MARATON! 13 maja 2018, Lublin
Plan: 42,195 km
Wykonanie: 42,195 km
Długo nie mogłam znaleźć czasu na przygotowanie wpisu podsumowującego mój maratoński debiut. Potrzebowałam czasu i dystansu, żeby się do tego ustosunkować, co się wydarzyło tego 13 maja w Lublinie... A wydarzyło się to, że zostałam MARATONCZYKIEM! Czego absolutnie jeszcze rok wcześniej nie przypuszczałam i nie śmiałam nawet myśleć.
Jak poszło? Jak po maśle. Dosłownie. Nasłuchałam się i naczytałam, jakie to piekło, skurcze, ściana, bóle, mroczki, wymioty, odciski. I tak dalej. Owszem, lekko nie jest, ale nikt nie mówił że maraton to pestka. Jednak teraz, już po fakcie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że przygotowałam się perfekcyjnie, plan wykonałam na więcej niż 100%, a moja strategia sprawdziła się znakomicie. Ale od początku.
Decyzja żeby pojechać samemu. Wszystkie najtrudniejsze sprawy i rzeczy w życiu robiłam sama i to zawsze się sprawdza. Tym razem również.
Superkompensacja w ostatnich 10 dniach - idealnie trafiona.
Chemia, czyli żele, dextro, magnaz i woda. Wszystko weszło idealnie, a magnez w kluczowym momencie i dextro uratowały czas i dystans.
Decyzja, żeby sprawdzić na miejscu pogodę i ukształtowanie terenu, a dopiero potem na tej podstawie zadecydować o tym na jaki czas biec okazała się najbardziej kluczowa i trafiona. Temu tak naprawdę zawdzięczam sukces. Sun Tzu i Sztuka Walki się kłania: niebo i ukształtowanie terenu mają decydujący wpływ na powodzenie batalii. Zawsze uważałam, że wszystkie starożytne chińskie mądrości nadal są aktualne ;)
A teraz relacja chronologiczna.
6.00 rano. Pobudka, śniadanie. Same węgle i cukry. Białe bułki, dżem, miód, masło. Czarna kawa.
7.00 rano ciuchy na grzbiet, na wszelki wypadek dwie koszulki. Chemia do plecaka. Ostatni check in i w drogę
8.00 rano. Jestem na stadionie, sprawdzam pogodę. Ciepło, słonecznie. Ściągam klubową koszulkę, pobiegnę w fioletowej furii, w bokserce, w rękawach będzie mi za ciepło. Spalę się na mahoń, ale trudno, przeżyję.
8.40. Wciągam żel przed.
8.30. Wypijam shot magnezowy. Zaczynam się lekko rozgrzewać
8.45. Rozgrzewka w trakcie. Wciągam dextro.
Potem idę na start poszukać moich zajęcy na 4.15. Podjęłam decyzję o tym, aby nie łamać na siłę czwórki. W debiucie, przy tej masakrycznej pogodzie nie ma sensu. 42 km to kupa roboty, lepiej się nie zarżnąć, a najwyżej przyspieszę po 30km JEŚLI będą na to siły.
9.00 START!
Maraton startuje razem z krótszym Biegiem Koziołka na 15km. Pierwsze 5 km standardowo jest u mnie problemem. Wszystko mnie wkurza, ludzie, buty, woda w bidonie mi lata, żele latają przypięte do pasa, numer startowy przeszkadza, agrafka się odpięła - jednym słowem mam ochotę pobić ludzi, bo mi przeszkadzają w bieganiu. Mimo że w Lublinie w maratonie biegnie tylko ok 700 osób, plus ci, którzy biegną w biegu Koziołka to mam wrażenie, że było trochę ciasno na odcinku ok. 3-4km zanim wszystko się rozbiegło i poluzowało po 5 km. Nie ma to jednak absolutnie żadnego porównania do dzikiego tłumu biegaczy na pólmaratonie w Poznaniu, gdzie ścisk panował przeokrutny. Po 5 km rzeczywiście jest już dużo luźniej.
