Buenos Aires i miłość od drugiego wejrzenia
Duże miasta męczą, czasem przytłaczają, nierzadko rozczarowują. Obawiałam się, że tak będzie ze stolicą Argentyny. Nasze pierwsze spotkanie, mimo że uprzejme, nie przyniosło okrzyków zachwytu żadnej ze stron. Długo jednak nie musiałam czekać, by przekonać się, że Buenos Aires to niekończąca się opowieść zamknięta w szkatułce, a odkrywanie kolejnych elementów to największa przyjemność, jaką można sobie sprawić. Jakże wspaniale jest móc zatopić się w czeluściach miasta, które ma w sobie bogatą historię, które karmi się kulturą, którego mieszkańcy przypominają egzystencjalnych filozofów, bo przeżyli już niejedno, a ekonomiczne wzloty i upadki nauczyły ich balansować między beztroskim carpe diem i dołującym fatalizmem.
Buenos Aires to miasto sentymentu, gdzie staromodne kawiarnie w dzielnicy San Telmo nadal tętnią życiem, choć biją się o popularność z hipsterskimi knajpami w najmodniejszej dzielnicy, jaką jest Palermo. Tu każdy dzień zaczyna się od kawy oraz słodkiego, maślanego półksiężyca. Nikt nie rusza się z domu bez kubeczka mate, którego przeznaczenie tylko w dziesięciu procentach ogranicza się do spożywania energetycznej herbaty, a w pozostałych dziewięćdziesięciu służy do niekończącej się gawędy, w czasie której mate i słowa wędrują z ust do ust. A gdy przychodzą gorące dni nagle jasne staje się samo imię, jakie nosi stolica Argentyny. Orzeźwiające podmuchy wiatru przynoszą uczucie ulgi, sprawiając, że wysoka wilgotność staje się nieco bardziej znośna. Nocne życie w Buenos to odrębna historia, która zaczyna się bardzo późno (kolacje najwcześniej je się o 22) i właściwie się nie kończy, bo podobnie jak Nowy Jork, Buenos Aires to miasto, które nigdy nie śpi.
Ale nie warto dać zwieść się pozorom - choć Argentyna to (spora) część Ameryki Południowej, mieszkańcy tego kraju nie są typowymi Latynosami, których stereotypowo kojarzymy z głośną spontanicznością, radosnymi wybuchami śmiechu i tańcem na ulicy (takie rzeczy w Brazylii:)). Argentyńczycy raczej mocno stąpają po ziemi i mimo ogromnej uprzejmości, zdają się być bardziej zdystansowani niż ich sąsiedzi. Są też szalenie upolitycznieni, każdy ma twardo ugruntowaną opinię i często od początku rozmowy określa swoje stanowisko wobec peronizmu, dając do wiadomości, po której stronie barykady stoi. Niesamowicie zaskoczyła mnie też skala i aktualność idei feministycznych obecnym w mieście (i w innych częściach kraju). Galerie, muzea, kawiarnie i centra kultury poświęcają przestrzeń tej tematyce zajmując jasne stanowisko i krzycząc “Ni una menos!”. To hasło broniące kobiety przed przemocą ze strony mężczyzn i patriarchalnego rządu, ozdabia mury miasta i jest na ustach całej rzeszy, zwłaszcza młodych kobiet. W żadnym “zachodnim” mieście nie odczułam tak silnego poczucia misji w tym temacie, a będąc w Argentynie poczuć się można jak w czasach sufrażystek. Nie będę ukrywać, że bardzo zaimponowała mi ta umiejętność i potrzeba samookreślenia się Argentyńczyków. Miałam wrażenie, że nie ma tam miejsca dla ludzi bez właściwości, co widoczne było nawet w metrze pośród drobnych handlarzy. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie widziałam tak przekonującej reklamy długopisów lub ładowarek to telefonu. (Tak, w metrze można nabyć wiele rzeczy, skarpetki, małe wiatraczki, chusteczki, wszelakie przekąski, oferta sprzedaży właściwie się nie kończy). Wszystko to dodawało charakteru mieszkańcom, czyniąc ich jeszcze bardziej interesującymi.
