sztuka, której sztuką nazwać nie można
Na scenie chłopak. Choć stwierdzić można by, że mężczyzna. Swobodnie opiera się o ścianę. Wpatruje się głęboko w publiczność, jakby szukając nachalnie czyjegoś spojrzenia. Sam przyciąga każde. Na rzeźbionym torsie opina się koszulka. Czarna, zielona? Jak kto woli. No więc stoi sobie, oblegany świdrującym wzrokiem. I te jego oczy, lazurowe morze. Może? Pod nogami leży stos książek, kartki papieru, zeszyty bez okładek – wszystkie pomysły. Nie ma w tym żadnej poezji, teatralne realia rządzą się własnymi prawami. Nic nie mówi, bo nawet nie musi. A chciałby. Pożałowano mu tej możliwości. Bo mówić mądrze, pisać dobrze podobno nie przystoi. Tam krzyk, tu pisk, wystarczy. Znany i nieznany.
Wstaję i mówię: bo to nie tak. Bo ja wiem lepiej. I lubię bardziej. I pamiętam więcej.
Bo on pięknie mówi i dużo. I wcale nie zwięźle. Wysławia. A jak tego nie robi, to jest inaczej. Czasem dziwny głos.
I gust ma dobry I ma swoje zdanie. Na ten czy inny temat. Zawsze chce mieć rację, rzeczywiście wie lepiej.
A jakby dać mu bilet do domu to byłby francuskim chłopcem z Krakowa.
I tyle bym chciała powiedzieć. Teraz w tej chwili. Słów nie brakuje, za dużo ich.
To Ten, co marzenia spełnia innym. Patrzę na scenę i nic już nie wiem.
- ja,O.T














