- Jako nastolatka upatrywałam w miłości początku i końca wszystkiego. Istniała dla mnie wtedy tylko jedna jej definicja i dobrze pamiętam, jak zaciekle jej broniłam.
- I gotowa byłaś nawet umrzeć.
- Tak. Bez wahania. Miłość była całym moim dobytkiem, który niosłam w małym tobołku niczym Włóczykij. Poza nią nie istniało nic więcej. Tragiczne, błędne koło. Nie zliczę, ile razy osunął mi się grunt spod nóg.
- Położyłaś teraz mocny akcent na bezradność, a ja mam takie przemyślenie, że wykazałaś się wtedy ogromną odwagą. Oddałaś siebie całkowicie i nie oczekiwałaś niczego w zamian. Niektórzy nazwaliby to pewnie głupotą, ale mnie wybrzmiewa w tym przede wszystkim brawura. Odwaga, by postawić wszystkie swoje karty na jednym człowieku. Jak podpisanie cyrografu z połową zapisów ukrytych drobnym drukiem. Transakcja bezzwrotna.
- Sama się waham, czy to głupota czy brawura. Gdybym mogła powiedzieć coś sobie sprzed piętnastu lat, to powiedziałabym tylko jedno: nigdy nie pozwól, żeby jedna osoba przysłoniła ci doszczętnie cały krajobraz.
- Myślisz, że by cię posłuchała?
- Oczywiście, że nie. Nawrzeszczałaby na mnie, że widocznie nigdy nie kochałam do takiego stopnia. Mimo to spróbowałabym. Z nadzieją, że choć jedno zdanie zostanie jej gdzieś z tyłu głowy. Zresztą wydaje mi się, że od takiej miłości i tak nie da się uciec. Jeśli świat przygotował dla ciebie jakąś lekcję, doprowadzi cię do niej nawet siłą.
- Tęsknisz?
- Chyba już nie. Jeśli pytasz, czy chciałabym jeszcze raz poczuć ten emocjonalny stan nieważkości, który zabrał mnie wtedy w kosmos - myślę, że wystarczy mi to, że doskonale to wszystko pamiętam. No i zawsze mówiłam, że taka miłość zdarza się raz, więc... niech już tam zostanie.
- Życzyłabyś innym takiej miłości?
- Raczej nie. Zdaje się, że to nie dla każdego. Nawet sobie już jej nie życzę - z całym szacunkiem do siebie samej, ale na tym etapie utożsamiam już miłość głównie ze spokojem, a to... To była jazda bez trzymanki. Taka miłość absolutna to już forma uzależnienia. Umówmy się, że nie ma nic zdrowego w takim ciągłym usychaniu. Żyjecie w pewnego rodzaju obligatoryjnej ektosymbiozie, której poczucie wzajemności miesza się płynnie z pasożytnictwem. Czujesz ścisk w żołądku, ale nie potrafisz przestać. Każde milczenie urasta do rangi katastrofy, a bliskość staje się permanentnie niewystarczająca. Nawet kiedy zaczynasz już rozumieć, że z miłości pozbawiasz się samego siebie, to i tak... Długo jeszcze nie odejdziesz. Uwalnianie od tego to naprawdę żmudny i skomplikowany proces. To mozolne zamienianie jednego wielkiego celu na dziesiątki małych i codzienne przypominanie sobie, że te małe rzeczy też są ważne. I że ty. Ty też jesteś ważny.
- To gdzie jesteś teraz?
