Kiedy w końcu przyjdzie moja kolej na bycie szczęśliwym?

seen from Japan
seen from United States

seen from Kazakhstan

seen from Australia

seen from Türkiye
seen from China
seen from Netherlands

seen from United States

seen from United States

seen from Türkiye
seen from Russia
seen from United States

seen from India
seen from Mexico
seen from United States

seen from Malaysia
seen from Denmark

seen from United States
seen from United Kingdom
seen from United States
Kiedy w końcu przyjdzie moja kolej na bycie szczęśliwym?
„Bądź odważny. A jeżeli nie jesteś, udawaj, że jesteś. Nikt nie zauważy różnicy”
Zaginiona strona
Niektórzy ludzie wchodzą w nasze życie tak naturalnie, jakby byli w nim od zawsze. Bez wysiłku, bez instrukcji. Po prostu są — rozumieją w pół zdania, jakby telepatia była na porządku dziennym. Nazywa się ich bratnią duszą.
A potem znikają.
Nie ma wyjaśnienia. Nie ma punktu zaczepienia. Nie ma nawet konfliktu, do którego można by wracać myślami i próbować go rozbroić na części. Jest tylko cisza, która nie zachowuje się jak cisza — jest głośna, natrętna, wraca w najmniej oczekiwanych momentach.
Najtrudniejsze nie jest samo odejście. Ludzie odchodzą. Zawsze odchodzili. Najtrudniejsze jest to, że nie zostawiają po sobie powodu. Jakby ktoś wyrwał stronę ze środka książki i kazał udawać, że fabuła wciąż ma sens.
Umysł nie znosi luk. Próbuje je wypełniać: domysłami, alternatywnymi wersjami rozmów, których nigdy nie było. Każda możliwość brzmi wiarygodnie i każda boli inaczej. I właśnie ta niewiedza — niepewna, niezamknięta — potrafi doprowadzić do szaleństwa.
Jestem niestety lub stety takim typem osoby który jak się przywiąże do drugiego człowieka to nie odpuszcza tak łatwo… ta osoba staje się dla mnie naprawdę ważna, zaczyna mnie martwić każda jej zmiana w głosie, każda zmiana w pisaniu, każde zachowanie które pokazuje mi że coś jest nie tak, to przykre bo staje się uzależniona od drugiej osoby jakbym nie potrafiła bez niej żyć, jak bez tlenu.
~ KrólowaCiemności ~
23.04.2026
Paląc się w ogniu piekła, patrzyłem jak inni latali po niebie.
Spośród wszystkich krzyków. Odgłosów bólu, złości i cierpienia. Najgłośniejszy okazał się... krzyk milczenia.
Jest tyle rzeczy, które między nami działają. Jakbyśmy byli dwoma połowami jednego oddechu - ty wdech, ja wydech. Dopełniamy się w energii i w spokoju, w ciszy i w hałasie, wśród ludzi i wtedy, gdy świat kurczy się do dwóch kubków po kawie i łagodnego spojrzenia. A jednak między nami wciąż stoi szklana ściana, przezroczysta, nie do przejścia. Widzę przez niego twoją wyciągniętą dłoń, której nie potrafię przyjąć.
Każda twoja pomoc zamienia się w mojej głowie w dług, ciężki, klejący się do serca. Dług, którego nigdy nie spłacę, choć próbuję - słowami, gestami, obecnością. A kiedy daję z siebie wszystko, słyszę w środku szept: to wciąż za mało. Im więcej dla mnie robisz, tym głośniej odzywa się głos: wykorzystujesz go.
Nie wiem dlaczego tak trudno mi po prostu być. Dlaczego każda relacja staje się równaniem, w którym zawsze wychodzę na minus. Dlaczego miłość zamienia się w rachunek, a wdzięczność w ciężar. Chciałabym choć raz przestać analizować co daję, co dostaję, ile ważę w twoich oczach. Chciałabym umieć odpocząć w czyjejś dobroci, bez tego kłującego poczucia winy.
Jestem zmęczona. Zmęczona sobą, swoją głową, tym nieustannym szumem, który nie pozwala mi po prostu czuć. Chciałabym złożyć te myśli na papierze i zostawić je tam, jak mokre ubranie po burzy. Ale one wracają, jak echo, jak fala, która nigdy nie ustępuje. I ja też wracam do tego miejsca między ciszą a krzykiem. Zmęczona, a mimo to wciąż próbująca zrozumieć, jak przestać być dla siebie wrogiem.