Deszcz przeradzał się w ulewę.
Zalewał mu oczy, więc zamykał je co chwila, aby pozbyć się zbędnej wody. Ziemia pod nim była zimna i nasiąknięta lejącym uparcie deszczem. Z każdą minutą powiększały się kałuże, w których niczym widma odbijały się światła miasta. Białe prostokąty okien, żółte linie neonów, zielone i niebieskie reklamy - wszystkie drgały od uderzeń kropel w rosnących na błocie plamach wody. Ciężkie krople obijały dach jego samochodu, bębniąc w niego jak nadgorliwy werblista, potęgując narastający szum uderzającej o ziemię wody.
Próbował usiąść, ale jego próby na nic się zdały. Z każdym ruchem przeszywający ból przypominał mu, w jakiej ma pozostać pozycji.
Przycisnął lewą dłoń do rany na swoim brzuchu i zasyczał z bólu, gdy kolejna porcja ciepłej krwi wypływała spomiędzy jego palców, aby dołączyć do swoich poprzedniczek, niknących w brudnej wodzie. Obrócił lekko głowę w stronę rzeki, i wśród ciemności panujących wokół jej brzegu dostrzegł metalowy kształt swojego pistoletu. Przy upadku musiał nim przypadkowo rzucić, gdyż był stanowczo poza jego zasięgiem.
Wrócił wzrokiem do zachmurzonego nieba, które tak nieubłaganie zraszało całe jego ciało. Nie widział gwiazd. Ba, nie widział nawet chmur. Tak daleko od miasta nie widział nic, prócz wyłaniających się z czarnej pustki kropel.
Wreszcie, spomiędzy odgłosów deszczu wyłonił się dźwięk butów uderzających o zbombardowaną glebę, a po chwili w jego polu widzenia pojawiła się sylwetka człowieka, który właśnie zaczął ostatni rozdział jego życia.
Wysoki mężczyzna w czarnym, przemokniętym płaszczu nachylił się nad nim. Jego nieogoloną twarz przecinał grymas złości i rozpaczy. Dziurę po wszczepie zasłaniała skórzana opaska, lecz zdrowe oko patrzyło prosto na umierającego.
-Dlaczego po prostu nie mogłeś odpuścić, Murray? Dlaczego po prostu nie wziąłeś pieniędzy tak jak pozostali, co?
Suchy głos Arthura Koshkina ledwie przebijał się przez szum ulewy do jego świadomości, która uciekała z niego jak powietrze z dziurawego balonika
-Wiesz, że tego nie chciałem. Gdybyś wziął kasę nie było by problemu, nie musiałbym...
Siwiejący człowiek odwrócił głowę, zasłaniając zdrowe oko ręką, w której trzymał swoją broń. Odkąd musiał oddać swoją termiczną soczewkę do serwisu, bóle głowy stały się nie do zniesienia. Woda wciskająca się pod opaską do metalowej jamy jego oczodołu z pewnością nie pomagała.
-Cholera jasna powiedz coś! Czemu nic nie mówisz, czemu nie-
-Nie sądziłem, że to będziesz ty...
Pierwszy raz, odkąd jego ciało uderzyło o błotnistą ziemię, detektyw Murray zdołał wydusić z siebie jakieś słowa. Przyszło mu to ciężko. Czuł, że powoli kolejne części jego ciała słabły. Krztusił się krwią, napływającą z głębi gardła do jego ust. Jego głos był słaby, trzęsący się. Wiedział, że to jego ostatnie chwile.
Pomimo tego, nie był w stanie przypomnieć sobie niczego ważnego. Spodziewał się zobaczyć wszystkie najważniejsze chwile swojego życia, liczył, że po raz ostatni ujrzy twarz matki... nic z tych rzeczy. Nie tak wyobrażał sobie swoją śmierć. Nie na brzegu rzeki, do której od setek lat ludzkość zrzucała wszystko, czego nie potrzebowała. Nie zaledwie miesiąc po swoim własny, tak długo wyczekiwanym ślubie. A już na pewno nie z rąk wieloletniego partnera i przyjaciela rodziny. Tylko o tym mógł w tej chwili myśleć. O tym jak naiwny był, ufając swojemu jedynemu przyjacielowi.
