu mistrzostw Starego Kontynentu Polacy spisali się bardzo dobrze. 15 sierpnia zdobyliśmy 4 medale. Wyśmienicie prezentowali się faworyci - Kszczot i Włodarczyk. Natomiast o niespodziankach możemy mówić w przypadku Fiodorow oraz Kuciapskiego. Impreza w Zurychu wciąż trwa i liczymy na dalsze wyśmienite występy naszych reprezentantów.
Podsumowanie 3. dnia lekkoatletycznych mistrzostw Europy w Zurychu
Źródło: JJ Vico Bretones/Creative Commons 2.0
Mistrzostwa Europy w Zurychu rozkręcają się z każdym dniem. Polacy nadal prezentują się bardzo dobrze. Co wydarzyło się 3. dnia imprezy? Jakie przeżywaliśmy emocje? Podsumujmy wydarzenia kolejnego dnia lekkoatletycznych mistrzostw Starego Kontynentu.
Szymon Ziółkowski i Paweł Fajdek awansowali do sobotniego finału rzutu młotem. Podopieczny Czesława Cybulskiego w drugiej próbie uzyskał odległość 77,45 metrów - najlepszy wynik eliminacji. Odległością, która dawała automatyczny udział w finale był rzut na 75 metrów. Ziółkowskiemu zabrakło siedmiu centymetrów do osiągnięcia tej odległości, ale nie tylko Polak zmagał się z problemami.
Joanna Linkiewicz i Joanna Jóźwik awansowały do finałów swoich konkurencji. Linkiewicz zobaczymy w wyścigu na 400 metrów przez płotki, natomiast Jóźwik powalczy na 800 metrów. Linkiewicz uzyskała czas 55,89, co jest jej rekordem życiowym. To 6. wynik w historii polskiej lekkoatletyki. Finał z 24-letnią Polką zaplanowano na sobotę o godzinie 17.15.
Również Joanna Jóźwik poprawiła swój rekord. Polka w swojej serii zajęła drugie miejsce, ale miała jeszcze rezerwę. Początek biegu zaczęła spokojnie, ale finisz zdecydowanie należał do niej. Finał zostanie rozegrany w sobotę o 16.05.
Dzisiaj na bieżni walczył również Artur Noga. Polak wystąpił w finale biegu na 110 metrów przez płotki i zajął 7. pozycję. Jednak w przypadku Nogi możemy mówić o sukcesie, gdyż zawodnik opuścił większą część sezonu ze względu na kontuzję. W finale polski lekkoatleta osiągnął wynik 14,25. Polak w wywiadzie „na gorąco” po biegu przyznał, że odczuwa ból w pachwinie. Podczas biegu widać było, że ból dokucza Arturowi.
Największym wydarzeniem dzisiejszego dnia jest srebro wywalczone przez Krystiana Zalewskiego. Polak początkowo miał brąz, ale francuski zawodnik, który wygrał na bieżni, został zdyskwalifikowany za ściągnięcie koszulki na ostatnich 80 metrach rywalizacji. Sędziowie natychmiast zareagowali - pokazali Mekhissi-Benabbedzie żółtą kartkę. Jednak Hiszpanie postanowili złożyć protest, który ostatecznie został uznany. Tym samym ich zawodnik zdobył brązowy medal. Krystian Zalewski powtórzył wyczyn sprzed 32 lat sukces Bogusława Mamińskiego. Polak popisał się długim finiszem, choć na początku trzymał się w końcu stawki. 2 lata temu w Helsinkach Zalewski zajął 7. pozycję. Ostatnim medalem Polaka był brązowy krążek podczas młodzieżowych mistrzostw Europy w 2009 roku.
Podsumowując, kolejny dzień lekkoatletycznych mistrzostw Europy w Zurychu był dla nas bardzo udany. Dzisiaj znowuż przeżywaliśmy wielkie emocje na bieżni. Na pewno srebrny medal Krystiana Zalewskiego przebija wszystkie dzisiejsze konkurencje. Jednakże mogliśmy cieszyć się razem z Joanną Jóźwik i Joanną Linkiewicz, kiedy obie zawodniczki poprawiały swoje rekordy życiowe i awansowały do finałów. 3. dzień lekkoatletycznych ME w Szwajcarii dobiegł końca i możemy stwierdzić, że nasi sportowcy dali z siebie wszystko. Czekamy na kolejne wielkie emocje. W 4. dniu rywalizacji kibicować będziemy przede wszystkim Kubie Krzewinie, Małgorzacie Hołub, Renacie Pliś, Arturowi Kuciapskiemu, Marcinowi Lewandowskiemu, Adamowi Kszczotowi oraz Anicie Włodarczyk. Wszyscy wymienieni zawodnicy będą walczyć w finałach. Trzymamy kciuki!
Polki przed turniejem Final Four w Koszalinie, czyli czekając na czterolistne koniczynki
Czy doczekamy się nowego pokolenia "Złotek"? (źródło: Suaveq/Creative Commons 2.0)
Ten sezon reprezentacyjny miał rozpocząć nowy rozdział w historii kobiecej kadry siatkówki. Trener Piotr Makowski miał zacząć tworzyć drużynę po swojemu - gruntownie ją przebudować i tchnąć w nią nowego ducha. Z wnioskami czy pierwszy etap metamorfozy udał się nie musimy czekać do 15 sierpnia, kiedy to w Koszalinie zostanie rozegrany turniej Final Four II Dywizji rozgrywek World Grand Prix. Już dziś trzeba przyznać, że oczekiwane zmiany nie były tak głębokie, jak się spodziewano.
A miało być tak... inaczej. Świeży początek, gdzie to młode zawodniczki biorą na siebie ciężar odpowiedzialności za grę (nie tylko w Lidze Europejskiej, ale również World Grand Prix). To miało być nowe rozdanie. Szansa dla debiutantek, które chciały poświęcić wakacyjny odpoczynek na walkę w biało-czerwonym kostiumie. A mecze tegorocznych rozgrywek Ligi Europy pokazały, że jest w reprezentacji kilka postaci, na które warto stawiać (Połeć, Durajczyk, Kaliszuk, Smarzek) w kontekście kadry. Prawdziwym wyzwaniem i sprawdzianem miały być spotkania rozrgrywane w ramach World Grand Prix. Nasz zespół miał w tym roku łatwiejsze zadanie do wykonania, niż choćby sezon temu. Nie czekały nas bitwy z azjatyckimi mistrzyniami szybkiej kombinacyjnej gry, czy też przebijanie się przez wysokie mury rosyjskich bloków. Mieliśmy zmierzyć się z przyzwoitymi zespołami z Ameryki (Peru, Portoryko, Kanada, Kuba) oraz dwoma solidnymi europejskimi reprezentacjami. W dodatku grać w tych meczach drużyna trenera Makowskiego mogła bez ogromnej presji, gdyż udział w Final Four II Dywizji mieliśmy zagwarantowany z racji bycia jego gospodarzem. Nic tylko wpuszczać młode dziewczyny na parkiet i mądrze, od czasu do czasu, pomagać im dodając do składu bardziej doświadczone zawodniczki. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna.
Polki dobrą formę prezentowały, tak jak w Lidze Europejskiej, tylko w pierwszym tygodniu zmagań World Grand Prix. Każdy kolejny mecz to coraz gorsza dyspozycja całej drużyny i poszczególnych zawodniczek. Co gorsza sporo „groszy” do przegranych w drugim i trzecim turnieju WGP dołożyły te siatkarki, które miały ewentualnie ratować/wspomagać drużynę. Ktoś powie: „wygraliśmy pięć spotkań z dziewięciu”. Ale z kim tryumfowaliśmy? Ze słabą Kanadą, pełną siatkarskich nastolatek Kubą, czy też Peru (wygrana z Belgią cieszy, ale drugie spotkanie z nimi pokazało o ile lepsza jest od nas ta drużyna, jeśli tylko wraca jej „świeżość” po ostrej pracy na siłowni). Nie mieliśmy siły, ani pomysłu na Portoryko (dwa razy) oraz Belgię i Holandię, które bawiły się z nami w siatkówkę. Skoro trener Makowski dostał „zielone światło” od władz PZPS-u na przebudowę drużyny, to czemu nasz sztab nie chciał z tego w pełni skorzystać? Drugiej takiej okazji może już nie być, a cierpliwość i życzliwość wobec tej drużyny może się szybko skończyć. Gdy aż prosiło się, by dać szansę pograć dłużej młodej Emilii Kajzer czy też Malwinie Smarzek, albo Darii Paszek lub Klaudii Kaczorowskiej (wieczny niespełniony talent polskiej reprezentacji), trener wolał nadal trzymać na parkiecie Izabelę Bełcik, czy też Izabelę Kowalińską. Tylko naprawdę raz w trakcie tegorocznego World Grand Prix zagraliśmy niemalże w całości młodym składem - w drugim meczu z Portoryko. Wtedy to w trzeciej partii trener Makowski „zaszalał” wpuszczając na parkiet Kajzer, Wójcik, Połeć, Sikorską, Smarzek i Durajczyk (do tego jeszcze weszła Kowalińska). I ten hazard opłacił się, bo udało się wygrać seta. Patrząc na falującą formę Polek i liczbę popełnianych przez nie błędów (aż 219 w 9 meczach!) wątpliwe jest, aby dały one radę wygrać z Belgią czy też Holandią (które mają olbrzymią chrapkę na wygranie turnieju w Koszalinie), ale... dlaczego nie dostały więcej szansa grania w takim składzie? Jak nie teraz, to kiedy? W przyszłym roku, gdy zbieranie punktów do rankingu FIVB będzie naprawdę ważne?
To miał być rok eksperymentów i szukania nowych kadrowiczek, które w następnych latach będą stanowić o sile reprezentacji kobiet. Wielka szkoda, że nasz sztab szkoleniowy nie wykorzystał tych szans, które dostaliśmy w tym sezonie. Co reprezentacji dadzą kolejne minuty spędzone na parkiecie przez Bełcik, Kowalińską i Skowrońską? Nikt chyba nie liczy, że one będą walczyć np. o awans do kolejnych mistrzostw świata? Skoro nowa kadra ma opierać się o m.in. Katarzynę Połeć czy też Aleksandrę Wójcik (pierwsza atakująca i trzecia przyjmująca naszego zespołu!), i Emilię Kajzer, to czemu nie daje się im szansy wspólnego grania? Nie czekajmy na cud. Na tym naszym siatkarskim polu uprawnym nie wyrosną nagle banany czy daktyle. Nie rozkwitniemy niczym holenderskie tulipany. Czas zaorać grunt i zasadzić swojskie ziemniaki czy też marchewkę. I troskliwie o nie dbać, by rosły zdrowe. Dać im czas, aby dojrzały. I może kiedyś przechodząc wśród grządek i wypatrując najlepszych do zebrania „okazów” naszej uprawy, zauważymy jedną lub dwie czterolistne koniczynki, które będą znakiem, że lepsze czasy przychodzą dla naszej kobiecej siatkówki.
PS. taką jedną czterolistną koniczynkę w drużynie już mamy. To Malwina Smarzek. Dmuchajmy, dbajmy i wymagajmy od niej wiele. Nie możemy zmarnować kolejnego talentu!
Podsumowanie 1. i 2. dnia lekkoatletycznych ME w Zurychu
Źródło: JJ Vico Bretones/Creative Commons 2.0
Pierwsze 2 dni lekkoatletycznych mistrzostw Europy w Zurychu już za nami. Biało-czerwoni zdążyli już zdobyć 2 brązowe medale (Tomasz Majewski - pchnięcie kulą oraz Robert Urbanek - rzut dyskiem). Prezentujemy podsumowanie dotychczasowych występów Polaków w Szwajcarii.
Dzień 1.
Jako pierwszy z naszych zawodników rywalizację rozpoczął kulomiot Tomasz Majewski. W eliminacjach Polak już w pierwszej próbie uzyskał awans do finału, który był rozgrywany tego samego dnia wieczorem. Nasz reprezentant osiągnął odległość 20,50 m. Natomiast nie awansował do dalszej walki drugi z naszych reprezentantów Jakub Szyszkowski. Majewski w eliminacjach miał 3. rezultat. Odpowiednio pierwsze i drugie miejsce zajęli: niepokonany od dawna Niemiec David Storl oraz Hiszpan Borja Vivas.
Następnie emocjonowaliśmy się eliminacjami na 3000 metrów z Mateuszem Demczyszakiem. Polak wygrał swój bieg z czasem 8.31,62. Dalej awansował także Krystian Zalewski. W finale nasi zawodnicy wystartują w czwartek 14 sierpnia o godzinie 20.45.
Później na bieżni walczyli Jakub Krzewina, Łukasz Krawczuk i Rafał Omelko. Wszyscy trzej panowie awansowali do półfinału na 400 metrów. Najlepiej pobiegł Krzewina, który wygrał swój bieg z czasem 45,68. Natomiast Krawczuk zajął 3. miejsce i uzyskał czas 45,92. Największe problemy miał Omelko, który musiał czekać na wyniki rywali i awansował dalej jako tzw. szczęśliwy przegrany.
Dobrze zaprezentowały się także Małgorzata Hołub oraz Justyna Święty. Obie awansowały do półfinału na 400 metrów. Odpadła za to Patrycja Wyciszkiewicz. Hołub przybiegła na drugiej pozycji z czasem 52 sekundy. Święty awansowała dzięki dobremu czasowi, bo w swojej serii zajęła 4. lokatę. Wyciszkiewicz również była 4. w swoim biegu, ale miała nienajlepszy czas i musiała pożegnać się z rywalizacją.
