Zawsze chciałam, żeby mój pogrzeb był radosnym, wolnym od smutku, tęsknoty i cierpienia. Chciałam, żeby ludzie się cieszyli, że odeszłam - może nie dlatego, że mieli mnie dość. Bardziej dlatego, że zakończyło się coś, co mnie raniło. Życie.
Po prawie trzech latach terapii, dwunastu latach depresji, pięciu latach anoreksji i dziesięciu latach uzależnienia - znów jestem w dołku. Tak naprawdę straciłam już nadzieję, że kiedykolwiek będę szczęśliwa. I raczej nie dlatego, że jestem pesymistką, choć oczywiście jest to trafne i bezsprzeczne stwierdzenie. Po prostu nie znałam nigdy życia, gdzie byłabym szczęśliwa. Przez lata wmawiałam sobie, że to co robię w życiu - lekarze, rysowanie - że to wszystko mi pomaga. Trzymałam się tego twierdzenia, choć w głębi duszy wiedziałam, że to błąd. Takie klapki na oczach, które zmuszały mnie, by twierdzić, że jest lepiej, że moje życie się układa. Że robię postępy.
Nie znam życia bez depresji. Nie pamiętam innego niż to, gdzie jakiś kamień ciążył mi zawsze na duszy. Czasem mój mózg zamieniał się w jedną, wielką ranę - źródło znienawidzonego już dawno bólu. Czasem tylko w tle czułam tą obecność tego czarnego szronu, gdzieś w środku czaszki. Czasem myślałam, że niemal zniknęło i rozanielona patrzyłam w swoją przyszłość tępo wierząc, że będzie dobrze. Nie było.
Prawdopodobnie jestem słaba. Może nawet lubię ten stan, chociaż wolę myśleć o tym, że po prostu boję się szczęścia. W końcu jest dla mnie czymś nieznanym i ulotnym. Mogłabym go zaznać, zachłysnąć się nim i po utracie, umrzeć. Zwiędnąć jeszcze przed rozkwitnięciem. Zniknąć niemal całkowicie. Nie chcę tego i właśnie to jest powód dla którego w moim dwudziestoletnim życiu nie byłam szczęśliwa.
Myślę, że każdy z nas chce po trochu umrzeć, nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy. Życie jest skomplikowane i pełne zagadek - piękna także. Problem w tym, że te dobre chwile znikają szybko, a problemy rosną, tworząc góry wyższe niż cokolwiek, co da się zobaczyć gołym okiem.
To nas zabija i dręczy. To sprawia, że czasem nie mam siły wstać z łóżka. Strata jest cięższa niż najgorsza choroba fizyczna. Zwłaszcza ta nieuchronna, bo przecież każdy z nas umrze, wszystko jedno jak bardzo by się nie starał.
Kiedy umrę? Może za dziesięć lat, może nawet za tydzień, lub jutro. Tego nie wiem. Jeszcze.
Zamiast strachu czuję jednak ekscytację.