Jak nie kupiłem Photoshopa
Gdy miałem 10 lat byłem zafascynowany fotografią cyfrową, a zwłaszcza możliwościami cyfrowej edycji zdjęć. Moim pierwszym programem był Photoshop CS2 zakupiona na giełdzie elektronicznej za całe 10 zł. Były to czasy, kiedy nikt nie słyszał o piractwie komputerowym. Z powodu braku umiejętności oraz wiedzy niezbędnej do zabawy mój entuzjazm zgasł nad wyraz szybko. Po kilku latach jednak powrócił. Międzyczasie czasy się zmieniły. W sklepach dość powszechnie można było kupić legalne oprogramowanie, a media agresywnie nagłaśniały czym jest piractwo i dlaczego jest złe. Wobec tego wszystkiego postanowiłem tym razem kupić legalnego Photoshop-a. Tu nastąpił pierwszy strzał w twarz, cena wynosząca grubo ponad 1000 zł dla 12-13 latka wydawała się całkowitą abstrakcją. Rozczarowany wróciłem do domu i ściągnąłem z internetu najnowszą wersję testową, a po 30 dniach dociągnąłem crack-a. Wszystko było OK w myśl zasady, że skoro wykorzystuję program hobbystycznie, a co za tym idzie nie odnoszę z tego tytułu korzyści materialnych to wszystko jest OK. Jakiś czas później dowiedziałem się o wersji przeznaczonej dla uczniów i nauczycieli, która miała być znacznie tańsza od normalnej. Już miałem odłożoną gotówkę, jednak przed zakupem przeczytałem warunki licencjonowania tej wersji. Okazało się, że kupując wersję edukacyjną za bagatela 600 zł dostajemy samo pudełko z płytką. Aby dostać najważniejszą rzecz, czyli klucz aktywacyjny musieliśmy wypełnić formularz rejestracyjny, w którym wymagane było podanie ogromnej liczby danych osobowych oraz załączyć skan naszej legitymacji. Dopiero po zlustrowaniu naszych danych. Jeśli jednak firmie Adobe nie spodobały się nasze dane, zostawaliśmy lżejsi o sześć stówek i bez Photoshop-a. Nie zamierzając ryzykować, wróciłem do sprawdzonych rozwiązań. Międzyczasie wielokrotnie próbowałem podejść do darmowego GIMP-a, jednak zawsze odrzucał mnie kompletny brak ergonomii tej aplikacji. Potem nastąpiła długa przerwa spowodowana szkołą, maturą, ogólnym brakiem czasu. Teraz mając 21 lat, ponownie wróciłem do swojego starego hobby. Pobrałem wersję testową Photoshop-a CC 2015, jako że dzięki dystrybucji w formie subskrypcji program powinien kosztować grosze, 30 dni później przystąpiłem do zakupów. Cena była rzeczecie dość atrakcyjna, niestety po przemnożeniu jej przez 12 miesięcy wyszło dużo więcej niż poprzednio. Tym razem powiedziałem sobie dość pirackiego Photoshop-a. Zacząłem szperać w internecie w poszukiwaniu alternatyw. W pierwszej kolejności natknąłem się na programy firmy Corel, niestety ich cena również była wyssana z dużego palca lewej stopy. Szperając dalej, natknąłem się na marki Serif. Serif PhotoPlus wyceniany jest na bardzo atrakcyjne £19,99. Pomimo braku wersji testowej zdecydowałem się zaryzykować. Po przewalutowaniu transakcji przez mój bank okazało się, że Serif PhotoPlus X7 kosztował mnie niecałe 118 zł. Interfejs aplikacji przejrzysty i wygodny. Osoby korzystające wcześniej z produktu Adobe nie powinny mieć żadnych problemów z przesiadką, a i nowych użytkowników specjalnie nie odstrasza. Z aplikacji korzystam już prawie dwa miesiące i ani razu się nie zawiodłem. Wręcz przeciwnie wielokrotnie zostałem pozytywnie zaskoczony. Nigdy wcześniej nie widziałem aplikacji, w której 2-3 krotne zwiększenie rozdzielczości zdjęcia nie powoduje całkowitej kaszany albo redukującej szum w tak dużym stopniu nie powodując efektu Barbie. Jeśli nie oczekujemy po tego typu aplikacji wodotrysków typu możliwość obróbki wideo albo modelowania brył 3D to nie ma sensu przepłacać za Photoshop-a.














