Przyjaźniliśmy się - tylko i aż. Wszystko robiliśmy razem. Smarzyliśmy naleśniki, które za każdym razem spalaliśmy, ale robiliśmy to, bo mieliśmy przy tym niezły ubaw. Jeździliśmy razem na koncerty osób, których w ogóle nie znaliśmy, tylko po to, by spędzić razem ze sobą czas, a przy okazji nieźle się przy tym bawić. Dzwoniliśmy pod nieznane numery telefonów, robiąc sobie bekę z ludzi, którzy nabierali się na nasze beznadziejnejne żarty, które bawiły tylko nas. Dni mijały, a przyjaźń trwała w najlepsze. Możecie domyślić się co było później. Po jakichś dwóch latach, standardowo, jedna ze stron się zakochała. Jak się domyślacie, to nie ja byłem tą stroną. Ona. Wyznała mi miłość po dwóch wspólnie spędzonych latach przyjaźni, która opierała się na zaufaniu, śmiechu, ale i kłótniach oraz wybuchach psychicznej agresji, czyli całą mieszanką różnych zachowań, po których i tak zawsze następowała radość. Domyślacie się pewnie też, że odrzuciłem jej uczucia, nie mogąc dać jej tego, czego pragnie, czyli moją miłość. Nie zdajecie sobie sprawy jak to cholernie bolało. Jej łzy. Jej łzy mnie bolały najbardziej. Jej serce i oczy mówiły „kochaj mnie”, a usta „w porządku, rozumiem”. Powiedziałem jej, że chcę się zmusić do uczuć, ale nie potrafię. Nie mogłem więc zrobić nic, jak dać jej przysłowiowego kosza. Kolejne dni mijały, a nasza przyjaźń się rozpadała. Ja się oddalałem, by ona nie wkręciła się we mnie jeszcze bardziej, a ona - bym zrozumiał co oznacza utrata jej, mając nadzieję na to, że dzięki temu się zakocham. Ja jednak nie rozumiałem. Może dlatego, że wiedziałem, że ode mnie nie odejdzie. Znałem ją. Wiedziałem, że jeśli mnie kocha, nie zostawi mnie, choćby nie wiem co. I wiecie co? Nie sądziłem, że aż tak bardzo się pomylę. Nie minął miesiąc, a z naszej znajomości nie zostało nic. Nie pytajcie mnie dlaczego. Cholernie nie chciałem, żeby tak to się skończyło. Tak po prostu z dnia na dzień wszystko się zjebało. Wiedziałem, że to moja wina. Po miesiącu zobaczyłem ją na ulicy idącą za rękę z kimś innym. W prawdzie ze mną nigdy nie szła za rękę, ale sam fakt, że był ktoś inny. Jak myślicie, co było dalej? Powiem wam. Przyglądałem się ich szczęściu, wiedząc, że przecież i tak zaraz się rozstaną. Kolejne dni i miesiące mijały, bym znowu zobaczył ją w objęciach tego samego faceta, tylko tym razem jej brzuch był jakiś większy. I wtedy wszystko zrozumiałem. Zrozumiałem, że jest za późno. Zrozumiałem, że to teraz z nim będzie smarzyć naleśniki, które będzie spalać, by mieć ubaw. To z nim będzie jeździć na koncerty osób, których nie zna tylko po to, by być blisko niego. I to z nim będzie dzwonić pod nieznane numery, bo tak cholernie uwielbia się śmiać. Teraz wszystko będzie robić z nim. Będzie robić z nim wszystko to, co robiła ze mną. Teraz powiem wam coś w tajemnicy. Powiem wam coś, co do dziś rozpierdala mnie od środka. Kochałem ją. Kurwa. Kochałem ją od dnia, w którym ją poznałem. Nigdy jej tego nie powiedziałem, bo wiedziałem, że zasługuje na kogoś lepszego ode mnie. Wiedziałem, że prędzej czy później ją zranię, czego bym nie zniósł. I co zabawne - najbardziej zraniłem siebie, pozwalając odejść kobiecie, która była i jest całym moim światem. Pozwalając innemu wejść do życia kobiety, która należała i, cholera, należy do mnie. Dlaczego wam o tym mówię? A właśnie dlatego, żebyście nie popełnili mojego błędu. Ja straciłem kobietę mojego życia tylko dlatego, że coś sobie ubzdurałem. Chciałem, by znalazła lepszego, choć wiedziałem, że ja byłem dla niej idealny. Przy idealnej kobiecie nawet najgorszy burak staje się idealny, bo chce być jak najlepszy. Nie popełnijcie mojego błędu. Nie pozwólcie, by jedyne co wam w życiu zostało, to wspomnienia i świadomość, że wszystko, co było wasze, już nigdy wasze nie będzie. Nie ma nic gorszego niż widok ukochanych oczu wpatrzonych w kogoś innego, prawda? Gdybym mógł cofnąć czas, wszystko bym zrobił inaczej. Wy zróbcie wszystko jak należy, bo żaden dzień się nie powtórzy. Dlatego, jeśli spotkacie w swoim życiu kobietę waszych marzeń, nie pozwólcie, by stała się ona marzeniem kogoś innego.