Na bieżni rywalizowali również nasi osiemsetmetrowy: Marcin Lewandowski, Artur Kuciapski oraz Adam Kszczot. Lewandowski pobiegł bardzo mądrze, kontrolując cały bieg. Na początku „czaił się” za plecami rywali, ale na ostatnim okrążeniu przyśpieszył i z rezerwą wygrał. Jego czas - 1.47,83. Swoją serię wygrał również Kszczot. Finisz należał do Polaka, który nie pozostawił rywalom żadnych złudzeń. Polak uzyskał czas 1.47,92. O ile zwycięstwa Adama i Marcina nie są zaskoczeniem, o tyle o niespodziance możemy mówić w przypadku naszego 20-letniego Kuciapskiego. Dla młodego zawodnika występ na tej imprezie seniorskiej jest debiutem. Zawodnik zaczął bieg bardzo spokojnie, ale 150 metrów przed metą zdecydowanie przyspieszył. Uzyskał wynik 1.47,45.
Na stadionie w Zurychu rywalizowali również zawodnicy rzucający dyskiem. Startowali dwaj Polacy: Piotr Małachowski i Robert Urbanek. Obaj awansowali do finału. Małachowski dopiero w trzeciej próbie zapewnił sobie udział w finale, ale zakończył eliminacje z trzecim wynikiem. O dużym sukcesie może mówić Urbanek, który także wystąpi w decydującej rozgrywce, dzięki rzutowi na odległość 63,91.
Na koniec dnia oglądaliśmy finał w pchnięciu kulą. Tomasz Majewski walczył o medal. Polak mówił jeszcze przed zawodami, że nie jest przygotowany na złoto. Dobrze wiedział, że David Storl jest poza zasięgiem kogokolwiek. Polak w pierwszej próbie pchnął na odległość 20,56. Kolejna próba była najlepszą w konkursie - 20,83. Majewski ostatecznie zdobył brązowy medal. Do drugiego Hiszpana zabrakło mu 3 centymetrów. Tomek nie był zadowolony, jego celem było srebro. Majewski jest bardzo ambitnym sportowcem i nawet gdy zdobędzie złoto, to często nie jest z siebie zadowolony. Ale może dzięki temu występowi będzie bardziej zdeterminowany na kolejne mistrzostwa.
Dzień 2.
Do finału skoku wzwyż awansował Wojciech Theiner - w pierwszej próbie uzyskał 2,23 i zmieścił się w pierwszej dwunastce. Walka o medale w piątek o godzinie 19:46.
Dobry występ zanotował również Artur Noga, który awansował do półfinałowego biegu na 110 metrów przez płotki. Odpadł natomiast Dominik Bochenek. Artur był drugi w swojej serii z wynikiem 13,44. To najlepszy wynik Polaka w tym sezonie. Awans tym bardziej cieszy, że Noga ostatnimi czasy zmagał się z kontuzją i opuścił wiele treningów.
Niespodziewanie odpadła w eliminacjach biegu na 800 metrów Angelika Cichocka. Jeszcze 100 metrów przed metą Polka była w czołówce, ale potem zdecydowanie osłabła. Zajęła ostatecznie 4. lokatę. Natomiast bardzo ładnie pobiegła Joanna Jóźwik, która zadebiutowała na imprezie tej rangi. Jóźwik była 3. w swoim biegu i uzyskała czas niewiele gorszy od jej rekordu życiowego.
Anita Włodarczyk i Joanna Fiodorow awansowały do finału rzutu młotem. Obie Polki zapewniły sobie uczestnictwo w decydującej rozgrywce w pierwszych próbach. Włodarczyk po raz kolejny pokazała, że jest jedną z głównych kandydatek do złota. W pierwszym podejściu rzuciła 75,73 m. Świetnie zaprezentowała się też druga z polek - rzuciła 71,33m.
Małgorzata Hołub awansowała do piątkowego finału biegu na 400 metrów. Uzyskała czas 52,58 i była 3. w biegu. Odpadła natomiast Justyna Święty. Na koniec dnia zaplanowano rzut dyskiem. Tym razem możemy mówić o pewnej niespodziance. Bowiem nie Piotr Małachowski, a Robert Urbanek został brązowym medalistą lekkoatletycznych mistrzostw Europy w Zurichu. To największy sukces Polaka w jego dotychczasowej karierze. Najdalszy rzut Urbanek oddał w drugiej próbie - 63,81. Wówczas był 2. w konkursie. Piotr Małachowski zajął w zawodach 4. pozycję. Zawody wygrał Niemiec Robert Harting.
Podsumowując, możemy bez wątpienia powiedzieć, że pierwsze dwa dni ME w Zurychu były dla nas niewiarygodnie udane. Polacy w każdej z konkurencji, w której startowali osiągali dobre wyniki. Cieszymy się jak na razie dwoma brązowymi medalami. Czekają nas jeszcze finały z Kszczotem i Lewandowskim na czele. Polaków stać na medale. Rzucać młotem będzie też Anita Włodarczyk, która jest faworytką w swojej konkurencji. Możemy oczekiwać wyśmienitych rezultatów. Kto wie? Może jeszcze któryś z biało-czerwonych sprawi kibicom miłą niespodziankę.
Legia Warszawa wciąż walczy. O tym, jak Titanic staje się synonimem polskiego futbolu...
Źródło: Marcel/Creative Commons 2.0
Witajcie w kraju, w którym przy dźwiękach własnej orkiestry futbol powoli idzie na dno. Najpierw Euro 2012 i wielkie nadzieje zakończone rozczarowaniem. Potem eliminacje do MŚ i bolesna porażka. Teraz, gdy w końcu zaczęły spełniać się nadzieje na to, aby polska piłka nożna zaistniała na arenie międzynarodowej, i gdy warszawskiej Legii miał pozostać ostatni krok do awansu do Ligi Mistrzów, znów nic z tego nie wyszło.
Brakuje słów, by opisać sytuację piłki nożnej w naszym kraju. Gdy piłkarze przegrywają jest źle, a gdy wygrywają to okazuje się, że wcale nie jest lepiej. Jak można było zmarnować taką szansę?
Zastanawiałam się wiele razy dlaczego Polska nie jest mocna na futbolowej arenie. Nasi zawodnicy, tak jak inni, mają dwie nogi. W Polsce mamy boiska i bramki, które mają te same wymiary, jak te w Hiszpanii czy Anglii, a piłka także jest okrągła. Nie mamy takiej biedy jak ludzie w Afryce, gdzie dzieci grają namiastką piłki wykonaną samodzielnie z różnych odpadków obwiązanych sznurkiem, jak opisała to w swojej książce "Amen. Grassroots football" Jessica Hilltout. Ba, mamy nawet piłkarzy uważanych za jednych z najlepszych na świecie - Boruc, Szczęsny, Błaszczykowski czy chociażby Piszczek i Lewandowski to nazwiska, które w swojej drużynie chciałby mieć niejeden wielki klub.
Gdy tymczasem przyjdzie im grać dla reprezentacji, wyglądają tak jakby wzięto ich przypadkowo z ulicy i po raz pierwszy dano do "zabawy" piłkę. Może to przez to, że grają za granicą? Gdzie mają jednak grać, skoro na piłkarskiej mapie świata tak naprawdę trudno znaleźć taki kraj jak Polska, a przecież każdy chce grać dla najlepszych...
A teraz do tego znamiennego obrazu doszła "afera" z Legią. Warszawscy piłkarze w końcu obronili honor polskiej piłki. Wygrana 6:1 w dwumeczu i lekcja dana Celtikowi miały być początkiem odrodzenia polskiej piłki klubowej. Już dawno Legii nie kibicowało tyle tysięcy sympatyków futbolu, niekoniecznie darzących na co dzień pozytywnym uczuciem warszawski klub. Gdy Legia cieszyła się już z awansu do decydującej rundy eliminacji, jej plany pokrzyżował... regulamin (czytaj: niedopatrzenie pracowników warszawskiego klubu). Znów polska piłka stała się pośmiewiskiem. Tyle wygrać, a zarazem tyle przegrać. Kilka odpowiedzialnych za całe zamieszanie osób oddało się do dyspozycji zarządu, a tymczasem kierownictwo Legii walczy i próbuje odwołać się od decyzji UEFA. Oczywiście walczyć należy zawsze do końca, korzystając przy tym z regulaminowych środków, bo to co ponadto próbuje robić kierownictwo klubu, pisząc list do władz Celtiku, może narazić Legię na kolejną śmieszność i potwierdzić tezę o braku profesjonalizmu w zarządzaniu klubem. A jaki naprawdę będzie efekt tych działań? Przekonamy się wkrótce, dokładniej jutro rano.
Transfery w NBA. Migracje, podpisy i nadzieje cz. III - ruchy kadrowe w dywizji atlantyckiej
Źródło: Keith Allison/Creative Commons 2.0
Większość klubów nie ma już wakatów w składach, drużyny powoli domykają kadry na zbliżający się sezon, ale parę ciekawych nazwisk wciąż pozostało na rynku. Jak dozbroiły się zespoły Dywizji Atlantyckiej, z której tylko dwie drużyny posmakowały na wiosnę Playoffs? Na pożegnanie przeglądu wojsk w Konferencji Wschodniej przedstawiamy obecną sytuację Celtics, Nets, Raptors, Knicks i 76ers.
Boston Celtics - zwiędłe Koniczynki
Po odejściu Bostońskiej Wielkiej Trójki (Allen, Garnett, Pierce) nie mogło obyć się bez gruntownej przebudowy zespołu. Pieczę nad nowym projektem powierzono młodemu szkoleniowcowi uniwersyteckiemu - Bradowi Stevensowi. W pierwszym sezonie nieopierzony trener wywalczył z Celtami zaledwie 25 zwycięstw - najmniej od sezonu 06/07.
Na nieszczęście kierownictwa Celtics kontrakty niewielu ich graczy dobiegły końca w obecne lato, co zdecydowanie utrudniło przebudowę i odłożyło w czasie szanse na sukces. Z drużyną pożegnał się Jerryd Bayless, który wiosną trafił do Bostonu jako składnik wymiany z Memphis Grizzlies. Na zasadzie sign-and-trade Celci pożegnali się z Krisem Humphriesem, który w zamian za drugorundowy pick w drafcie 2015 powędrował do Waszyngtonu. Grając dla Celtics notował w sezonie 13/14 średnie na poziomie 8,4 punktu i 5,9 zbiórki podczas niespełna 20 minut gry.
W drafcie Celci wybrali Marcusa Smarta i Jamesa Younga. Zwłaszcza pierwszy wybór budzi sporo kontrowersji, choć w potencjał dwudziestoletniego rozgrywającego nikt nie śmie wątpić. Jego styl gry jest jednak bliźniaczo podobny do tego co na parkiecie prezentuje Rajon Rondo. Obaj słabo radzą sobie z rzutami z wyskoku, wolą szukać partnerów na wolnych pozycjach niż samemu kończyć akcje rzutem, stąd wybór Smarta wzbudził spore zamieszanie w amerykańskich mediach. Eksperci spekulują, że Celtics stawiając na absolwenta Oklohama State, przygotowują się do wymiany Rondo, którego kontrakt kończy się za rok. Young to z kolei atletyczny strzelec, który może z powodzeniem występować zarówno jako rzucający obrońca, jak i niski skrzydłowy. Wybrany z siedemnastym numerem zawodnik w sierpniu skończy zaledwie 19 lat, może więc stanowić o sile Celtics przez ponad dekadę.
Bostońska drużyna wzięła udział w dużej wymianie. Oprócz Celtów w transakcji uczestniczyły ekipy Nets i Cavaliers. Celtics, dzięki dziesięciomilionowemu wyjątkowi pozostałemu po odejściu Paula Pierce'a na Brooklyn, nie mieli żadnego wkładu w wymianę, a otrzymali pierwszorundowy pick w drafcie 2016 należący do Kawalerzystów, Tylera Zellera i Marcusa Thortona.
Tyler Zeller to mobilny podkoszowy, wybrany z siedemnastym numerem w drafcie przed dwoma laty przez Cavaliers. Zeller ma już 24 lata, w sezonie rozegrał 70 spotkań. Na parkiecie spędzał średnio 15 minut, zdobywał 5,7 punktu, zbierał z tablicy 4 piłki. U Brada Stevensa jest w stanie powalczyć o miejsce w wyjściowej piątce.
Marcus Thornton powinien pełnić z kolei rolę rezerwowego łowcy punktów, który z ławki będzie starał się pobudzić ofensywę Celtów. W Bostonie ma szansę odżyć, po tym jak jego rola była niekiedy marginalizowana. W najlepszych okresach swojej kariery potrafił zdobywać ponad 15 punktów na mecz, trafiając zza łuku na skuteczności wyższej niż 35%. Thornton będzie szczególnie zmotywowany, gdyż najbliższy sezon będzie ostatnim jaki gwarantuje mu obecny kontrakt. Zarobi ponad 8,5 miliona dolarów. Aby zasłużyć na takie zarobki w kolejnych lata musi dać z siebie wszystko w zielonych barwach.
Nowy kontrakt z klubem podpisał natomiast Avery Bradley, który wraz z końcem czerwca stał się zastrzeżonym wolnym agentem. Kierownictwo Celtics nie zamierzało czekać i szybko doprowadziło do podpisania nowej umowy z 23-letnim obrońcom. Bradley przez najbliższe 4 lata zarobi 32 miliony dolarów. To duża kwota, ale elitarna defensywa połączona z dobrym okiem zza łuku (39,5% w sezonie 13/14) jest obecnie w cenie za oceanem. Wiek wybranego w drafcie 2010 zawodnika sprawia, że Celtics mogą liczyć na dalszy rozwój Bradleya, który w zakończonym niedawno sezonie zdobywał niemal 15 punktów na mecz. Był po Jeffie Greenie drugim najlepszym strzelcem drużyny. Zatrzymanie Bradleya było więc dla Danny'ego Ainge'a priorytetem podczas tegorocznego off-season.
