Dnia 02 lutego 2016
Ogromnie zasmuciłeś mnie tym listem. Gdzie ja miałem oczy? Zajmowałem się bez reszty sobą, swoją chorobą, siostrą, tylko nie tobą. I są tego efekty. Boli mnie to, co robisz. Myślę, że powoli tracisz rozum i trzeba to zatrzymać.
Wiem, że Misza mieszka z nami. Trudno nie usłyszeć jego postękiwań, kiedy pieprzy tę swoją W. Na szczęście to duży dom i zupełnie mi to nie przeszkadza. Każdy z nas ma swój pokój, do tego jest wielki salon i dwie łazienki. Da się przeżyć, sam wiesz.
Czasem myślę jednak, że to dom wariatów. Ty znikasz na całe dnie, Misza bredzi od kilku dni o tym, że jego przyjaciel Janek chce wpierdolić jego duszę, ja powoli szaleję, ale z nudów. Jedno tylko przykuło moją uwagę – sposób, w jaki M. wypowiada się o pewnym domu w Karkosie, tam, gdzie kiedyś zabrałem Karolinę i znalazłem ciekawy symbol spirali. Mówił on, że widział parę razy, jak z tego domu wychodziła grupa budzących instynktowny strach, czerwonookich istot. Zdawało mu się, mówił, że to tylko sen, ale minęło sporo czasu, zanim wszedł do domu, cały zlany potem. Obudził mnie wtedy. Nic mu się nie stało, nie zaczepiali go. Po prostu wzbudzili w nim lęk.
Ta wiadomość plus Twój list o tym, że nasza konkurencja w prowadzeniu biznesu wcale nie jest konkurencją, a Czerwonookimi, zmroziła mnie do cna.
Zanim jeszcze wylądowałem w szpitalu… pamiętasz? Pozabijaliśmy te istoty w ich bunkrze w lesie pod Katowicami. Zniszczyliśmy też ich statek. Ale to było przecież za proste. Ile ich tam mogło być? Dwadzieścia sztuk? Trzydzieści? Rzeczywiście, to było za banalne. Teraz nas znalazły. Mszczą się. Mam nadzieję, że nie wiedzą, gdzie mieszkamy. Misza ma zakaz chodzenia do tego domu. Wierzę, że to ich siedliszcze. Być może one tworzą portale do innych czasów i dziwnych miejsc; być może są potężniejsze niż sądziliśmy kilka lat temu. Zresztą, co mogliśmy wtedy wiedzieć? Byliśmy dzieciakami bawiącymi się z siłami, które nas przerastały.
Przekazuję Ci kopie listów od niejakiego Z., dał mi je Misza. Znajdują się tam przydatne informacje o domu w Karkosie.
Na szczęście nie tylko oni potrafią robić przejścia. Misza, w jakiś sposób z nimi połączony psychicznie, potrafił ściągnąć tu kobietę, podróżniczkę w czasie, korzystającą z Domu jako elementu docelowego. Misza ma potężną moc, nawet sam nie wie, jaką. Przynajmniej się jej domyśla. Za pomocą książki znalezionej w jakimś ciemnym miejscu, In Nomine, potrafi się przenosić do Krain Snów. Wczoraj poszedłem z nim.
Zwiedziliśmy bazaltowe miasto Ooth Seyfrenn na płaskowyżu Rai. Choć samo miejsce jest przeklętą ziemią, czarne wieże są po prostu przepiękne. Niedaleko stoi również prastary monastyr, ale nie chcieliśmy tam wchodzić; baliśmy się, bo instynktownie czuliśmy tam obecność Zła. Misza siedzi w tym temacie bardziej niż ja. Tak czy inaczej, architektura tego miejsca jest porażająco piękna. Cyklopowe kamienie idealnie do siebie pasują, wieże są wycięte niemal z jednego bloku – przynajmniej takie robią wrażenie. Obiecuję, że kiedyś Cię tam zabiorę. Dziękuję Miszy, że mi to miejsce pokazał.
W ogóle ostatnio jest rozdygotany. Nieraz trzęsie się jak osika w nocy, pije na umór. Ja się temu dziwię, bo w zasadzie zmienił się tak odkąd wyjechał na dwa dni na wschód. Nie powiem Ci jednak w jakim celu, bo nie wiem, a każde pytanie na ten temat Misza zbywa.
Bardzo mnie rozczarowujecie, obaj. Ja nie piję i staram się zachować trzeźwość umysłu – a Ty zachowujesz się jak idiota i skurwiel, a Misza jak dziecko niespełna rozumu. Chcesz znać moją opinię? Tego związku nie da się uratować, nie dało się ratować już dawno. Przestał istnieć. Nie ma go. I nic z tym nie zrobisz. A chowanie głowy w piasek niewiele Ci pomoże. Wyjeżdżam na parę dni, więc nie musisz się przede mną chować.
Mam sprawę do załatwienia, ale nie wydumaną, tylko całkiem realną. Pewnie nie zainteresuje Cię to, ale ma to związek ze sporą ilością gotówki; pewien kupiec chce zapłacić za rzadką książkę. Jadę więc do Dźwirzyna na spotkanie biznesowe. Wynająłem samochód, nie martw się więc. A ty sobie gnij w tym swoim pokoju, jeśli chcesz. Chociaż wolałbym, żebyś zrobił coś innego.