Jego prawa proteza, częściowo jeszcze działająca, powędrowała do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Kurt wyciągnął z niej swoimi zesztywniałymi, metalicznymi palcami zdjęcie z wesela. Wizja powoli mu się rozmywała, wszystkie wskaźniki pulpitu dawno temu zniknęły. Próbował skupić się na bieli sukni ślubnej Vicky. Na jej rumianej twarzy.
-Tak bardzo nie lubiła zakładać sukienek... a tak... pięknie... w nich...
-Nie chciałem, Kurt, przepraszam. Przepraszam, oni mnie zmusili, też mam rodzinę, wiesz o tym... cholera jasna!
Detektyw Koshkin zatoczył się, wpychając pistolet do kabury przy pasku. Chciał coś jeszcze powiedzieć swojemu przyjacielowi. Patrzył na jego ciało wepchnięte w błoto, oświetlone z jednej strony poświatą metropolii po drugiej stronie rzeki, przestrzelone jego własnym służbowym gnatem. I nie potrafił wykrztusić z siebie ani jednego słowa poza bladym "przepraszam". Powtarzał je wciąż, kiedy wsiadał do ich samochodu. Wciąż bełkotał je nieprzytomnie pod nosem, kiedy wjechał z błotnistego brzegu na asfaltową autostradę i kiedy skręcił w kierunku miasta.
Czuł pustkę. Jakby część jego została tam na brzegu razem z Murrayem i jego stygnącym ciałem, jego dziurawym i zakrwawionym płaszczem, z jego dociekliwością, honorem i dobrym sercem. Za dobrym dla tego świata. Za dobrym dla tego czasu.
Dotarcie do posterunku zajęło mu niecałe trzydzieści minut. O tej porze nocy większość mieszkańców albo spała, albo była zbyt naćpana lub pijana, żeby prowadzić cokolwiek. Mijał nieliczne taksówki i limuzyny w pośpiechu. Nie musiał uruchamiać syreny alarmowej, sylwetka policyjnego wozu stanowiła autorytet sam w sobie. Na tyle duży, że wszyscy zjeżdżali lekko z jego drogi.
Gliniarz wbiegł szybko po mokrych schodach posterunku, powiewając połami swojego przemokniętego płaszcza. Nie zasłaniał głowy. Nie tym razem. Deszcz pomagał maskować łzy.
Arthur Koshkin nie zawsze był skorumpowany. Kiedy jako młodzik po akademii dostał swoją odznakę, wierzył jeszcze w sprawiedliwość i w to, że za jej pomocą tą sprawiedliwość doniesie wszędzie. Towarzyszyła mu nadzieja na lepsze jutro, nadzieja na naprawę świata.
Z każdym jednak rokiem życia i pracy w City ta wiara słabła. Zbyt wiele widział wygiętych zwłok, rozbitych rodzin, zrujnowanych ludzi. Kiedy przydzielono mu Murraya jako nowego partnera, od dawna brał w łapę. Od Rodziny. Praktycznie każdy jej członek miał swój własny wydział w Komendzie Głównej Policji w City na swoich usługach. Ojciec kontrolował wydział zabójstw, najmłodszy syn - wydział narkotykowy. Najstarszy brat miał w kieszeni patrole lotnicze i naziemne, a środkowe dziecko najpotężniejszej rodziny w City, Diana Usagi, wydział antykorupcyjny. O, ironio.
Koshkin i Murray razem wsadzili za krat niejednego skorumpowanego glinę. Większość z nich zawiodła w jakiś sposób Usagich, część z nich próbowała pozbyć się zaciągniętych u nich długów - tak długo jak Murray żył w przekonaniu, że postępuje dobrze, wyłapywał ich, kompletował dowody i stawiał przed sądem, w którego czystość wierzył.