- Daleko. Przede wszystkim miłość już jest dla mnie zupełnie czymś innym. Wiesz... Na tym etapie to ja wierzę, że najpełniejszym ucieleśnieniem dbania o drugiego człowieka jest po prostu branie go pod uwagę. Wtedy mówiłam "Kocham", mając na myśli: "Oddaję się tobie bez reszty", a dziś nie rozumiem już, jak można coś budować, zwisając bezwładnie w ramionach drugiego człowieka. Jeśli ktoś mówi, że oddałby za ciebie życie, ale znika, kiedy najbardziej go potrzebujesz, to gówno z tego masz - no tak czy nie? I nic ci po tym jego romantycznym umieraniu. Pytasz, gdzie jestem teraz, więc teraz już odpowiedziałabym sfrustrowana, że ma odbierać telefon, gdy dzwonię, a nie popełniać dla mnie harakiri w blasku księżyca, bo nie tego, do cholery, potrzebuję. Myślałam o tym wszystkim już jakiś czas temu i, widzisz, doszłam do wniosku, że paradoksalnie umrzeć dla kogoś jest dużo prościej, niż żyć. To miejsce, w którym teraz się znajduję... Ja wolę, żeby mniej gadał, a więcej po prostu był. Pokaż mi tę swoją miłość, po prostu żyjąc dla siebie. Ja pokażę ci swoją, żyjąc dla siebie i spotkamy się gdzieś pośrodku.
- A wracając... co w takim razie znaczy Twoje obecne "Kocham"?
- Teraz słyszysz ode mnie „Kocham”, a tak naprawdę mówię: "Liczę się z tobą.". Słyszysz „Miłość”, a ja mówię: "Mam w sobie na ciebie miejsce." Teraz słyszysz: „Jesteś istotny”, a ja mówię: "Widzę cię i pozostaję na ciebie uważna." Esencją troski o drugiego człowieka jest otwartość na to, że coś może pójść nie tak. Jest to gotowość do dialogu mimo różnic, podniesionych głosów czy momentów zbyt długiej ciszy. Najczystsza forma miłości to szczera troska o to, jak ma się ten, którego zdecydowałeś się pokochać. To ciekawość zamiast osądu i obecność zamiast ucieczki. Pamiętanie, że po drugiej stronie nie stoi przeciwnik, a dzień rozpoczynamy od spotkania na tej samej stronie. Do stołu nie przyniosę już żadnych dużych słów, bo wierzę, że fajna miłość mieszka w codziennym "jak się masz?".
- A co tamta miłość zostawiła w tobie na przyszłość?
- Z osoby trzęsącej się od nadmiaru emocji stałam się do bólu konkretna. Dzisiaj patrzę przede wszystkim na fakty. Szukam rozwiązań, nie dramatów. Kompromisów, nie iluzji. Na sprawy spoglądam już tylko przez pryzmat chłodnego osądu. Dużo rzadziej skupiam się w tych rozmowach na tym, co odczuwam, choć sama zawsze doskonale to wiem - na pewno jest tak, że jeśli przychodzę do ciebie nie tylko z logiką, ale i smutną miną, to znaczy, że jest mi bezpiecznie.
- To czym w takim razie jest dojrzała miłość?
- Dojrzała miłość to wzajemna akceptacja blizn. Dojrzała miłość to świadomość, że oboje przychodzimy tu nieidealni. Pokaż mi swoje czułe miejsca, a ja pokażę ci swoje. Pokaż mi swoje gorsze dni, a ja zaproszę cię do siebie, gdy dopadną i mnie (wiesz, że najchętniej się wtedy izoluję). Pokaż mi swoje wątpliwości i opowiedz, czego się boisz. Pokaż mi swoje marzenia, a ja sprawdzę, czy mogę zrobić cokolwiek w kierunku ich spełnienia. Dojrzała miłość jest przede wszystkim o prawdzie. Tej zupełnie niepokolorowanej i trochę niepewnej siebie. Zupełnie niepompatycznej i zapakowanej w szary papier. I nie martw się - obiecuję, że swojej magii nie zatraciłam i nadal trzymam w swoim arsenale zdrową dawkę odrealnienia. W dni parzyste biegam nago po ogrodzie z mieczem samurajskim, a w nieparzyste najpewniej spotkasz mnie na suficie, gdzie oddaję się zwykle pisaniu satyr.
Więc tak... Dojrzała miłość jest przede wszystkim o prawdzie. O spokoju, bezpieczeństwu i byciu nieustannie branym pod uwagę. Miłość, której nam najbardziej trzeba jest o okazaniu siebie z najbardziej połamanej strony, by... to właśnie za nią zostać pokochanym.
Marta Kostrzyńska
polskie-zdania.pl