Dni Rajona Rondo w Celtics wydają się być policzone (źródło: Mark Runyon/Creative Commons 2.0)
W Bostonie postawiono na budowę drużyny od podstaw, więc nikt nie liczy na awans do Playoffs w najbliższych rozgrywkach. Wciąż nie wiadomo jaki los czeka Rajona Rondo, którego kontrakt dobiega końca za 11 miesięcy. Siła drużyny powinna rosnąć jednak systematycznie wraz z rozwojem młodych zawodników. Jeśli Danny Ainge nie wynegocjuje jakichś cudownych transakcji, to w ciągu najbliższych trzech lat możemy nie mieć okazji oglądać zielonych barw poza sezonem regularnym.
Brooklyn Nets - koniec marzeń o tytule
Michaił Prochorow miał niezwykle ambitny plan. W jedno lato zbudował drużynę, która miała zdobyć mistrzostwo. Rekordowe pieniądze wydane przez Nets na kontrakty i podatek od luksusu były zdecydowanie najwyższe w całej lidze. Prochorow wydał za sezon 13/14 niemal 200 milionów dolarów! Marzenia rosyjskiego miliardera boleśnie zakończyli Miami Heat w drugiej rundzie Playoffs . O tym jak krótkoterminowa była to kampania przekonał się już Jason Kidd, który po udanym debiucie w roli szkoleniowca pożegnał się z pracą na Brooklynie. Zastąpił go Lionel Hollins, w przeszłości trener Memphis Grizzlies. Hollins, który uchodzi przede wszystkim za eksperta od defensywy, może się poszczycić wygraną 214 spotkań jako trener w NBA.
Klub opuściło wiele ważnych ogniw zespołu - Paul Pierce, Shaun Livingston i Andray Blatche. Za Jasonem Collinsem, a także prawami do Illkana Karamana, Christiana Drejera i Edica Bavcicia nikt nie będzie płakał. Aby uzupełnić luki po stratach na Brooklyn w wyniku draftu trafiło aż czterech zawodników. Markel Brown, Cory Jefferson, Xavier Thomas i wybrany przed trzema laty Bojan Bogdanovic. Ostatecznie Nets nie zdecydowali się na podpisanie kontraktu z Thomasem.
Nowy kontrakt z zespołem podpisał Alan Anderson, zaś Andrei Kirlienko wykorzystał opcję zawodnika. Rosyjski skrzydłowy zarobi za nadchodzący sezon 3,3 miliona dolarów, a Anderson milion mniej. W wyniku wymiany z Cavaliers i Celtics na Brooklyn trafił Jarret Jack i Sergey Karasev. Szczegółnie tłoczno zrobiło się w rotacji Nets na pozycji numer jeden, gdzie do dyspozycji trenera Hollinsa są na ten moment Deron Williams, Jorge Gutierrez, Marquis Teague i właśnie Jack. Możliwe więc, że Generalny Menadżer Nets będzie szukał możliwości wymiany jednego z rozgrywających.
Odejście Paula Pierce'a do Wizards to duży cios dla Nets (źródło: Keith Allison/Creative Commons 2.0)
Utrata ważnych zawodników, brak solidnych wzmocnień poza Jarretem Jackiem i chwiejne zdrowie Kevina Garnetta sprawiają, że Nets mogą mieć problemy z awansem do Playoffs. Brak Pierce, Blatche i Livingstona nie może nie rzutować na siłę Nets. Na Brooklynie nikt o zdrowych zmysłach nie marzy już o niczym więcej jak o znalezieniu się na koniec sezonu regularnego w najlepszej ósemce Wschodu.
New York Knicks - trójkąty, trójkąty, trójkąty
Najważniejsze zmiany dla drużyny grającej w legendarnej Madison Square Garden zamykają się w liczbie trzy. Nowy Generalny Menadżer, nowy trener, nowy-stary lider zespołu. Atak oparty na triangle offense - trójkątach, które jak wszyscy doskonale wiemy mają trzy boki. Phil Jackson, Derek Fisher, Carmelo Anthony. To trio ma przywrócić świetność Knicks. Na to jednak potrzeba czasu. Zatrudniony jako prezydent klubu Phil Jackson długo szukał odpowiedniego kandydata na stanowisko trenera. Wybierał głównie spośród swoich byłych podopiecznych. Ostatecznie padło na Fischa, który podpisał kontrakt oszałamiający jak na debiunta - 25 milionów dolarów płaconych przez 5 lat. Asystentem Fischera został były gracz między innymi LA Lakers - Kurt Rambis.
Zaczęło się od wietrzenia składu. Drużynę opuścili zawodzący w sezonie 13/14 Tyson Chandler i Raymond Felton. W wyniku wymiany z Dallas do Nowego Jorku zawitali Jose Calderon, Samuel Dalembert, Wayne Ellington i Shane Larkin. Hiszpan jest zdecydowanie najważniejszym składnikiem tego pakietu. Jego boiskowa inteligencja, doświadczenie i solidny rzut za trzy punkty czynią z niego idealnego głównodowodzącego strategii trójkątów. Calderon ma być dla Fischera tym, kim Fischer był dla Jacksona. Dalembert to zubożała wersja Chandlera - defensywny center, który niewiele potrafi na atakowanej połowie. Ellington potrafi przymierzyć zza łuku, zaś Larkin może i posiada potencjał, ale o jego mocnych stronach ciężko się po 48 spotkaniach, które rozegrał w NBA, wypowiadać.
Zen Master postanowił zrezygnować z Shannona Browna i Lamara Odoma, któremu dał ostatnią szansę na powrót do NBA. Zdaniem Jacksona ten nie potrafił jednak wykazać się profesjonalizmem wymaganym w dużej lidze i sprostać rygorowi, jakiego wymaga się od zawodnika na tym poziomie. Wraz z początkiem lipca dobiegły końca kontrakty Toure' Murry'ego i Kenyona Martina.
Phil Jackson i Derek Fisher znów będą pracować razem (źródło: Keith Allison/Creative Commons 2.0)
Szeregi Knicks zasili w drafcie Thanasis Antetokounmpo, Cleanthony Early i Louis Labeyrie, jednak najprawdopodniej tylko Early zdoła utrzymać się w kadrze zespołu. Klub przedłużył kontrakt z podkoszowym Colem Aldrichiem. 25-latem reprezentował już barwy 4 klubów NBA, choć do ligi trafił zaledwie 4 lata temu. Do Nowego Jorku trafił także Jason Smith, który w sezonie 13/14 grał dla Pelicans. Center podpisał roczny kontrakt, na mocy którego zarobi 3,3 miliona dolarów.
Opcje zawodnika swoich kontraktach wykorzystali Amar'e Stoudemire oraz Andrea Bargnani. Dla Knicks to bardzo złe wieści, których jednak spodziewali się od dawna. Obaj podkoszowi znajdują się w podobnej sytuacji - do końca zmierzają ich świetnie płatne kontrakty, które znacznie (wręcz kilkukrotnie) przekraczają ich wartość. Za najbliższe rozgrywki zarobią odpowiednio 23,4 i 11,5 miliona dolarów.
Najważniejszą wiadomością dla Knicks było jednak podpisanie nowego kontraktu przez gwiazdę drużyny - Carmelo Anthony'ego. Melo związał się z Knicks pięcioletnią umową, na mocy której zarobi, jak podała stacja ESPN, pomiędzy 122 a 129 milionów dolarów. Król strzelców sezonu 12/13 będzie więc nadal twarzą organizacji.
Knicks to w tej chwili projekt długofalowy, który ma zapewnić klubowi przede wszystkim stabilizację. Anthony na pokładzie sprawia, że mimo przeciętnego składu, Playoffs w Nowym Jorku są możliwe. Jednak najwięcej zależy od powodzenia wprowadzenia strategii opartej na triangle offense. Jeśli to wypali Knicks mogą być groźni dla wszystkich. W NJ celują zdecydowanie w kolejne lato, kiedy to dobiegną końca, ciążące budżetowi, kontrakty Bargnaniego i Stoudemire'a.
Philadelphia 76ers - czekając na dorosłość
W Mieście Aniołów bez zmian. Tankowanie zapewnia wysoki pick w drafcie, który jest wykorzystywany na wybór kontuzjowanego, lecz bardzo perspektywicznego, podkoszowego. Młodość goni młodość. 19 zwycięstw w sezonie 13/14 nie jest traktowane jako porażka, lecz jako konsekwentne stosowanie strategii - chcemy być w loterii draftowej i ogrywać młodzież. Dzięki temu 76ers doczekali się Debiutanta Roku w osobie Michaela Cartera-Williamsa, a offseason był dla nich wyjątkowo spokojny.
Końca dobiegły kontrakty Byrona Mullensa, który nie wykorzystał opcji zawodnika, oraz Adonisa Thomasa. Drużynę opuścił także James Anderson. Z opcji zawodnika skorzystał natomiast weteran Jason Richardson, który za zbliżające się rozgrywki zarobi 6,6 miliona dolarów.
Najważniejszym wydarzeniem lata był dla Sixers bez wątpienia czerwcowy draft. W nim wybrali Joela Embiida, Jeremiego Granta, K.J. McDanielsa, Vasilije Micicia oraz Dario Saricia. Najwięcej nadziei 76ers wiążą z pierwszym i ostatnim zawodnikiem. Embiid obecnie przechodzi rehabilitacje po operacji stopy, której urazu nabawił się niedługo przez draftem. Jego możliwości atletyczne i młody wiek (20 lat) czynią z niego niezwykle interesujący prospekt. Długo mówiło się, że center z uczelni Kansas może zostać wybrany nawet z pierwszym numerem przed swoim kolegą z akademickiej drużyny - Andrew Wigginsem. W Filadelfii liczą, że za parę lat Embiid stworzy z Noelem zabójczy duet pod tablicami. Saric z kolei to niezwykle utalentowany chorwacki skrzydłowy, który najbliższe dwa lata spędzi jednak w Europie, gdzie niedawno podpisał kontrakt z Anadolu Efez Stambuł. W sezonie 13/14 został wybrany MVP ligi chorwackiej.
Wybór Saricia dobitnie pokazuje, że Sixers nie śpieszą się z wygrywaniem. W najbliższych latach będziemy nadal obserwować w Filadelfii rozwój utalentowanej młodzieży, co może w przyszłości zapewnić 76ers sukcesy. Na te jednak należy cierpliwie poczekać.
Toronto Raptors - wyłącznie kosmetyka
Raptors mają za sobą niezwykle udany sezon. 48 zwycięstw stało się nowym rekordem organizacji. Zapał nieco ostudziło odpadnięcie już w pierwszej rundzie Playoffs z Nets, ale mimo to nikt w Toronto nie zamierzał rozpaczać. Raptors po latach posuchy wrócili do gry.
Kyle Lowry nadal będzie twarzą Raptors (źródło: Philadelphia 76ers/Creative Commons 2.0)
Zadaniem priorytetowym na lato było podpisanie nowego kontraktu z Kyle'm Lowry'm. Rozgrywający, który w sezonie 13/14 notował średnio 17,9 punktu i 7,4 asysty na mecz, zarobi przez najbliższe 4 lata 48 milionów dolarów. Zainteresowanie zawodnikiem wyrażało wiele ekip na czele z Rockets i Lakers. Oprócz niego w klubie zostaną także: Pattrick Patterson i Greivis Vasquez, którzy trafili do Kanady z Sacramento w trakcie poprzednich rozgrywek. Pierwszy z nich podpisał trzy letni kontrakt, opiewający na kwotę 18 milionów dolarów, zaś drugi zarobi 13 milionów przez najbliższe dwa lata.
Istotnym wzmocnieniem na obu skrzydłach jest zatrudnienie Jamesa Johnsona, który związał się z Raptors dwuletnią umową, na mocy której na jego konto wpłynie 5 milionów dolarów. Johnson to silny atleta, który potrafi wnieść wiele do zespołu po obu stronach parkietu, choć jego statystyki tego nie oddają. Średnie kariery Johnsona to 6,5 punktu, 3,2 zbiórki, 1,6 asysty i jeden przechwyt.
Z klubem pożegnali się natomiast Nando De Colo, Steve Novak, John Salmons i Lucas Nogueira. Ostatnia trójka wzięła udział w wymianach z Hawks i Jazz. W zamian za nich Raptors otrzymali Lou Williamsa i Diante Garretta, który został zwolniony.
Lou Williams będzie dużym wzmocnieniem ofensywy kanadyjskiej ekipy. W swoim najlepszym sezonie 11/12 potrafił w barwach 76ers zdobywać niespełna 15 punktów na mecz, trafiając do kosza z 40% skutecznością (36% zza łuku). Może z powodzeniem występować na obu pozycjach obwodowych.
Wiele ironicznych komentarzy wzbudził draftowy wybór Raptors. Bruno Caboclo wybrany przez Toronto z numerem dwudziestym był przymierzany do drugiej rundy. Niespełna 19-letniego Brazylijczyka porównuje się do Kevina Duranta, jednak jego przygoda z koszykówką rozpoczęła się stosunkowo niedawno i jego obecny warsztat jest surowy jak tatar. Fran Fraschilla, amerykański komentator i były trener uniwersytecki, opisując Caboclo powiedział, że jest on: "dwa lata od dwóch lat do bycia gotowym na rywalizację w NBA". To bolało. Natomiast wybrany w drugiej rundzie DeAndre Daniels dobrze zaprezentował się podczas turnieju NCAA, nieźle rzuca i jest atletycznie zbudowany, ale raczej nie ma szans wnieść niczego pozytywnego do drużyny Raptors.