Samo Bueno Aires zaskoczyło mnie swoją wielkomiejskością, bo w pierwszym zderzeniu zdecydowanie najbardziej przypominało mi właśnie Nowy Jork. Szklane wieżowce, prostopadłe ulice, wiecznie wciśnięty klakson taksówkarzy, biznesowy tłum obok bezdomnych, no i niekończąca się gonitwa na chodnikach. Dopiero po bliższych oględzinach, miasto pokazało swoją drugą twarz, ze wspaniałą architekturą, znaną nam z uliczek Madrytu czy Paryża, z kawiarniami, wieczornym winem na ulicach i wszędobylskiej muzyce. Ozdobne kamienice, kwitnące na fioletowo drzewa jacarandy i zapach palo santo unoszący się w powietrzu - tak pragnę zapamiętać wiosnę w Buenos Aires. Oprócz przepięknej i egzotycznej zieleni, miasto bardzo urzekło mnie detalami, takimi jak ręcznie malowane szyldy w witrynach sklepów i kawiarni. Na niedzielnym targu San Telmo obserwować można ulicznych artystów, którzy sztukę wzornictwa (Fileteado) i letteringu dopracowali do perfekcji. Niezwykle satysfakcjonujące to uczucie wodzić wzrokiem za pędzelkiem, który idealnie wypełnia brzegi naszkicowanych liter i wzorów.
Jednakże nawet na tych bujnych, historycznych ulicach trudno o chwilę spokoju. Pewnego słonecznego dnia wybrałam się z książką do kawiarni. Kawa, dobra lektura i leniwe obserwowanie przechodniów - brzmi jak świetny poranek - pomyślałam i jak szybko przyszło mi zweryfikować rzeczywistość. Okazało się, że hałas ulicy (mimo, że ta naprawdę nie należała do bardzo ruchliwych), uniemożliwił mi zebranie uwagi i skupienie myśli na czymś innym, niż na wiecznym ryku silników. Stąd też uczucie ogromnej ulgi, gdy po paru dniach w stolicy wybraliśmy się do przestrzennej i głuchej Patagonii. Buenos Aires żyje szybko i głośno. To zawrotne tempo jest dość stresujące, więc moje pierwsze dni spędzone w stolicy polegały głównie na zaadaptowaniu się do nowych warunków. Ale długo nie musiałam czekać na strzałę amora.
Po kilku dniach spędzonych w bezkresnej, lecz pogodowo kapryśnej Patagonii, wracaliśmy do stolicy wieczornym lotem. I to właśnie wtedy, gdy samolot zataczał kolejne koło nad ogromem tego miasta, zawładnął mną hipnotyzujący widok tysiąca migoczących światełek, zgrabnie ułożonych obok siebie niczym zapałki w pudełku. Wywróciło mi się w żołądku, na ustach zagościł uśmiech i przepadłam na amen. Czy da zakochać się w mieście? I to w ułamku sekundy? Ta porywcza, niczym wiejące tam wiatry, miłość do Buenos Aires zawładnęła mną bez żadnego ostrzeżenia i nie odpuściła ani na moment, aż do smutnego momentu pożegnania.
Jak to możliwe, że to nie spacer ulicami tego zatłoczonego miasta, nie jego głośna codzienność, nie imponujące drzewa, nie ta dziwna metafizyczna aura wisząca w powietrzu, zdobyły moje serce, lecz właśnie widok tych małych światełek, labirynt przecznic rozciągający się po sam horyzont zachwycił mnie tak, że zanim jeszcze samolot wylądował, zdążyłam powiedzieć, że nigdy nie chce stąd wyjeżdżać, że dobrze byłoby tu zostać i móc odkrywać to miasto bez końca. Buenos jest boskie. Boskie!










