Przybyłam do Londynu - o dziwo! - bez żadnych przygód, o których mogłabym się tutaj rozpisywać - po trzech i półgodzinie snu.
Na dworcu przywitali mnie Ola i Rob i wymyśliłam z tego powodu wierszyk, który się nawet rymuje jak się ma dziwny akcent.
Who’s the best in the whole world?
Ola and Rob!
[tłum.: Kto jest najlepszy na całym świecie? Ola i Rob.]
Na tyle mnie dzisiaj stać.
Po pysznym obiedzie z Olą i Robem, rozpakowaniu się u Oli i Tomka, poszłam na samotny spacer po okolicy. Fotorelacja poniżej.
Widok z okna na najbliższe dwa tygodnie.
Moje najbardziej londyńskie zdjęcie do tej pory - double decker i czarna taksówka. ;)
Kanał obok mieszkania Oli i Tomka, który jest super klimatyczny, ale nie przy tej pogodzie.
Dzisiaj było zimno, szarno i ponuro, ale udało mi się zrobić zdjęcie z odrobiną koloru.
Dobra, to już ostatnie zdjęcie makro kwiatków, obiecuję. Wkręciłam się.
Takie śmieszne zdobienia na płocie żem widzioła.
Nie wiem o co chodzi, ale popieram.
W rzece Tamizie są wirusy trojany, he he he (dobra, zaraz idę spać).
A to dowód, że to serio ja.