Chyba wszystkim (szczególnie tym zmotoryzowanym) znany jest obrazek, kiedy wjeżdżamy na parking przed uczelnią, sklepem itp. i nagle nie wiadomo skąd pojawia się szarmancki facet, który usłużnym ruchem wskazuje wypatrzone wcześniej i jakby przygotowane specjalnie dla nas miejsce.
Nasz nawigator idzie dumnie przed samochodem, szeroko rozkładając ręce, pokazując na prawo i lewo "uwaga, oto ON/ONA jedzie, będzie parkować, zbierzcie się wszyscy parobkowie świata i podziwiajcie ten piękny manewr". My oczywiście poradzilibyśmy sobie sami, ale to nieważne. Ktoś nam pomaga, ktoś coś dla nas zrobił. I ten sam ktoś z zupełnie niewinną miną grzecznie poczeka, aż wysiądziemy z samochodu, po czym zapyta nas o drobne za wykonaną pomoc. Myślimy sobie "cholera, niby nic nie zrobił, ale jakoś tak głupio odmówić". I dajemy. Nam nie stanie się przez to żadna krzywda, facet będzie zachwycony i jeszcze zostaniemy nazwani szefem, panem kierownikiem, albo innym epitetem, który podniesie nasze, zdeptane przez właściwe szefostwo, ego. Czasem jeszcze owe uosobienie pomocy sąsiedzkiej i wierny obrońca wartości służalczych wobec społeczeństwa stanie przy samochodzie, splecie ręce na piersi, pokiwa głową z uznaniem i powie coś w stylu "nooo, ładnie zaparkowaliśmy". I tutaj przechodzimy do sedna.
Wzorem tego pana, mamy beznadziejną tendencję do odnajdywania swego miejsca w sukcesie innych. Nie rozpoczniemy niczego sami, nie wylejemy hektolitrów potu, nie zrezygnujemy z kilku nocy na rzecz tworzonego dzieła. Poczekamy, aż wahadłowiec sam się zbuduje, przycupniemy gdzieś na skrzydle, a na księżycu wyrwiemy się pędem, byle szybciej, i dumnie zatkniemy naszą flagę na powierzchni nowego sukcesu. Czujemy się ważni, czujemy się potrzebni. Zapominamy, ile razy powiedzieliśmy komuś "nie", liczy się, że na finiszu staliśmy ramię w ramię, nawet jeśli byliśmy całkowicie zbędni. Mamy pretensję, kiedy ktoś nie doceni naszego uczestnictwa, uczucie niesprawiedliwości sączy nam się do serc. Ci zaś, którzy nosili pierwsze kamienie i ustawiali podwaliny przyszłego sukcesu, zazwyczaj wykazują się kulturą osobistą i klasą, zacierają w pamięci obraz wcześniejszego zawodu daną osobą i pozwalają wraz z sobą świętować. Właściwie? Nie do końca, bo ci ludzie odkryją w tym sposób na karmienie swej próżności i będą szukali następnej okazji, by się wybić cudzym kosztem, osiągnąć najwięcej nie robiąc praktycznie nic.
Jesteś drabiną czyjegoś sukcesu. Nieważne. Ten ktoś może mieć na koncie tylko to jedno. Ty masz przed sobą jeszcze tyle, że świat zadrży w posadach.