Przygotuj się na konfrontację. Zabezpiecz dom tak, żeby stał się dobrym schronem. Zaopiekuj się Miszą, skoro go tu przyplątałeś. Ten facet coś ukrywa, ja to wiem. Coś mu się stało, a on nie chce powiedzieć o co chodzi.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której muszę Ci napisać – w Kołobrzegu, który jest dość blisko, podobno jest ktoś, kto mi może pomóc – podobno miał do czynienia z Czerwonookimi. Dowiedziałem się o tym z… nie wyśmiewaj mnie. Z Internetu. Nie zaszkodzi sprawdzić. Może wie coś naprawdę, może jest kolejnym świrusem z drucianą czapką na głowie. Tego nie wiem. Ale skoro przy okazji tam jadę, warto to sprawdzić.
Boję się Czerwonookich. Boję się powtórki tego, co zrobili z moim życiem. Z życiem nas obu. Złamali nas, Joerg. Widzę po latach efekty. U mnie stres uaktywnił chorobę, Ty masz zupełnie popieprzone w bani ostatnio, a teraz pora na Miszę. Jego też nie oszczędzą. Wątpię, czy jeszcze da się go uratować. Przypilnuj go do mego powrotu. Ja postaram się przynieść prócz pieniędzy parę użytecznych informacji.
Twój Robert
Post Scriptum
Nie wiem, jak Ci to powiedzieć, Joerg, ale mamy problem. Dowiedziałem się niesamowitych rzeczy. Że Czerwonoocy zamieszkiwali kiedyś jedną z planet na zachodnich Rubieżach Krainy Snów, zwaną Twierdzą Ciem – przez gigantyczny zamek, który wyrósł tam przez eony. Ale nawet nie Royskopp jest ich rodzinną ziemią. Nikt nie wie skąd przybyli ani dokąd zmierzają. Wiadomo tylko, że ich statek został zestrzelony tysiące lat temu przez latające polipy; mój rozmówca podał nawet jego dokładną lokalizację – tam, gdzie go wysadzaliśmy: w poniemieckim bunkrze, gdzie próbowali do niego dostać się Niemcy, ale zostali wybici do cna przez potomków tych istot, którzy pragnęli uzyskać to, co im się należało. Do nich, jak dalej przypuszczam, należy willa, którą kupili w latach pięćdziesiątych i przez tyle lat pozornie leżała odłogiem. Stanowi ona przejście; jednak do innych czasów i miejsc tu, na Ziemi. Nie stanowi wejścia do Krain Snów – dlatego mają problem, żeby dostać się do siebie.
Skąd Rupert van Hoyten ma taką wiedzę, tego nie wiem; nie wiem, ile z tego to bredzenie szaleńca, a ile prawdziwe informacje. Jedno Ci powiem jeszcze – on wierzy święcie w to, co mówi.
Wyobraź sobie proszę to spotkanie. Zadymiona knajpa na przedmieściach Sopotu, obskurne, wydrapane drewno w stolikach. Mnie swędzą ręce, żeby przypieprzyć dwóm imbecylom, którzy dopijają piwo po drugiej stronie baru i najwyraźniej szukają kłopotów.
On przychodzi w końcu. Ma jakieś siedemdziesiąt lat, ale dalej jest żwawy i szybki. Siada, zamawia lody, uważnie patrzy mi prosto w oczy. Zanim zaczyna mówić, sprawdza mi nadgarstki. Na moje pytające spojrzenia nie zwraca uwagi.
Skąd on w ogóle wiedział tyle szczegółów? Kto mu powiedział o Krainach Snów? Dlaczego sprawdzał mi nadgarstki? Tego nie wiem. Mam mętlik w głowie.
Nie śmiem zapuszczać się na planetę Royskopp… Zresztą, nie powiedział mi, gdzie ona jest, więc nie wiem, jak tam trafić. Być może gdzieś dalej nawet, niż za Grupą Wywyższonych Istot, w Mgławicy Szerszego Demona. Tak mi to tłumaczył Misza, który jest specjalistą w Krainach Snów, odkąd naczytał się In Nomine i dzieł prastarego myśliciela Antoniego Siewierskiego. Nie wiem jak wygląda Twierdza Ciem i szczerze mówiąc, jakoś mnie tam nie ciągnie.
Dalej oglądam bazaltowe miasto, padam na kolana przed jego majestatem.
Nie ma na nim żadnych inskrypcji, nie ma nic, co mogłoby wskazywać na dzieło ludzkich czy też praludzkich rąk. Jakakolwiek istota tu mieszkała, traktowała to miejsce bardziej jako sanktuarium – nie wierzę, że tak porażające dzieło sztuki było żyjącym miastem. Bardziej przypomina to Tenochtitlan, miasto duchów.
Co do prastarego monastyru na płaskowyżu Rai… o tym porozmawiamy jeszcze.
R.
P.S. II
Błagam Cię, na kolanach prawie, nie załamuj się.
R.