Przespany draft, zmarnowany (najprawdopodobniej) dwudziesty pick - ta kwestia boli kibiców Raptors najbardziej. Niewątpliwie cieszy nowy kontrakt Lowry'ego, ale drużyna Toronto nie uczyniła jednak żadnego kroku w przód. Znów najwięcej zależy od rozwoju DeMara DeRozana, Terrence'a Rossa i Jonasa Valanciunasa. W obliczu wzmocnień rywali na Wschodzie wywalczenie przewagi własnego parkietu przez Raptors wydaje się niemal niemożliwe. W Kanadzie znów będą toczyć ciężki bój o Playoffs.
Już wkrótce przegląd ruchów kadrowych w Konferencji Zachodniej!
Gwiazdy lekkoatletycznych mistrzostw Europy w Zurychu
Mo Farah w akcji (źródło: Vanboosh/Creative Commons 2.0)
12 sierpnia w Zurychu rozpoczęły się mistrzostwa Europy w lekkoatletyce. Prezentujemy największe europejskie gwiazdy „Królowej Sportu”.
Anita Włodarczyk (rzut młotem)
Z tą zawodniczką możemy wiązać wielkie oczekiwania. Polka prezentuje ostatnio bardzo powtarzalną formę, więc o jej występy możemy być spokojni. Na festiwalu im. Kamili Skolimowskiej w Cetniewie Włodarczyk rzuciła 78,17 m. To najlepszy wynik na świecie w tym roku. Jedyną zawodniczką, która jest tylko o krok od Anity, jest Niemka Betty Heidler, której najlepszy wynik w tym sezonie jest tylko o 17 cm gorszy od Polki. Jednak to Włodarczyk może pochwalić się niesamowitą regularnością. Liczymy więc na złoto ME!
David Storl (pchnięcie kulą)
Niemiec w tym sezonie prezentuje wyśmienitą formę - 2 razy poprawił swój rekord życiowy: najpierw 21,90 m, a następnie o 7 cm dalej. W rankingu światowym co prawda zajmuje drugą lokatę, przegrywając tylko z Amerykaninem Joe Kovacsem. Ale jeśli chodzi o europejską listę, to Storl nie ma sobie równych. Mimo dopiero 24 lat Niemiec jest już mistrzem świata z Moskwy i wicemistrzem olimpijskim z Londynu. Wszystko wskazuje na to, że i tym razem może zapisać na swoim koncie kolejny sukces.
Mo Farah (biegi na 5000 i 10 000 m)
Dominator powraca na trasy. W Zurychu najprawdopodobniej wystartuje w dwóch królewskich dla siebie dystansach. Ma już 5 tytułów mistrzowskich, właśnie z tych konkurencji. Ostatnimi czasy zmagał się z wieloma kontuzjami i musiał zrezygnować z wielu startów. Ale na mistrzostwa w Zurychu na pewno będzie w pełni gotowy.
Bohdan Bondarenko (skok wzwyż)
W czerwcu Ukrainiec ustanowił swój nowy rekord życiowy - 2,42 m. Mało który zawodnik w historii skakał aż tak wysoko. W Zurychu pewnie będzie chciał powtórzyć swój najlepszy skok, a kto wie - może skoczy jeszcze wyżej?
Renaud Lavillenie (skok o tyczce)
Francuz jest bezapelacyjnie najlepszy. Jak na razie nie widać zawodnika, który miałby realne szanse na zagrożeniu Lavillenie. Jest pierwszy na listach zarówno światowych, jak i europejskich. Jego najlepszy wynik w tym sezonie to 6,16 m (w Doniecku podczas sezonu halowego), który stanowi jednocześnie nowy rekord świata w hali. W swoim dorobku Francuz ma już 7 mistrzowskich tytułów. Do Zurychu pojedzie jako obrońca trofeum.
Pascal Martinot-Lagarde (bieg na 110 m przez płotki)
Na ostatnim mityngu w Monako Francuz zaprezentował się z wyśmienitej strony. Pobiegł poniżej 13 sekund – 12,95 s. Właściwie w każdym swoim biegu w tym sezonie był bliski poprawienia rekordu świata. Wszystko wskazuje na to, że i w Zurychu Francuz będzie gwiazdą.
Przegląd dotychczasowych transferów w Primera Division [część 2.]
Źródło: Piotr Drabik/Creative Commons 2.0
Ponad połowa okna transferowego w Europie już za nami. Warto przyjrzeć się ruchom na rynku hiszpańskim. W poprzedniej części zaprezentowaliśmy sytuację w Atletico i Realu Madryt, oraz FC Barcelonie. Dziś meldujemy, co dzieje się w pozostałych drużynach z Primera Division. Od razu uprzedzamy, że w materiale nie zabraknie też polskich akcentów.
Oszczędzania pieniędzy ni-ma u Petera Lima
Valencia zanim rozpoczęła zmagania na rynku transferowym, otrzymała potężne wsparcie od Petera Lima, singapurskiego biznesmena, który swoje udziały ma także m.in. w Benfice Lizbona. Jego pojawienie się na Mestalla spowodowało niemały zamęt, ale i otworzyło drogę do rewolucji, która pozwoliłaby powrócić „Los Che” na stare tory. Rewolucję zaczęto od trenera, bowiem zwolniono Juana Antonio Pizziego. Kontakty Lima w Benfice okazały się być kluczowe, bo na Mestalla zameldowali się już Nuno Espiritu Santo (trener), Andre Gomes oraz Rodrigo. Nowości to także wypożyczony z Celty bramkarz Yoel oraz Rodrigo de Paul wraz z Otamendim, który zakontraktowany został de facto sezon temu, mógł jednak przybyć do „Murcielagos” dopiero teraz. Do Valencii powróciła także cała masa piłkarzy z wypożyczeń, których przyszłość w klubie stoi pod znakiem zapytania. Wiadomo, że „Nietoperze” muszą jeszcze sporo popracować nad uzupełnieniem kilku pozycji, ze względu na odejścia takich piłkarzy jak Mathieu, Ricardo Costa oraz Bernat. Czas pokaże czy dobrym posunięciem było zakontraktowanie Portugalczyka na stanowisku szkoleniowca „Nietoperzy”.
Athletic Bilbao przed szansą na powrót do elity, czyli Ligi Mistrzów. Uda się?
Powrót Bilbao po 16 latach przerwy do Ligi Mistrzów nie jest taki oczywisty. Baskowie w ostatnim sezonie grali bardzo dobrze pod wodzą Ernesto Valverde, ale w tym okienku pożegnali jedną bardzo ważną postać - chodzi oczywiście o Andera Herrerę, który zamienił Baskonię na Manchester United. Polityka transferowa najbardziej znanego zespołu z Kraju Basków nie zmienia się od lat - klub bazuje wyłącznie na lokalnych graczach, dlatego nie należało spodziewać się spektakularnych wzmocnień. Być może w ataku pokaże się z dobrej strony Borja Viguera, który w sparingach prezentował się przyzwoicie, lecz 27-letni wychowanek największego rywala Athletiku w Baskonii – RSSS – nie jest przedstawicielem klasy światowej. Athletic czekał na potknięcie Zenita w eliminacjach Ligi Mistrzów (3. Runda), co pozwoliłoby uniknąć takich mocarzy jak Napoli, Porto czy Arsenal. Wiemy już, że prośby Basków nie zostały wysłuchane przez niebiosa.
Sevilla znów z polskim akcentem
W lidze hiszpańskiej kilku Polaków już grało. W samej stolicy Andaluzji grał przecież Wojtek Kowalczyk. „Kowal” reprezentował barwy „Los Beticos”, czyli Betisu, który w poprzednim sezonie w stylu katastrofalnym spadł do Liga Adelante, zaś Sevilla, po kiepskim początku sezonu, zdołała ugrać ostatecznie piąte miejsce w ogólnej klasyfikacji. Wspomniałem o polskim akcencie i teraz miasto Sewilla będzie oglądać innego Polaka w akcji – ze Stade de Reims do ekipy Emery’ego powędrował Grzegorz Krychowiak. „Krycha” nie zastąpi chorwackiego rozgrywającego Rakitica, ale na pewno wiele może dać zespołowi z Ramon Sanchez Pizjuan. Rywale Betisu zza miedzy musieli standardowo borykać się z problemem uzupełniania tych pozycji, które zostały osłabione przez dobrą dyspozycję poszczególnych piłkarzy. Po świetnym sezonie wspomniany Ivan Rakitić został wyciągnięty za 16 mln euro przez Barcelonę. Marin musiał powrócić do Chelsea, a M’Bia do QPR. Oprócz Krychowiaka na Pizjuan zameldowali się Aleix Vidal (Almeria), Barbosa (bramkarz; Las Palmas), Iago Aspas (Liverpool), Alejandro Arribas (Osasuna) oraz Denis Suarez, który przyszedł z Barcelony B w ramach rozliczenia transferu Rakiticia. Baskijski trener Sevilli nadal jednak będzie poszukiwał wraz z Monchim graczy mogących zasilić zdobywcę Ligi Europy.
Real Sociedad odzyskał Velę, ale stracił Griezmanna
To było do przewidzenia. Pięć dobrych sezonów w barwach RSSS sprawiły, że francuski skrzydłowy musiał opuścić swoje gniazdo i wylecieć w siną dal. Griezmann dał zastrzyk gotówki Baskom, ale zostawił dziurę, którą bardzo ciężko będzie załatać. Realowi udało się zatrzymać Velę i wykupić go z Arsenalu, który wciąż posiadał prawa do Meksykanina. Trzeba było także wypełnić lukę po Claudio Bravo i z tego powodu zakontraktowano z Estudiantes Argentyńczyka Rulliego. Z QPR sprowadzono „na dobre” Estebana Granero. „Pirat”, jeśli ominą go poważniejsze kontuzje, może odzyskać formę w San Sebastian. Rolę napastnika powierzono natomiast Islandczykowi Finnbogasonowi. Jeden z najlepszych strzelców Eredivisie przeszedł z Heerenveen. Szanse na to, że RSSS zagra bardzo dobry sezon, w mojej ocenie prysły wraz z transferem Griezmanna. Należy jednak pamiętać, że przez sierpień na rynku transferowym może się jeszcze wiele wydarzyć.
Pozostałe istotne ruchy, czyli o zespołach, które będą walczyły o przetrwanie w La Liga
Główną wiadomością, jaką my Polacy winniśmy zakodować, jest oczywiście wypożyczenie Przemka Tytonia z PSV do Elche. Już w premierowym sparingu Polak zaprezentował się z wybitnej strony, broniąc rzut karny w meczu z Betisem. Były reprezentant Polski ma szanse na oficjalny debiut w La Liga już w spotkaniu na Camp Nou z Barceloną. Być może zatrzyma katalońską machinę już na starcie rozgrywek?
Klub z Elche w poprzednim sezonie kierował się polityką wyciągania piłkarzy za darmo lub na zasadzie wypożyczeń. Wielu takich musiało z klubu odejść, wielu też przyszło. Warto wspomnieć – oprócz Tytonia – o Pedro Mosquerze oraz Adrianie Gonzalezie.
Ten ostatni grał do tej pory w Rayo, które w moim odczuciu robi co sezon wszystko, aby zostać zauważonym na arenie hiszpańskiej. Vallecano przeprowadziło masę ciekawych transferów, wliczając w to Manucho, Amayę, Dereka Boatenga, czy świeżo wypożyczonych z Villarreal Aquino i Jonathana Pereirę, a i z Porto: Abdoulaye Ba i Luisa Carlosa Pereirę Carneio. Ciekawostką jest fakt, że klub z przedmieść Madrytu opuściło aż 18 (!) piłkarzy. Przybyło do tej pory 13. W mojej prywatnej opinii Rayo to król polowania tego sezonu w lidze hiszpańskiej, jeśli chodzi o zespoły, które nie są w stanie zwyciężyć na koniec rozgrywek, a dodając do tego świetnego szkoleniowca – Paco Jemeza – paczka z dzielnicy Vallecas znów będzie przyciągać postronnych widzów swoją odważną i pozbawioną kompleksów grą.
Na młodych stawiają przy El Madrigal. Villarreal wzięło do kompletu Jonathana Dos Santosa, który właściwie sam wyraził chęć gry w tym klubie ze względu na brata, Giovanniego. Wykupiono oficjalnie Sergio Asenjo, który robił furorę w bramce „Żółtej Łodzi Podwodnej”. Wzmocniono się także Rukaviną, Czeryszewem oraz Espinosą z Barcelony B. Z wypożyczeń powrócili De Guzman i Gerard Moreno. Niewykluczone, że ekipa Marcelino spróbuje zakontraktować Leo Baptistao z Atletico.
Celta Vigo spróbuje podążać drogą wyznaczoną przez „Lucho” Enrique. Strata trenera oraz Rafinhi Alcantary może zostać mocno odczuta w Galicji. Galisyjczycy poszukali jednak wzmocnień m.in. w stolicy Katalonii, bo zaprosili do siebie Sergiego Gomeza i Carlesa Planasa. Wzmocnieniem jest także osoba Larriveya i Pablo Hernandeza, a cały projekt ma poprowadzić trener Eduardo Berizzo. W ostatniej chwili klub na zasadzie wypożyczenia opuścił Yoel i obsada bramki znowu będzie wymagała znacznej poprawy, bo Hiszpan prezentował się więcej niż solidnie. W lidze był ś.p. Tito, sezon temu „Tata” Martino, a teraz w Celcie będzie „Toto”, bo taki przydomek ma trener Celty.
