Nie pamiętam,
kiedy pierwszy raz pękło mi serce.
Może wtedy,
gdy jako dziecko zrozumiałam,
że nie każdy płacz sprowadza pomoc.
Że można wołać godzinami,
a i tak nikt nie przyjdzie.
Pamiętam za to,
jak nauczyłam się udawać.
Że nic nie boli.
Że wszystko jest dobrze.
Że jeszcze wytrzymam.
Wytrzymałam.
Kolejny dzień.
Kolejny miesiąc.
Kolejny rok.
Aż w końcu sama stałam się raną.
Noszę w sobie cmentarz rzeczy,
których nigdy nie przeżyłam tak, jak powinnam.
Dzieciństwo.
Poczucie bezpieczeństwa.
Spokój.
Miłość.
Zakopałam je głęboko,
a mimo to każdej nocy
słyszę, jak wołają spod ziemi.
Najgorsze jest to,
że wszyscy wiedzieli.
Widzieli zmęczone oczy.
Widzieli łzy ukrywane w poduszce.
Widzieli strach, który chodził za mną jak cień.
I odwracali wzrok.
Jakby moje cierpienie było zbyt niewygodne,
żeby się przy nim zatrzymać.
Więc rosłam.
Nie jak dziecko.
Jak ktoś,
kto każdego dnia uczył się przetrwać.
Dzisiaj patrzę w lustro
i czasami nie poznaję osoby po drugiej stronie.
Widzę blizny,
których nikt nie zszył.
Widzę ból,
którego nikt nie wysłuchał.
Widzę dziewczynę,
która tak długo była silna dla wszystkich,
że nie zostało już nic dla niej samej.
Chciałabym powiedzieć,
że jestem zła.
Ale jestem tylko zmęczona.
Zmęczona dźwiganiem wspomnień.
Zmęczona udawaniem, że sobie radzę.
Zmęczona budzeniem się każdego ranka
z tym samym ciężarem na piersi.
Czasami mam wrażenie,
że całe moje życie było jednym długim krzykiem,
którego nikt nie chciał usłyszeć.
A jednak wciąż oddycham.
Choć każdy oddech przechodzi przez gardło
jak szkło.
Choć serce od lat krwawi w ciszy.
Choć część mnie została tam,
w przeszłości,
obok małej dziewczynki,
która do końca wierzyła,
że ktoś w końcu wyciągnie do niej rękę.
Nikt nie wyciągnął.
I może właśnie dlatego
najbardziej boli mnie nie to,
co mi zrobiono.
Najbardziej boli mnie to,
że zostałam z tym całkiem sama.

















