Zgoda autorki oraz poprzedniej tłumaczki: są!
Opis: - Chodźmy do mojego samochodu, co? - usłyszał Harry'ego Louis, kiedy uniósł swoją głowę i spojrzał na niego.
Ziemia ruszała się pod jego stopami, chociaż może tylko mu się wydawało. Podniósł swoją rękę, żeby go odepchnąć, bo, nie, to nie mogło dziać się naprawdę, jednak czuł się zbyt słabo. Jego ręka opadła tylko z powrotem po jego boku. Harry? Nie, on był za miły. Może po prostu zabierał go do domu?
- Zabierasz mnie do domu? - wyszeptał niewyraźnie Louis, a jego przymknięte powieki drgały niespokojnie, kiedy wpadł na Harry'ego. Mógł usłyszeć jak jego serce bije. Biło szybko.
- Tak - odszeptał Harry, zdejmując swój płaszcz i nakładając go na ramiona Louisa, któremu wszystko wokół się rozmazywało.
Nie miał bladego pojęcia co się w ogóle działo. Byli chociaż ciągle w tej kawiarni? Wydawało mu się, że był pod wodą; kolory skakały wokół niego.
- Zabieram cię do domu, kochanie.
Kolejnego dnia Louisa obudziło głośne dudnienie. Zaczął otwierać oczy, jednak prędko znów opuścił swoje powieki, nie mogąc przyzwyczaić się do jasnego światła. Jego sypialnia była szara i ciemnofioletowa, co znaczyło, że nie najlepiej znosił białe ściany.
Powoli usiadł i przetarł oczy, czując na swoim udzie rąbek szarej koszulki. Na zewnątrz zaczęło robić się już zimniej, ale nie powiedział Harry’emu, że zabrał jego ubrania i to w nich spał w nocy. Mimo wszystko wolał już je na sobie nosić niż zamarznąć, ale powiedzenie mu o tym to już całkiem inna historia. Zmrużył oczy, gdy pozbył się początkowego zmęczenia i rozejrzał dookoła lekko niebieskiego pokoju. Wyjrzał przez szybę, na fioletowawe niebo i duże krople deszczu, które spadały na podłogę przez otwarte okno. Wiatr powiewał zasłoną, przyprawiając też o dreszcze Louisa, który teraz wiedział już, dlaczego było mu tak zimno.
Żeby w ogóle dotrzeć do okna, musiał dosłownie sturlać się z łóżka, owijając przy tym szczelnie grube przykrycia wokół swojego małego ciała. Zamknął je z niedużym trudem, przeklinając kilka razy, gdy cała jego twarz nagle zmokła od deszczu. Warknął i już trzęsąc się w zdenerwowaniu, miał wracać do łóżka, gdy nagle kolejny huk dotarł do jego uszu, tym razem również z błyskiem. Nie do końca bał się burzy, ale zdecydowanie nie było to też coś przyjemnego.
Westchnął i opadł po raz kolejny na materac, wsłuchując się przez moment w deszcz, zanim znów musiał jęknąć, bo po całym domu i zapewne całym lesie dookoła rozległy się głośne kroki i przekleństwa Harry’ego z parteru. Louis zaskomlał, podnosząc swój wzrok i wbijając go gniewnie w otwarte drzwi. Nie zaakceptował możliwości, że mógłby wstać i je zamknąć. Nie.
Warknął i zwlókł się z łóżka po kolejnych pięciu minutach wypowiadania niecenzuralnych słów, po czym tupiąc i maszerując, mógł tylko położyć dłoń na klamce, zanim kręconowłosy przeleciał obok niego i wpadł do pomieszczenia tuż obok sypialni, prędko również wychodząc z niego razem z czymś, co wyglądało jak miliard koców. Louis uniósł swoje brwi.
- Co ty…