O opinię w sprawie Levante poprosiłem Piotrka Przyborowskiego, właściciela bloga „Moje Levante” i można śmiało rzec, że najlepiej poinformowanego człowieka w Polsce odnośnie „Żab”:
Latem Levante straciło oczywiście swoją główną gwiazdę, czyli Keylora Navasa. Kostarykanin dołączył do Realu Madryt za 10 milionów euro. Do końca okienka pozostał jeszcze niecały miesiąc, ale raczej nie ma zbyt wielkich szans, by duża część z tej kwoty została wydana na wzmocnienia. Klub z Ciudad de Valencia już bowiem zawczasu postarał się o odpowiednie transfery. Największym wzmocnieniem wydaje się być Rafael Martins. 25-letni napastnik ma za sobą rewelacyjny sezon w barwach Vitórii Setúbal. Dla portugalskiego zespołu Brazylijczyk w 28 meczach strzelił 15 goli. Ma on rozwiązać problem Levante z zeszłego sezonu, czyli brak środkowego napastnika z prawdziwego zdarzenia. Jest oczywiście David Barral, ale sam 31-latek nie jest już gwarantem kilkunastu goli na sezon. Do klubu po rocznym wypożyczeniu do Eibar powrócił też bardzo kreatywny José Luis Morales, który wreszcie musi dostać szansę gry w pierwszym zespole. Innym sukcesem nowego szkoleniowca, czyli Mendilibara, może być fakt, że w klubie udało zatrzymać się Mohameda Sissoko. Malijczyk miał kilka niezłych ofert, ale ostatecznie zdecydował się pozostać w Hiszpanii. Na jego pozycję sprowadzono już zresztą Víctora Péreza, który spędzi w Levante najbliższe dwa lata na zasadzie wypożyczenia z Valladolid. 26-latek może być jednak następcą Pape Diopa. Ten już w zeszłe lato miał odejść do Olympiakosu, być może teraz skusi się na niego któryś z tureckich czy greckich zespołów. Osobny paragraf warto też poświęcić Jaime Gavilánowi. To doświadczony na hiszpańskich boiskach skrzydłowych, którego lekką ręką pozbyto się z Getafe. 29-latek ma jednak duże szanse, by odbudować się w Levante i po pierwszych sparingach można stwierdzić, że może mu się to udać. W zeszłym sezonie Caparrós miewał duże problemy z obstawieniem środka defensywy. Tu na razie nie doszło do żadnych wzmocnie:, do zespołu po wypożyczeniu do Girony powrócił Iván López, a więc prawy obrońca. W tym momencie Pedro López może zacząć grać na prawym skrzydle, na którym szalał w sparingowym meczu z CD Teruel (zaliczył w tamtym spotkaniu hat-tricka, a jego drużyna wygrała 5:0). Wydaje się więc, że największym „wzmocnieniem” w linii defensywy jest powrót do pełni zdrowia Héctora Rodasa. O odejściu Keylora Navasa już z pewnością wiecie, jednak kibice „Żab” mogą być o obsadę bramki dość spokojni. Javi Jiménez w letnich sparingach prezentował się bardzo solidnie, a lada dzień do Levante dołączy jeszcze Diego Mariño, dotychczas bramkarz Realu Valldolid i młodzieżowy reprezentant Hiszpanii. Z Levante latem odszedł nie tylko Navas, ale i kilku innych piłkarzy. Ángel Rodríguez odszedł do Eibar, Baba wrócił po wypożyczeniu do Sevilli, Sérgio Pinto znów spróbuje swoich sił w Niemczech i dołączył do Fortuny Düsseldorf. Ze wszystkich odejść najbardziej martwią te Miguela Pallardó i Pedro Ríosa. Obaj w Levante spędzili kilka dobrych lat i zaliczyli lepsze i gorsze chwile na Ciudad de Valencia. Obaj pozostają niestety wciąż bez nowych klubów. To okienko można jednak zaliczyć dla Levante za jak najbardziej udane. Zarząd pozyskał wreszcie środkowego napastnika z prawdziwego zdarzenia, a 10 milionów za Keylora Navasa zostaną na pewno wydane z głową.
W Maladze także zmieniono szkoleniowca. Zirytowani postawą Bernda Schustera właściciele klubu z La Rosaleda sięgnęli po Luisa Gracię, który dotychczas prowadził Osasunę. Dokonano kilku transferów do i z klubu, ale tym najbardziej spektakularnym okazuje się być w mojej ocenie zakontraktowanie Guillermo Ochoi. Bohater Meksyku z MŚ jest w stanie zastąpić z godnością Willy’ego Caballero, który postanowił poszukać szczęścia u boku swojego byłego trenera – Pellegriniego – w Manchesterze City. Wiemy też dobrze, że przygoda Bartłomieja Pawłowskiego w Andaluzji ostatecznie się zakończyła, choć początki wyglądały na udane. Warto też wspomnieć o powrocie na Półwysep Iberyjski Luisa Alberto, który w Liverpoolu nie zanotował wybitnego epizodu.
Getafe być może znalazło się w posiadaniu mocy z Gwiezdnych Wojen, bowiem madrytczycy zakontraktowali zawodnika zwanego Yodą. Odsuwając jednak żarty na bok znów wygląda na to, że średniak La Liga sam sobie komplikuje dalszy byt w hiszpańskiej Ekstraklasie, nie kontraktując nikogo godnego uwagi poza bramkarzem Guaitą z Valencii. Getafe pozbyło się kilku ważnych trybów w swojej układance z Pedro Mosquerą i Moyą na czele, a i niewykluczone że Pedro Leon też do tej grupki dołączy.
Trenera zmieniono na Cornella El Prat, gdzie na co dzień gra Espanyol. Katalońskie „Papużki” pożegnały Javiego Aguirre, który objął stery japońskiej reprezentacji, zatrudniając na stanowisku mistera Sergio Gonzaleza. Podziękowano za współpracę Simao Sabrosie, Joanowi Capdevilli, Pizziemu i Jhonowi Cordobie, zaś do klubu przybyli Arbilla, Salva Sevilla, Caicedo i wyciągniętych z tonącego okrętu o nazwie Zaragoza – Montaňesa oraz Alvaro Gonzaleza.
Granada wykorzystała zamieszanie z przedłużeniem kontraktu Caparrosa z Levante i zatrudniła tego szkoleniowca u siebie. Wraz z nim do pięknego andaluzyjskiego miasta przybyło kilku dobrze znanych w La Liga piłkarzy, tułających się głównie po średniakach. Mowa tu głównie o Danielu Larssonie i Javim Marquezie, ale Granada skusiła także Barcelonę, aby ta pozwoliła odejść za darmo Oierowi Olazabalowi. Filia Udinese w Hiszpanii pożegnała za to wielu znaczących dla klubu piłkarzy m.in. Brahimiego, Karnezisa czy Ighalo. Utracono także Siqueirę, który powrócił z wypożyczenia z Benfiki i został szybko wykupiony przez Atletico. Rozwiązano zaś kontrakt z Danim Benitezem, który w trakcie sezonu został wydalony z klubu ze względu na pozytywny wynik testu z użyciem kokainy.
Dwunastu przyszło, dwunastu odeszło – to bilans Almerii do tej pory. W piłkarzach sprowadzonych wyróżnia się jedynie nazwisko Wellingtona Silvy z Arsenalu Londyn. Wśród pożegnanych zaś Aleix Vidal, czy Rafita.
Wreszcie na koniec beniaminkowie, których na pewno nie było stać na spektakularne transfery. Na początek SD Eibar, który wygrał w poprzednim sezonie rozgrywki Liga Adelante, a musiał też zebrać odpowiednie fundusze na wykup licencji do gry w hiszpańskiej Ekstraklasie. Sztuka ta się udała i po raz pierwszy w swojej historii baskijski klub zagra w Primera Division. Wielu transferów jeszcze nie potwierdzono, ale z dotychczas przeprowadzonych żadne nazwisko wiele nam nie powie. Na pewno przybyć mają Dani Nieto, który dobrze grywał w rezerwach Barcelony, a niewykluczone, że ostatecznie do Eibar trafi na zasadzie wypożyczenia Gaizka Toquero z Bilbao. Z Eibar odeszło natomiast 11 piłkarzy.
Kto pamięta czasy SuperDepor? To była dopiero ekipa. Galisyjczycy wracają do Primera, kontraktując kogo tylko popadnie. To stwierdzenie idealnie pasuje do zatrudnienia Isaaca Cuenki, który w Barcelonie przez kontuzje utracił wielką szansę na karierę, a i w La Coruňy niekoniecznie taką musi odbudować. Katalończyk świeżo po zaczęciu treningów w Deportivo doznał kolejnego urazu. Udało się za to ściągnąć Jose Rodrigueza z Realu Madryt, który swoją przygodę z dorosłym zespołem zaczął za Mourinho. Pożegnano zaś legendę hiszpańskiej piłki i wielokrotnego reprezentanta Hiszpanii – Carlosa Marchenę.
Cordoba zaś nie patyczkowała się z liczbą piłkarzy sprowadzonych do zespołu, i obok takich ekip jak Elche i Rayo, można ich uznać niemal za królów polowania. Fausto Rossi z Juventusu czy Fede Cartabia z Valencii mogą wiele pomóc beniaminkowi w zagnieżdżeniu się w Ekstraklasie na dłużej. Póki co z klubu odeszło zaledwie 6 graczy, a przybyło aż 12.
Na koniec słówko od autora
Wielką wadą pisania o średniakach La Liga jest fakt, że praktycznie w każdej chwili mogą pojawić się kolejne zaskakujące transfery. Cieszy fakt, że liczba Polaków w jednej z najsilniejszych lig świata się powiększa. Martwiła deklaracja dotycząca Cezarego Wilka, reprezentującego barwy galisyjskiego Deportivo La Coruňa. Włodarze słynnego niegdyś SuperDepor uświadomili naszemu rodakowi, że szanse na grę ma ograniczone i lepiej żeby poszukał klubu gdzie indziej. Na szczęście Przemysław Tytoń i Grzegorz Krychowiak mają realne szanse na grę co tydzień na hiszpańskich boiskach.
Valencia jest na najlepszej drodze, aby dokonać kilku ciekawych wzmocnień za niedużą kwotę. A i z pieniędzmi zbytnio patyczkować się nie muszą, ze względu na wejście do klubu Petera Lima. W moim odczuciu ciekawie może prezentować się Rayo Vallecano, Elche, Cordoba czy Celta. Swoim zaangażowaniem spróbują na pewno zarazić wszystkich gracze Eibar, którzy nie do końca mogą pozwolić sobie na wielkie ruchy kadrowe. Sevilla może czuć tęsknotę za Rakiticiem, ale przy zmianie stylu gry ekipa ta ma szanse na 4. miejsce w lidze. Wielką niewiadomą może być Atlhletic, który ma świetnego trenera, ale kadrę złożoną wyłącznie z Basków - został Muniain, ale nie ma już Andera Herrery. No i na koniec jeden argument, by śledzić zmagania Iberyjczyków: Ochoa.
Michał Kędzierski z pomocą Piotra Przyborowskiego (obaj Fala Sportu)
Przegląd dotychczasowych transferów "Wielkiej Trójki" w Primera Division [część 1.]
Źródło: Calcio Streaming/Creative Commons 2.0
Lato gorące, wręcz upalne, ale to także okres nieodłącznie od wielu lat kojarzący się sympatykom piłkarskim z okienkiem transferowym. Właśnie upłynęła jego połowa, więc jest to odpowiedni czas, aby przedstawić podsumowania ruchów transferowych jednej z najsilniejszych lig Europy i świata. Mowa o hiszpańskiej Primera Division (Liga BBVA). W pierwszej części materiału przedstawiamy zestawienie roszad dokonanych przez pierwszą trójkę poprzedniego sezonu, czyli Atletico Madryt, FC Barcelonę oraz Real Madryt.
Atletico wypełnia luki
Zestawienie wypada zacząć od aktualnego i świeżo koronowanego mistrza Hiszpanii. Banda Simeone, a oficjalnie rzecz ujmując - Atletico Madrid, prowadzi racjonalną politykę transferową, czyli uzupełniając te pozycje w kadrze, które uzupełnienia wymagały. Klub znad Manzanares zdążył już pożegnać cały zaciąg najważniejszych graczy, i co ciekawe - zdecydowana większość poszła w jednym kierunku, bo do Chelsea Jose Mourinho. Mowa o Courtois (który z racji istniejących przepisów – nie mógł zostać po raz czwarty z rzędu wypożyczony do Atletico, będąc ciągle na tej samej umowie z londyńskim zespołem), Filipe Luisie oraz brazylijsko-hiszpańskim napastniku zwanym Diego Costą. Za dwóch ostatnich Atletico otrzymało 58 mln euro, zaś Thibaus Chelsea nie kosztował ani euro-centa. Do jednego klubu powędrowali także Adrian Lopez oraz Oliver Torres - obaj wylecieli do budującej się hiszpańskiej kolonii na włościach FC Porto, gdzie Lopetegui postara się złączyć to wszystko w jedność. Adrian kosztował „Smoki” 15 mln, podczas gdy wielki talent – Oliver – odszedł na zasadzie wypożyczenia. Wypożyczono do Torino Rubena Pereza, pożegnano Jose Sosę (który dla mnie osobiście mógł stanowić większą rolę w nowym sezonie, ale musiał on powrócić do Metalista ze względu na koniec wypożyczenia), Diego Ribasa (Fenerbahce, koniec wypoż.), Villę (odejście do filii „The Citizens”, czyli nowopowstałego New York City FC), Sergio Asenjo (Villarreal, 5 mln euro) oraz podziękowano za współpracę rezerwowemu, mającemu już swoje lata świetności bramkarzowi Aranzubii. Tyle o odejściach, czas na nowe nabytki. Tych było także sporo i przede wszystkim robione sensownie, według życzeń Simeone.