Bieg staje się KOMFORTOWY! Na to właśnie czekałam. Luz dookoła, tylko moja grupka na 4.15, jest nas ok 10-15 osób w zależności od pokonanego właśnie dystansu. Piękna sprawa. Druga piękna sprawa to trasa. Jako, że Lublin jest w remoncie to organizatorzy zmienili trasę i puścili maraton wokół Zalewu Zemborzyckiego. Dwie pętle wokół Zalewu i jedna po mieście, wzdłuż Brdy po ścieżkach rowerowych. Byłam mega zadowolona. Uniknęlismy dzięki temu patelni na mieście, a słońce grzało na maxa, dostaliśmy lekką bryzę od wody i cień od lasu na odcinku ok 15-20km, a to dużo i uniknęliśmy największych wzniesień, jakie tam są na mieście. Wzniesienia owszem były, najsilniejsze wlaśnie na dwóch pętlach wokół Zalewu, ale nie odczułam tego w jakiś mocny sposób. Po prostu biegłam swoje.
Chemia (doradcą był Roman Bednarek z Nightrunners Poznań - trafione idealnie): 4 żele, dextro i dwa shoty oraz proszek magnezowy na czarną godzinę na 36-38 km. Wszystko bardzo się przydało. Żele wzięłam na około 9, 18, 27 i 36 km. Dextro w międzyczasie jak czułam potrzebę. Na 20 km tuż przed dystansem półmaratonu poczułam że muszę dextro, bo coś mi szwankuje paliwo. Krótko przed pokonaniem półmaratonu strzeliłam pierwszy shot magnezowy. Kolejny drugi na 30-tym km. Dextro brałam częściej po 25 km, ale nie za często, żeby z tej słodkości nie zejść. Zasadniczo tabletka starczała mi na ok 10-15 minut. Cały czas, na każdym wodopoju piłam wodę. Po 20km kiedy zrobiło się już naprawdę ciepło, ok 25 stopni oblewałam się wodą ile tylko fabryka dała. Wolo bardzo pomagali. Nie jadłam żadnych bananów, czekolady, bo nigdy tego nie robię, a i nie czułam potrzeby.
Właściwa walka zaczęła się po 30-tym km. To był moment, w którym opuszczaliśmy teren Zalewu i wbiegaliśmy z powrotem do miasta. I w tym dokładnie momencie podjęłam decyzję o opuszczeniu mojej grupki i przyspieszeniu. Trzy czynniki za tym przemawiały:
1. Miałam zapas sił. Czułam że mogę się oderwać i dam radę sama, bez wsparcia przyspieszyć i utrzymac tempo.
2. W momencie kiedy opuszczaliśmy teren Zalewu zauważyłam, ze przez jakieś 2km bedzie z górki.
3. Palące słońce zaszło za chmury
Przyspieszyłam na 30km i do samego końca ciągnęłam szybciej niż dotychczas. Niewiele szybciej, ale na tyle, żeby poprawic czas i to dość znacząco. Ważne było zachowanie rytmu podczas tego samotnego biegu, ale taki urok maratonu - samotność długodystansowca.
Kiedy wbiegłam już na teren miasta nagle przybyło kibiców, których nad Zalewem mało było. Ale w sumie jesli o mnie mowa to kibice byli mi raczej obojętni, byłam w obcym mieście i wiedziałam, ze specjalnie dla mnie nikt tu nie przyjdzie, zatem wcale mi to ani nie pomagało, ani nie przeszkadzało. Było jednak dość zabawne, kiedy od 30km wzwyż pojawiały się satyryczne zachęty, tudzież propozycje, co by przyłączyć się do kogoś na kocyk ;)
To co mnie najbardziej rozbawiło to fotografowie. Nie wiedzieć skąd miałam na to ochotę i siły, bo po 35 km to już raczej się umiera na maratonie, ale ja wyprzedzałam zdziwionych ludzi i szczerzyłam zęby do fotografów. Ja, która NIGDY nie zwracam uwagę na ludzi, kiedy biegnę. To chyba efekt flamenco - zawsze się prostuję i przybieram wystudiowaną pozę, kiedy widzę aparat foto ;) Komuś nawet odpowiadałam na jakieś dowcipy.