Może to i lepiej, że umarł myśląc, że istniały w tym padole instytucje niekupione przez mafię, pomyślał Arthur, pokonując windy i korytarze w drodze do biura jego szefa.
Wszedł do środka, gdy po zapukaniu do drzwi usłyszał tęgie "wejść"
Szeroka sylwetka porucznika Marleya wyróżniała się na tle różowej od reklam szyby za jego plecami. Wskazał on Arthurowi swoim nabrzmiałym paluchem krzesło przed swoim biurkiem, po czym splótł ręce na brzuchu.
-Słucham, Kushkin. Załatwiłeś to?
Wnętrzności mężczyzny wydawały się robić salta.
-Tak. Brzeg powinien zsunąć się za kilka godzin, nie będzie żadnych śladów.
-Dobrze. Bardzo dobrze. Szkoda dzieciaka, byłby dobrym śledczym. Cóż, trzeba było się nie wychylać. Tutaj twoja pensja, jesteś wolny na dzisiaj.
Otyły biurokrata wyciągnął z szuflady grubą białą kopertę, która następnie powędrowała do kieszeni Arthura. Mężczyzna wstał i bez słowa wyszedł z gabinetu, zamykając za sobą drzwi. Pieniądze wydawały się przeżerać przez jego płaszcz, parzyć jego skórę.
Tak, był dobry. Mało tego, był najlepszy z nich wszystkich. Trochę za bardzo wierzył w ludzi, to go zgubiło...
Policjant wciąż nie mógł uwierzyć, że to zrobił. Próbował się jakoś usprawiedliwić przed samym sobą, w jego głowie wciąż rozbrzmiewały słowa Diany Usagi - "albo się go pozbędziesz, albo my pozbędziemy się ciebie i twojej rodziny. Zrozumiałeś, psie?"
Jak on ma stanąć twarzą w twarz ze swoją żoną i powiedzieć jej, co zrobił? Jak niby ma powiedzieć Vicky, że Kurt po prostu wpadł do rzeki? Bo przecież nie może dopuścić do tego, żeby za kilka dni sama poszła zgłosić jego zaginięcie na komendzie, to by naraziło i ją na niebezpieczeństwo... ją i malucha, którego nosi pod sercem.
Cholera, jaki człowiek pozbawia nienarodzone dziecko jego ojca?
Arthur usiadł wreszcie za kierownicą swojego wozu. Złapał ją, ale nie odpalał silnika. Patrzył się tylko bez wyrazu na fotel pasażera. Przez ostatnie pięć lat zdążył polubić tego dzieciaka. Zaprzyjaźnił się z nim i jego rodzicami. To na jego przyjęciu Murray poznał kobietę, która teraz czeka na niego zmartwiona, trzymając rękę na brzuchu, w którym wije się potomek dzielnego policjanta.
Stracił dla siebie wszelki szacunek. Zacisnął oko, ból przemknął przez jego czaszkę na linii spawów. Nie był w stanie wycisnąć ani jednej łzy więcej. Jego twarz mokra była od deszczu, ale płacz i tak go odwodnił, czuł w gardle papier ścierny.
Po kilku minutach uruchomił maszynę, wrzucił bieg i ruszył, tym razem powoli, w stronę swojego mieszkania. Normalnie podrzuciłby najpierw Kurta. Od dzisiaj będzie woził ze sobą tylko wstyd. Kolejną jego warstwę, narosłą na wstyd po ostatnim niewinnym aresztancie, który narósł na poprzednim, i jeszcze wcześniejszym przestępstwie, które razem tworzyły człowieka, którym teraz był. Pełen nadziei młodzik wierzący w sprawiedliwość dawno temu udusił się pod tymi wszystkimi warstwami. Nie było dla niego zbyt wiele miejsca pod warstwami wstydu i wyrzutów sumienia.
Nie było miejsca na nadzieję w roku 2144.