Za Courtois w bramce stać będzie Jan Oblak - słoweński wieżowiec zabezpieczający dotychczas bramkę Benfiki Lizbona. Opuścił on popularne „Orły” za 16 mln euro. Asystować mu będzie broniący barw Getafe Miguel Angel Moya, który średniaka z przedmieść Madrytu opuścił za 3,5 mln euro. W obronie zobaczymy takich zawodników jak Saul (przynajmniej na tę chwilę, bo Atletico myśli, aby znów go wypożyczyć; ostatnio na wypoż. w Rayo), Siqueira (10 mln euro z Granady, choć wypożyczenie spędził również w Lizbonie u boku Oblaka) oraz Alsaldiego, który właśnie został oficjalnie wypożyczony do madryckiego klubu z Zenita. Za siłę ataku odpowiadać zaś będą, dwaj dobrze znani zawodnicy w Europie, Mario Mandżukić, który za 21 mln euro opuścił Bayern Monachium, w którym nie miał już czego szukać za sprawą przyjścia Roberta Lewandowskiego, oraz Griezmann, który robił furorę w barwach Realu Sociedad i za kwotę 30 mln euro zamienił Anoeta na Vicente Calderon. Mało trafionym transferem wydaje się być za to zakontraktowanie Angela Correi. Utalentowany Argentyńczyk ma spore problemy kardiologiczne i dopóki nie wyleczy się w pełni z owych kłopotów ze zdrowiem, zapłacone San Lorenzo 7,5 mln euro mogą się już nigdy nie zwrócić.
Największą, choć nieplanowaną, „bombą”, okazał się cały cyrk związany z Tiago Mendesem. Portugalczyk miał zostać kolejnym piłkarzem Chelsea, ale ze względu na problemy z uzyskaniem pozwolenia na grę w Anglii podpisał nowy kontrakt z Atletico, choć mówiło się ostatecznie o przenosinach do Valencii. Wciąż nieznana jest przyszłość takich graczy jak Guilavogi (choć Francuz jest coraz bliżej Wolfsburga) oraz Leo Baptistao. Pierwszy powrócił z wypożyczenia z AS Saint-Etienne i na 90 proc. nie znajduje się w planach „Cholo”, zaś Leo Baptistao spędził pół roku w Betisie, stając się ewenementem na skalę światową - zdobywając jednocześnie tytuł mistrza kraju oraz spadając z ekipą do drugiej ligi. Póki co transfery „Los Colchoneros” trzeba określić jako więcej niż solidne. Nanosząc zaś ostatnie poprawki do akapitu o „Materacach” trzeba wspomnieć o zakontraktowaniu Jesusa Gameza z Malagi. Nieznana jest aktualnie kwota operacji, ale prawy defensor zwiąże się z klubem z Vicente Calderon na trzy sezony.
(R)ewolucja w Barcelonie
Czas przekonać się, co piszczy w katalońskiej trawie. FC Barcelona wraz ze zmianą szkoleniowca wzięła się także za wielkie zmiany personalne w kadrze. W tym okienku transferowym wiele wskazywało na to, że klub opuszczą wszyscy kapitanowie dotychczasowej kadry zespołu, ale skończyło się póki co na odejściu Victora Valdesa (który wciąż pozostaje bez klubu przez kontuzję) oraz Carlesa Puyola (koniec kariery). Bliski rozwiązania kontraktu ze swoim wieloletnim pracodawcą był Xavi, lecz Katalończyk ostatecznie zostanie przynajmniej jeszcze na rok z „Dumą Katalonii”. Inne pożegnania? Klub nie przedłużył kontraktu z Pinto (co oznacza na 99 proc. koniec kariery), rozwiązał kontrakt z Oierem (przejście do Granady) oraz Cuencą (zatrudniony przez Deportivo La Coruňa),a także wypożyczył na 2 lata Tello do FC Porto (2 mln euro). Wysłany do swojego brata – Giovanniego – został Jonathan Dos Santos, który odszedł do Villarreal (również 2 mln euro). Klub z Barcelony podziękował za współpracę także dwóm światowej klasy grajkom, sprzedając za 33 mln euro Fabregasa do Chelsea, oraz za 42,5 mln euro Alexisa Sancheza do Arsenalu. Nie licząc słynnego odejścia Figo do Madrytu, to te transfery znalazły się bardzo wysoko w hierarchii najdrożej sprzedanych graczy w historii klubu z Camp Nou. Do swojego piątego klubu w karierze dołączył Bojan Krkić - Katalończyk zasilił Stoke City za 5 mln euro. Policzone są także dni Afellaya, którego media łączą z Besiktasem, a także Kameruńczyka Songa, który nie narzeka jednak na brak ofert. Obu piłkarzom zakomunikowano, że mogą w klubie zostać, ale ich kariera na Camp Nou będzie polegała jedynie na rocznym treningu i nieuczestniczeniu w jakichkolwiek oficjalnych meczach Barcelony.
Wspominałem o rewolucji i da się ją dostrzec w siedzibach włodarzy Barcelony. Trenerem został Luis Enrique, czyli była legenda klubu. Pożegnanie praktycznie wszystkich trzech bramkarzy z poprzedniego składu sprawiło, że trzeba było zainwestować pieniądze w nowych. Po 12 mln euro FC Barcelona zapłaciła za Marka-Andre Ter Stegena oraz Claudio Bravo, odpowiednio Borussii M’Gladbach i Realowi Sociedad, uzupełniając to Masipem z własnej cantery – La Masii. Z wypożyczeń wezwano Rafinhę (Celta Vigo, gdzie był również „Lucho” Enrique) oraz Deulofeu (Everton). Kolejne miliony euro wydane zostały natomiast na kolejnych trzech, dobrze znanych Barcelonie, graczy: 16 za Rakiticia (kreator gry Sevilli), 20 za Jeremy’ego Mathieu (31-letniego obrońcę z Valencii) oraz 81 za Luisa Suareza, który niechciany już na Wyspach i w samym Liverpoolu, znalazł piłkarski azyl na Camp Nou. Urugwajczyk to póki co jedyny gracz nieprzedstawiony na boisku „Dumy Katalonii”, ponieważ wciąż obowiązuje nałożona na niego kara przez FIFA, choć to może się na dniach zmienić. Oceniając transfery Barcelony trzeba je określić oczywiście jako solidne, ale kluczową sprawą wciąż pozostaje ocena nowego szkoleniowca, gdyż to on te wszystkie „tryby” będzie musiał na boisku poukładać. Prezydent klubu – Josep Maria Bartomeu – transferów ma zamiar kilka jeszcze dokonać, dlatego niewykluczone, że w kolejnym podsumowaniu lista piłkarzy Barcelony się powiększy.
Galaktyczne transfery Realu
Zdobywca Pucharu Króla oraz zwycięzca Ligi Mistrzów – Real Madrid – w poprzednim sezonie zajął w La Liga miejsce trzecie. „Królewscy” właściwie mogli ograniczyć się do stwierdzenia, że skoro wygrali tyle w poprzednim sezonie, to po co zmieniać kadrę? Florentino Perez zawsze słynął jednak z galaktycznych transferów przeprowadzanych niemal rok w rok, dlatego i w tym okienku musiał pokazać „pazur”. Sternik z Santiago Bernabeu nie próżnował, a efekty jego pracy skomentowała Kinga Wiśniewska, specjalistka Fali Sportu od Realu Madryt:
Prezes Realu Madryt chce chyba w tym roku zgarnąć wszystkie możliwe do zdobycia trofea, a zwłaszcza na kolejny rok zatrzymać to najważniejsze, Puchar Europy. Swoje zaoszczędzone na zimowych transferach pieniądze wydał teraz z dużym rozmachem na piłkarzy, których zakup pozwoli mu spokojnie oczekiwać na rozpoczęcie nowego sezonu. Najpierw do stolicy Hiszpanii ściągnął świeżo upieczonego mistrza świata, Toniego Kroosa, płacąc za niego Bayernowi 25 mln euro. Niemiec w prezydenckiej loży stadionu Santiago Bernabeu podpisał sześcioletni kontrakt z rocznym wynagrodzeniem rzędu 6 mln euro. Sam piłkarz przyznał, że styl gry Madrytczyków bardzo mu odpowiada. Czy „8” na koszulce Realu okaże się dla niego szczęśliwą liczbą?
Zaledwie kilka dni później, za znacznie większą kwotę, bo 80 mln, Perez wyłożył na pozyskanie kolejnego pomocnika - Jamesa Rodrigueza. Kolumbijczyk zrobił na widzach wielkie wrażenie podczas mundialu w Brazylii, gdzie był nie tylko jednym z najlepszych piłkarzy Kolumbii, ale przede wszystkim królem strzelców turnieju. Zawodnik dostał koszulkę z numerem 10, kojarzącą się dotychczas z Ozilem, który odszedł z klubu przed rokiem. Roczne zarobki Jamesa w Madrycie mogą sięgać kwoty 7 mln euro. Okazało się, że były gracz m.in. FC Porto i AS Monaco zachowuje się czasem jak jego idol, a obecnie kolega z drużyny, Cristiano Ronaldo. Gdy podczas prezentacji Rodrigueza na Bernabeu, dwaj kibice, którzy wtargnęli na boisko, aby dostać się w pobliże piłkarza, zostali otoczeni przez służbą porządkową, ten „przechwycił ich”, porozmawiał z nimi, podarował piłki i odprowadził bezpiecznie na trybuny. To jakby kopia sytuacji, które czasami były udziałem CR7. Wśród kibiców Realu zapanowała prawdziwa „Jamesmania”, o czym świadczyć może fakt, że w ciągu godziny od ogłoszenia informacji o transferze Jamesa sprzedało się aż 900 koszulek z jego imieniem.
Te dwa transfery kosztowały klub łącznie 105 mln euro, a kto swoim odejściem zapewni równowagę w budżecie? Przede wszystkim pod znakiem zapytania stoi dalszy pobyt w Madrycie Angela di Marii, który zyskał poważnego rywala w walce o miejsce w podstawowej „jedenastce”. Trzeba przyznać, że nawet bez Di Marii atak „Królewskich” wygląda imponująco: Ronaldo, James, Kroos, Modrić i Bale. Czy potrafią oni jednak stworzyć zgrany kolektyw, a nie pozostaną tylko zbiorem wielkich indywidualności? Kto w tej grupie zechce być człowiekiem od „czarnej roboty”? Wydaje się, że jeśli Modrić będzie w równie wielkiej formie, jak w końcówce ostatniego sezonu, to prezes Perez i fani madryckiego zespołu mogą być spokojni o napęd tej maszyny. Z drugiej strony trochę dziwić może brak wzmocnień w formacji obronnej, która miała kilka wpadek w ostatnich meczach Realu. Widać jednak kierownictwo klubu zaufało w pełni opinii trenera Ancelottiego, którego zdaniem drużyna nie potrzebuje nowych obrońców, bo obecni są wystarczająco dobrzy. Co ciekawe, w piłkarskim świecie dużo mówi się ostatnio o jeszcze jednym spektakularnym transferze do królewskich, jakim ma być zakup… bramkarza Keylora Navasa.
Kinga swój materiał przygotowała na kilka dni przed przyjściem genialnego Kostarykanina. Keylor Navas już jest na pokładzie „Los Merengues” (Levante otrzymało za niego 10 mln euro oraz Jesusa, czyli rezerwowego golkipera Realu) i niemal na pewno jego przyjście spowoduje koniec drugiego etapu w stolicy Hiszpanii Diego Lopeza. Wychowanek „Królewskich”, mimo że wygryzł na dobre Casillasa w bramce z ligowych konfrontacji jeszcze za czasów Mourinho, ostatecznie musi pakować walizki i szukać sobie nowego pracodawcy. Takowego Diego Lopez już znalazł – podpisał kontakt z Milanem. Póki co Real sprzedał jedynie Alvaro Moratę za 18 mln euro do Juventusu oraz wkrótce pozwoli odejść Jesusowi Fernandezowi (który może zamienić Navasa w Levante). Czeryszewa wysłano do Villarreal (wypoż.), Mejiasa do Middlesbrough, zaś Casemiro do FC Porto na wypożyczenie. Jeśli chodzi o zakupy - typowe jak na Pereza, galaktyczne zakontraktowania. Moim zdaniem „bombą” okazał się transfer Kroosa, który dzięki swojej wszechstronności pozwoli Ancelottiemu na wielkie pole do manewru. Wraz z przyjściem Jamesa oraz bardzo możliwym przejściem Radamela Falcao z Monaco, wiele mogą stracić Xabi Alonso oraz Benzema.