Dobra, to mamy juz ten 36 km. Żeby nie było - chwycił mnie skurcz w śródstopiu prawej stopy. Myślę, co za cholera się uczepiła i wytargałam magnez w proszku polecony przez Marka aka Helena Bobek. Zeżarłam klnąc jak szewc. Myślę: albo skurcz, albo ja. Przeszło! Mój skurcz trwał może całe 400 metrów? Albo nawet krócej. Dziabnęłam jeszcze dextro po 38 km. Jeszcze wody. Jeszcze wyprzedziłam kogoś. Minęłam reanimowanych. Taki widok na ostatnich kilometrach zawsze jest trudny, ale nie patrzyłam na boki. Darłam do przodu. Widziałam już miasto i ulice przy stadionie. Na 39-tym kilometrze zrobili mi najlepszą fotę z całego tego biegu! Szczerzyłam pape na maxa, jakbym biegła wprost na jakąś impreze z hektolitrami metaxy. Dopiero potem to zobaczyłam na focie, bo zupełnie nie przypominałam sobie tej sytuacji :)
Nawet nie zauważyłam kiedy wbiegłam na stadion. Stało się to jakoś mimochodem i niespodziewanie. Od razu poczułam lepsza nawierzchnię tartanu i jeszcze pociągnęłam tempo! Po trasie składającej się ze źle położonej kostki brukowej i asfaltu, z którego wybijały kamienie tartan był lekki niczym powietrze. Rura i do przodu!
Na metę wbiegłam jakbym w ogóle nie zrobiła właśnie 42km ale najwyżej 10. Miałam wysokie tempo, schodziłam więc z niego stopniowo i po przekroczeniu mety nie zatrzymałam się od razu tylko jeszcze przebiegłam jakieś kilkaset metrów dla schłodzenia.
PRZEBIEGŁAM MARATON! :)
Teraz to już papa może się cieszyć na maxa. Mało tego, przebiegłam ten maraton w doskonałym stylu, bez bólu, bez ściany, bez skurczy. Spokojnie, ze stałym tempem, przyspieszając po 30-tym km. Zrobiłam tak, jak zaplanowałam - negative split! :)
Co dalej? ;) Woda, izo, magnez. W Lublinie mieli jedną zacną rzecz - baseniki z wodą o temperaturze 9 stopni. Dopiero tam poczułam, jak do czerwoności niemal mam rozgrzane mięśnie nóg. Na początku nawet nie poczułam temperatury wody! Dopiero po jakims czasie czułam chłód. Potem poszłam na masaż. Myślałam, że się okwiczę na masażu. Podczas biegu nic mnie nie bolało tak jak ten masaż. Ale w sumie pomógł. Dopiero potem poczułam, że jednak jestem głodna. Wzięłam kupony i poszłam na makaron. I wtedy zerwała się burza... Zbierało się na nią od dłuższego czasu, aż w końcu przyszedł krótki szkwał, chmura spadła, zagrzmiało, błysło i sobie poszło zmiatając balony i namioty masazystów ze sobą... Potem znów wyszło słońce.
Impreza była już skończona.
Czas: 4.11
Miejsce w klasyfikacji generalnej: 269
Miejsce w klasyfikacji kobiet: 23
Miejsce w klasyfikacji K40: 8
Zrobiłam to w doskonałym stylu :) Bez cienia przesady mogę sobie pozwolić na stwierdzenie, że był to mój najlepszy bieg jak dotąd i najbardziej komfortowo sie w nim czułam.
Bóle przyszły nazajutrz. Przy wchodzeniu i schodzeniu ze schodów ;) ale to zupełnie inna historia ;)
Analiza międzyczasów i najlepszych odcinków zaskoczyła mnie najbardziej pozytywnie. Ostatni kilometr maratonu był najszybszy. Najszybsze odcinki miałam na końcu. Wiedziałam, że negative split będzie trudny - ale zrobiłam to. Me happy! :)
