Ocena autora
Mistrz Hiszpanii dokonał transferów mądrych, przede wszystkim starając się zapełnić luki, które powstały po odejściu kilku kluczowych graczy. Nie tylko chodziło o konkretne pozycje, ale i… charaktery. Na pierwszy plan wychodzi bowiem zamiana Diego Costy na Mario Mandżukicia. Obaj to krnąbrni gracze, ale moim zdaniem Chorwat przewyższa „Brazylijczyko-Hiszpana” swoim zaangażowaniem w obronie. Griezmann profilowo znakomicie wypełni lukę po Villi lub Adrianie, a wspomagany przez takich zawodników jak Turan czy Koke będzie świetnie atakował i balansował między pierwszą a drugą linią formacji Atletico. Wiąże się to także ze zmianą taktyki i „Cholo”, bo wiele mówi się, że przyjście francuskiego byłego już gracza RSSS zmusi do zmiany ustawienia na typowo hiszpańskie 4-2-3-1. Szczęśliwie zakończyła się saga zakontraktowania Oblaka, którego Benfica nie chciała wypuścić. Nic dziwnego, bo jest on golkiperem dobrze rokującym i nie dziwi 6-letni kontrakt zaproponowany przez włodarzy z Vicente Calderon. Słoweniec nie zaliczył jednak szczęśliwego początku w Atletico, bo wyszły na jaw jego chwilowe problemy z okolicami lędźwi. Moya, który miał być uzupełnieniem Słoweńca, świetnie prezentuje się na treningach przygotowawczych, niejako skradając serce argentyńskiego trenera Atletico. Siqueira może zaś swoimi ofensywnymi wejściami dać zapomnieć o Filipe Luisie. Ogółem Simeone, choć musiał trochę do kieszeni sięgnąć, zaopatrzył się w solidnych graczy, którzy pomogą mu w utrzymaniu tej samej strategii, dzięki której zdominował rozgrywki ligowe w poprzednim sezonie.
Barcelonie potrzebna była rewolucja. Upieram się, że potrzebny był przede wszystkim trener z cojones, a takim może być Luis „Lucho” Enrique. Asturyjczyk potrzebował zawodnika z charakterem i takim może okazać się Luis Suarez – jedna z najlepszych „9” ostatnich sezonów. W Katalonii dawno nie było charakternych graczy, a po odejściu na piłkarską emeryturę Puyola potrzeba także zmian w szatni i wyłonienie nowego dowodzącego. Dobrym posunięciem było nakłonienie Xaviego do pozostania, bowiem już w pierwszym sparingu zawodnik pokazał, że jego doświadczenie bardzo się przyda. Jeśli chodzi zaś o pozostałe transfery do klubu, to ograni w La Liga Rakitić i Mathieu mogą bardzo pomóc „Lucho” we wcielaniu tej gry, jaką Asturyjczyk chce widzieć. Barcelona w tym okienku chce powiedzieć o wiele więcej, bo dobrze pamiętamy, że w najbliższych miesiącach grozi jej widno transferowego „bana” jaki wstępnie był nałożony jeszcze przed aktualnym okienkiem transferowym. Mówi się o zakontraktowaniu Cuadrado oraz Marquinhosa, oraz pożegnaniu Daniego Alvesa. Niemniej znając działania dyrektora sportowego Andoniego Zubizarrety możemy spodziewać się, że Alves zostanie, a jedynym zakontraktowanym nowym graczem może być Belg Vermaelen. Błędem mogło być pozbycie się Alexisa (o wiele większym niż pożegnanie Fabregasa), choć w zamian za sprzedaż obu wymienionych graczy Barcelona zakontraktowała urugwajskiego „El Pistolero”, który bez wątpienia należy w tej chwili donajlepszych „9” na rynku.
Wreszcie Real Madryt, który, jak słusznie Kinga zauważyła, skupił się póki co na graczach do gry „z przodu”. Mecze przedsezonowe nie napawają optymizmem Madridismo, tym bardziej, że wciąż niepewny wydaje się Iker Casillas. Pożegnanie Diego Lopeza może okazać się błędem, ale z kolei zakontraktowanie Keylora Navasa jest strzałem w dziesiątkę. Podobnie może być także z angażem Kroosa, a jeśli dobrą pozycję na boisku trener znajdzie dla Jamesa, ten również w takiej konstelacji gwiazd może okazać się przydatny. Niemniej nie da się ukryć, że Realowi potrzeba wciąż takich graczy jak niegdyś Makalele czy obecnie Xabi Alonso. Nie wiadomo jeszcze jak zakończy się saga z udziałem Angela di Marii, ale pewnym można być tego, że wobec zatrudnienia Niemca i Kolumbijczyka, oraz mając z przodu takich graczy jak Cristiano i Gareth Bale, miejsce Argentyńczyka w wyjściowej jedenastce jest więcej niż niepewne.
Swoją drogą to pierwszy od dawna sezon, w którym trzy najlepsze drużyny poprzedniej temporady zdecydowały się na zmianę swoich golkiperów. Starcia w Liga BBVA znów będzie pełne emocji! Ja już nie mogę się doczekać!
Michał Kędzierski z pomocą Kingi Wiśniewskiej (oboje Fala Sportu)
Wampir Suarez na wokandzie. Wyjaśniamy prawne aspekty kary nowego napastnika FC Barcelony
Źródło: Paul Townsend/Creative Commons 2.0
8 sierpnia Luis Suarez stanął przed Trybunałem Arbitrażowym do spraw Sportu, a w przeciągu kolejnych 72 godzin poznamy wyrok w jednej z najbardziej elektryzujących sportowych spraw w ostatnich latach. Wykorzystujemy tę okazję, aby przybliżyć naszym Czytelnikom czym dokładnie jest TAS i jak działają mechanizmy prawa sportowego.
Smerfy czy wampirki?
Możemy się śmiać z wampirzego alter ego Luisa Suareza i mówić jak sam poszkodowany Giorgio Chiellini, że kara czterech miesięcy wykluczenia z jakiejkolwiek działalności piłkarskiej jest zbyt surowa. W końcu kilka drobnych śladów po zębach Urugwajczyka to żaden wielki uszczerbek na zdrowiu Włocha. Co innego pęknięty kręg w kręgosłupie Neymara po bezpardonowym wejściu Camilo Zunigi. Z perspektywy FIFA sprawa Suareza wygląda jednak zupełnie inaczej. Urugwajczyk (po raz trzeci!) wyrządził ogromną szkodę wizerunkowi piłki nożnej. Przeciwnicy futbolu, a jest ich całkiem sporo, dostali kolejny argument podważający wartość piłki nożnej. Obraz jaki poszedł w świat wygląda mniej więcej tak: piłkarze to niezrównoważone psychicznie „gwiazdki”, które gryzą się na najważniejszym święcie swojej dyscypliny.
Kolejny skutek zachowania byłego napastnika Liverpoolu może być jeszcze bardziej poważny. Suarez to bezsprzecznie jeden z najlepszych piłkarzy na świecie, idol wielu młodych graczy. Cudownie, jeśli mali adepci piłkarscy będą naśladować jego świetną technikę i wyborne strzały, ale co stanie się, gdy na orlikach i podczas rozgrywek trampkarzy, żaków, skrzatów, smerfów czy innych bajkowych kategorii wiekowych nagle zaczną biegać małe „wampirki”, gryzące się przy pierwszym drobnym kontakcie? Dzieci chłoną z telewizji wszystko: magiczne sztuczki swoich piłkarskich idoli, ich „cie szynki”, fryzury, ale również pokazy nurkowania i ukrywania fauli. Dlatego FIFA całkiem poważnie zabrała się za sprawę, jakby nie było recydywisty, Luisa Suareza. Kara zawieszenia na dziewięć meczów reprezentacyjnych nikogo nie zdziwiła, natomiast czteromiesięczne wykluczenie z jakiejkolwiek działalności piłkarskiej wywołało burzliwą dyskusję w środowisku.
Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie
Postępowanie zostało rozpoczęte na podstawie artykułu 84. Kodeksu Dyscyplinarnego FIFA. To ten zapis daje możliwość dochodzenia sportowej sprawiedliwości w sprawach, które umknęły sędziom podczas meczów, a które po dokładnej analizie powtórek wideo ujrzały światło dzienne. W oficjalnym komunikacie FIFA ogłosiła, że sprawa zostanie zbadana pod kątem złamania artykułu 48. i/lub 57. KD. Pierwszy zawiera przykładowy katalog niewłaściwych zachowań, które automatycznie skutkują wykluczeniem na dany okres czasu. Znajdziemy tutaj sytuacje, w której piłkarz w nieprzepisowy sposób zatrzymał klarowną okazję do zdobycia bramki przez przeciwnika (np. ten nieszczęsny Luis Suarez, który zablokował ręką piłkę zmierzającą do bramki w dogrywce ćwierćfinału Urugwaj-Ghana podczas mistrzostw świata w RPA), co skutkuje zawieszeniem na co najmniej jeden mecz. Przynajmniej dwa mecze pauzy kosztują z kolei takie naganne zachowania jak: brutalny faul, uderzenie przeciwnika łokciem, prawy i lewy sierpowy, kopnięcie. Najsurowsza kara, co najmniej sześciu meczów zawieszenia, przewidziana jest za oplucie rywala. O ugryzieniu nie ma mowy, chyba że podciągniemy to zachowanie jako rozwinięcie wszechobecnego w tych paragrafach sformułowania „et cetera”.
Artykuł 57. jest bardziej ogólny: „Ktokolwiek działa na szkodę innej osoby, w szczególności używając agresywnych gestów lub mowy, ktokolwiek łamie podstawowe zasady fair play lub zachowuje się w sposób niesportowy, podlega sankcjom zgodnie z artykułem 10”. Nie zwlekając wertujemy Kodeks Dyscyplinarny do artykułu 10. i naszym oczom ukazują się następujące sankcje: ostrzeżenie, reprymenda, kara, zwrot nagrody. Niżej mamy artykuł 11. z wyszczególnieniem kar dla osób fizycznych (czyli piłkarzy, trenerów, działaczy, itd.). Siłą podświadomości mimowolnie kierujemy wzrok na ostatni podpunkt, gdzie litery układają się w złowrogie sformułowanie: „zakaz uczestnictwa w jakiejkolwiek działalności związanej z piłką nożną”. Oto podstawy prawne, dzięki których FIFA, a ściślej Komitet Dyscyplinarny FIFA, ukarał Luisa Suareza. Bowiem według struktury organizacyjnej federacji, to właśnie Komitet Dyscyplinarny pełni funkcję piłkarskiego sądu, któremu podlegają wszystkie narodowe federacje uznawane przez FIFĘ. Od jego decyzji można odwołać się do Komitetu Apelacyjnego, a następnie szukać szczęścia w Trybunale Arbitrażowym do spraw Sportu.
Źródło: Calcio Streaming/Creative Commons 2.0
TAS czy CAS?
Trybunał Arbitrażowy do spraw Sportu (w skrócie TAS; od francuskiego Tribunal Arbitral du Sport, lub CAS; od angielskiego Court of Arbitration for Sport) z siedzibą w Lozannie został powołany w 1983 roku jako sądowe ramię MKOl, ale po kilku latach uniezależnił się organizacyjnie i finansowo. I słusznie. Trudno bowiem mówić o niezawisłości sportowego wymiaru sprawiedliwości, kiedy tak naprawdę ostatnia droga odwoławcza jest częścią innej organizacji. Sportowe federacje poszczególnych dyscyplin same określają w swoim statucie swój stosunek do TAS. I tak Międzynarodowa Federacja Judo albo Międzynarodowa Federacja Pływacka wszelkie sytuacje konfliktowe bezpośrednio kierują do TAS, uznając go za swój sąd pierwszej instancji. Z kolei Międzynarodowa Unia Kolarska czy Międzynarodowa Federacja Piłki Siatkowej nie przewidują kontroli swoich wewnętrznych orzeczeń przez TAS, chyba że sprawy dotyczą dopingu.
Ta ostatnia kwestia jest szczególnie istotna. FIFA wydała werdykt na podstawie swojego własnego Kodeksu Dyscyplinarnego, zważając jedynie na własny interes, czyli w tym przypadku na dobre imię swojej sztandarowej marki FIFA World Cup oraz całego wizerunku piłki nożnej. Z kolei TAS w swoim statucie zastrzega sobie prawo do rozstrzygania spraw z uwzględnieniem przepisów, które obie strony uważają za stosowne lub jeśli nie dojdą w tej kwestii do porozumienia, na podstawie dowolnie wybranych przez siebie przepisów. W ostateczności może to być nawet narodowe prawo… szwajcarskie. W tym momencie doszliśmy do fundamentalnej sprawy - czym tak na prawdę jest prawo sportowe?
My – nie prawnicy, domyślamy się, że na prawo sportowe będą składać się oficjalne dokumenty wydane przez organizacje sportowe: regulaminy poszczególnych dyscyplin, zasady kwalifikacji na mistrzostwa świata, Karta Olimpijska, Kodeks Antydopingowy. W rzeczy samej tak właśnie jest. Jednak w szerszym i zarazem pełnym znaczeniu prawo sportowe to również wszystkie dokumenty, które w jakikolwiek sposób odnoszą się do sportu, nawet jeśli nie zostały wydane przez organizacje zajmujące się sportem: ustawa o sporcie czy specustawa o organizacji Euro 2012, a nawet takie przepisy, które nie były tworzone z myślą o sporcie: ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych, prawo o stowarzyszeniach.
W oficjalnej agendzie TAS sprawa Suareza nosi oficjalnie nazwę: „Luis Suarez, FC Barcelona i Urugwajski Związek Piłki Nożnej przeciwko FIFA”. Oznacza to, że trzy wymienione na początku podmioty czują się pokrzywdzone przez decyzję piłkarskiej federacji. Luis Suarez, bo nie może nawet wejść na stadion, nie mówiąc już o trenowaniu, FC Barcelona, ponieważ płaci pracownikowi za to, że przez kilka miesięcy nie może wykonywać swojej pracy i UZPN, ponieważ Urugwaj gra bez Suareza tak jak gra, czyli słabo.
I jeśli argument UZPN brzmi dość mało przekonywująco, to już zastrzeżenia samego El Pistolero i jego nowego pracodawcy są całkiem sensowne. TAS zapewne pod tym kątem będzie badał sprawę „Wampira z Montevideo”. Jakiego wyroku możemy się spodziewać? Prawnicy już mówią, że pozbawienie Suareza możliwości wykonywania zawodu jest sprzeczne z jednym z fundamentalnym praw człowieka, znajdującym się w katalogu praw ekonomicznych, a więc z prawem do pracy.
Ostatnia deska ratunku
W praktyce TAS jest ostatnią szansą Suareza na powrót do piłkarskiego życia przed końcem czteromiesięcznej kary ustalonej przez FIFA. Co się stanie, jeśli TAS podtrzyma wyrok FIFA? Teoretycznie strony zainteresowane wcześniejszym powrotem na boisko El Pistolero mają jeszcze szanse na dochodzenie swoich racji przed międzynarodowymi sądami, które nie są związane ze sportem. Całkiem bogate doświadczenie ma na tym polu Unia Europejska, a konkretnie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej.
Przełomem była owiana już dziś sławą sprawa Bosmana. W 1990 r. belgijski piłkarz Jean-Marc Bosman zdecydował się nie przedłużać kontraktu ze swoim ówczesnym pracodawcą, klubem RC Liege. W świetle obowiązujących w tym czasie przepisów Belgijskiego Związku Piłki Nożnej, mimo wygaśnięcia umowy, zawodnik nie mógł zmienić klubu bez uiszczenia tzw. opłaty kompensacyjnej przez nowego pracodawcę, jako pewnego rodzaju odszkodowania dla dotychczasowego klubu za szkolenie zawodnika. W tej sytuacji Bosman nie mógł zawrzeć nowego stosunku pracy z wybranym przez siebie francuskim klubem US Dunkerque, który nie zgodził się na zapłatę sumy odstępnego. Jest to oczywiste złamanie swobody przepływu osób, jednej z naczelnych zasad UE i nie ma nic dziwnego w tym, że organizacja przyznała rację Bosmanowi.
Standardy unijne wpłynęły również znacząco na poprawę sytuacji sportowców, którzy podejmując pracę poza ojczyzną bardzo często podlegali wielu ograniczeniom, takim jak m.in. limity obcokrajowców występujących w danej drużynie czy bardziej restrykcyjne przepisy transferowe. Sprawą precedensową w zakresie problematyki zatrudniania obcokrajowców przez kluby sportowe był przypadek fińskiego koszykarza Jyriego Lehtonena, który podpisał kontrakt z belgijskim klubem Castors Namur-Braine ASBL. Fińska federacja koszykarska ustaliła wcześniej dwa okresy transferowe, inne dla sportowców belgijskich i osobne dla cudzoziemców. Transfer Lehtonena zmieścił się w okresie transferowym przeznaczonym dla rodzimych koszykarzy (do 15 maja), ale w świetle przepisów federacji umowa została podpisana po okresie przeznaczonym dla obcokrajowców (do 28 lutego). Lehtonen wystąpił w meczu decydującej fazy rozgrywek przeciwko klubowi Belgacom-Quaregnon, który następnie złożył skargę do władz federacji. W konsekwencji naruszenia przepisów federacji koszykarz dostał zakaz wykonywania swoich obowiązków wynikających z zawartego kontraktu, a jego pracodawca Castors Namur-Braine ASBL ukarany walkowerem, co w tej fazie rozgrywek oznaczało eliminację z walki o mistrzostwo Belgii. Nazywany jeszcze wtedy Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości sąd wydał przełomowe orzeczenie, które zabraniało na wprowadzanie ograniczeń liczby sportowców pochodzących z UE.
Oczywiście Urugwaj nie jest członkiem Unii Europejskiej, a Suarez nie ma unijnego obywatelstwa, ale formalnie FC Barcelona jest przedsiębiorstwem zarejestrowanym w Hiszpanii. Posiadając osobowość prawną może być stroną w hipotetycznym postępowaniu przed TSUE. Takie sprawy ciągną się jednak latami i w założeniu, że Duma Katalonii zdecyduje się wysunąć roszczenia względem FIFA, chociażby z tytułu zwrócenia kosztów wynagrodzenia piłkarza, które klub musiał mu wypłacać, kiedy piłkarz nie mógł wykonywać swojej pracy, to wydaje się, że jest to gra niewarta świeczki.
Wyścig dookoła Polski liczy sobie około 1 200 kilometrów. Jego trasa wiedzie z północy na południe Polski. Od 1999 do 2005 roku zawodnicy kończyli zmagania w Karpaczu, jednak od 2008 roku trasa została zmieniona. Metą wyścigu do dnia dzisiejszego pozostaje Kraków.
Jakie koszulki?
Podczas wyścigu kolarze walczą we wszelakich klasyfikacjach. Każda z nich ma swoją koszulkę. Zawodnik, który jest liderem danej „generalki” jeździ właśnie w takim stroju. Wyróżniamy następujące kolory koszulek:
Żółta – jest przeznaczona dla lidera czasowej indywidualnej klasyfikacji generalnej
Różowa – dla najlepszego kolarza w klasyfikacji górskiej
Czerwona – jedzie w niej zawodnik najlepszy w klasyfikacji najaktywniejszych. To kolarz, który zdobędzie najwięcej lotnych premii.
Granatowa (kiedyś biała) – dla najlepszego kolarza w klasyfikacji punktowej
Zwycięzcy indywidualnej klasyfikacji generalnej w ostatnich 10 latach:
2004 r. – Ondrej Sosenka (Czechy)
2005 r. – Kim Kirchen (Luksemburg)
2006 r. – Stefan Schumacher (Niemcy)
2007 r. – Johan van Summeren (Belgia)
2008 r. – Jens Voigt (Niemcy)
2009 r. – Alessandro Ballan (Włochy)
2010 r. – Daniel Martin (Irlandia)
2011 r. – Peter Sagan (Słowacja)
2012 r. – Moreno Moser (Włochy)
2013 r. – Pieter Weening (Holandia)
Pieter Weening wygrywający 70. edycję Tour de Pologne
(Źródło: Piotr Drabik/Creative Commons 2.0)
Polacy na TdP
Czy kiedykolwiek polski kolarz wygrał TdP? Oczywiście. Były również rekordowe wyścigi w wykonaniu naszych zawodników. Trzykrotnie wygrywali: Marian Więckowski, Andrzej Mierzejewski i Dariusz Baranowski. 2 razy triumfowali: Bolesław Napierała, Wacław Wójcik, Henryk Kowalski, Jan Kudra, Jan Brzeźny.
W tym roku po triumf będzie jechał Rafał Majka. Czy sprosta temu zadaniu? Kibice bardzo w to wierzą. Po dwóch etapowych zwycięstwach w Tour de France zarówno kibice, jak i trenerzy, mają duże oczekiwania. Sam zawodnik też jest bojowo nastawiony. – Przyjadę z ekipą, żeby walczyć o zwycięstwo – powiedział Majka na konferencji prasowej w Warszawie. Z takim nastawieniem czekamy na występy Polaka w „naszym” wyścigu.
Właśnie startuje TdP. Z tej okazji prezentujemy największe rekordy tego wyścigu.
Najwięcej zwycięstw – Dariusz Baranowski, Andrzej Mierzejewski, Marian Więckowski (wszyscy wymienieni zawodnicy mają po trzy zwycięstwa)
Najwięcej zwycięstw etapowych – Ryszard Sznurkowski (15)
Najwięcej dni w koszulce lidera – Marian Więckowski (20)
Cały wyścig w koszulce lidera: Józef Stefański i Bolesław Napierała
Najszybszy wyścig: przeciętna prędkość 44,010 km/h, miało to miejsce w 1966
Najwięcej etapów: 13
Najmniej etapów: 4
Najdłuższy wyścig: 2311 km
Najkrótszy wyścig: 606 km
Czy w tegorocznym TdP któryś z rekordów zostanie poprawiony? Wszyscy na to liczymy. Trzymajmy kciuki za Polaków, a w szczególności za Rafała Majkę. Liczymy, że Polak na polskiej ziemi również pokaże się z dobrej strony.
Dziś 3 sierpnia, czyli czas rozpocząć Tour de Pologne 2014! Kolarze rywalizację zakończą 9 sierpnia. Przedstawiamy przegląd etapów imprezy, w której wystartują jedni z najlepszych zawodników świata. W tym gronie oczywiście nie zabraknie Rafała Majki.
1. etap TdP: Gdańsk - Bydgoszcz (226 km)
71. Tour de Pologne rozpoczął się 3 sierpnia w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. O 13.00 miał miejsce start honorowy, oficjalne otwarcie tego wielkiego wyścigu odbyło się o 12.40. Gdańsk ostatni raz gościł etap „Wyścigu Dookoła Polsk” w 2007 roku. Jednak na trasie Gdańsk-Bydgoszcz zawodnicy pojadą po raz pierwszy. W Bydgoszczy w przeszłości zwyciężali m.in. tacy zawodnicy jak: Bennati, Davis czy Kirsipuu.
TRANSMISJE:
TVP1: 17.40, 18.10
TVP Sport: 16.45
2. etap TdP: Toruń – Warszawa (226,5 km)
Warszawiacy po dwóch latach przerwy ponownie będą mogli ujrzeć najlepszych kolarzy z całego świata. Zwycięzcą powinien zostać sprinter, bo drugi etap nie jest idealny do ucieczki. Pewnie, jak w każdych wyścigach, będą i tacy, którzy podejmą próby oderwania się od peletonu. Jednak mało prawdopodobne jest, aby taka inicjatywa się powiodła. Trasa bowiem, tak jak na pierwszym etapie, jest długa i płaska. Kolarze odwiedzą m.in. takie ulice stolicy jak: Wierzbowa, Focha, Królewska, Marszałkowska, Aleje Jerozolimskie, Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście, Miodowa czy Senatorska. Wszystkie te odcinki pokonają trzykrotnie.
TRANSMISJE:
TVP1: 14.55 i 15.25
TVP Sport: 10.35 i 14.45
3. etap TdP: Kielce – Rzeszów (174 km)
Kolarze powrócą do Kielc po 20 latach przerwy. Co prawda trasa nie jest już tak płaska jak w początkowych etapach, ale wciąż nie jest aż tak wymagającą, aby móc uciec od reszty zawodników. Etap powinien przebiegać tak jak dwa poprzednie. Ostatnim razem, kiedy TdP zawitał do Rzeszowa, wówczas zwyciężył Norweg. Kto wie? Może znowuż zwycięży zawodnik ze Skandynawii.
TRANSMISJE:
TVP 1: 17.40 i 18.10
TVP Sport: 14.05 i 16.45
4. etap TdP: Tarnów Gemini Park – Katowice (236 km)
Trasa odcinka jest o 4,5 km dłuższa niż przed rokiem, jest to też najdłuższy etap. Jednak kolarze, pomimo długiego dystansu, nie będą mieli wielkich trudności do pokonania. Meta jest usytuowana przed katowickim spodkiem. Szerokie ulice nie będą sprzyjać uciekinierom. Nawet jeśli pojawi się taki śmiałek, szybko powinien zostać dogoniony przez peleton. Wyjątkiem był w poprzednim roku Phinney, który uciekł od reszty 8 km przed metą. Przewagę utrzymał, ale gdyby etap trwał jeszcze kilka metrów, pewnie wtedy zostałby dogoniony i wyprzedzony przez rywali.
TRANSMISJE:
TVP1 : 14.55 i 15.25
TVP Sport: 10.10 i 14.45
5. etap TdP: Zakopane – Strbskie Pleso (190 km)
Po raz pierwszy Tour de Pologne zawita do Słowacji – rozegrany zostanie tutaj, niemal cały, piąty etap. To pierwszy górski odcinek, który może o wszystkim zadecydować. Zawodnicy, którzy myślą o zwycięstwie w całym wyścigu, powinni już tutaj pokazać się z bardzo dobrej strony. Kolarze będą musieli 3 razy wspinać się do Szczyrbskiego Jeziora. Kończący etap podjazd ma średnio 5 proc. nachylenia, ale najbardziej strome miejsce ma nawet 16 proc..
TRANSMISJE:
TVP1: 17.40 i 18.10
TVP Sport: 13.30 i 16.45
6. etap TdP: Bukovina Terma Hotel Spa – Bukowina Tatrzańska (174 km)
To chyba najbardziej widowiskowy odcinek naszego wyścigu. Przepiękne widoki oraz liczne podjazdy to gwarancja przyjemnego kibicowania. Na tym etapie nigdy nie ma przypadkowych triumfatorów. Zawsze na podium stają ci, którzy walczą później o końcowe zwycięstwo. Kibice zapewne pamiętają rywalizację sprzed 2 lat, kiedy Michał Kwiatkowski walczył z Moreno Moserem. Polak przegrał, ale tylko o 5 sekund. Zawodnicy czterokrotnie będą się wspinać w Zębie i w Gliczarowie, oraz w Bukowinie Tatrzańskiej.
TRANSMISJE:
TVP1: 17.40 i 18.10
TVP sport: 13.25 i 16.45
7. etap TdP: Kraków – Kraków (25 km)
Rok temu Czesław Lang przywrócił do swojego wyścigu jazdę indywidualną na czas. To było świetne rozwiązanie. Kibice pokochali ten właśnie etap, bowiem jest on chyba najbardziej emocjonujący. Nikt nie może być pewny zwycięstwa. Triumfator zostanie wyłoniony niemal na samym końcu. Jednak w tym roku trasa została nieco zmodyfikowana - jest o 12 km krótsza niż to było w poprzednim roku.