Leże na łóżku w samych gaciach licząc ile czasu mogę jeszcze tu spędzić zanim zmuszony będę stawić czoła rzeczywistości i iść do budy.
Aaaaaa… CHUJ! Najwyżej się spóźnię na niemiecki, ale pooglądam jeszcze dupy na Instagramie. Wszystkie takie same, Barbie tłoczone z formy trendów XXI wieku, wypinające się do obiektywu. No cóż… szmatki, ale jest na czym oko zawiesić. A lekcja niemieckiego? Jakaś miła towarzyszka z klasy na pewno napisze mi usprawiedliwienie podając się za moją matkę… znowu…
Jeszcze nie wstałem, a już mam ochotę zatłuc się własną pięścią jak myślę, co mnie tam czeka… Tragedia… a matura dopiero za rok…
Chwilę rozkoszy przy pustych modeleczkach przerywa SMS od ziomka. Wiadomość dostałem od Sowy, a wiadomości od Sowy raczej zawsze są wiadomościami dobrymi, więc moja twarz bezwarunkowo zaczęła się uśmiechać. Słusznie.
Starzy wracają dopiero koło 20. Wpadasz na bro?
Piwa co prawda nie lubię, ale jeszcze bardziej nie lubię przebywać w toksycznym środowisku towarzyszy edukacji oraz nauczycieli głęboko zakorzenionych myślami w czasach PRLu, zepsutych jakimś system i psujących tym właśnie systemem młode, kreatywne, pragnące sukcesu jednostki.
Oczywiście mam tu na myśli siebie, reszta… reszcie i tak wszystko jedno. Według mnie. Nikogo nie interesuje ich życie, nawet ich starych. Pewnie dlatego są tak zepsuci. Pewnie dlatego bardziej cenią koszulki MISBHV, niż znajomych.
Ciekawe, czy moi rodziciele się mną interesują, czy tylko czekają, aż się wyprowadzę i nie będę generował problemów…
O CZYM JA W OÓGLE TERAZ MYŚLĘ?!
Priorytety… Trzeba odpisać, choć treść jest wiadoma.
Będę za godzinę! Tylko nie mam kasy na balet, ale wezmę coś ze sobą ;)
Po czym wstałem z wyra, podjebałem z lodówki czteropak ojcowskiego Heinekena, bo ojciec piwa nie lubi, tak jak ja, ale chłodzi zawsze kilka pakietów na wypadek, gdyby przyszli do niego znajomi, których nie ma bo jest jebanym gburem uważającym się za pępek świata. Tak więc co by się miało zmarnować, to ja i Sowa (w stosunku 1:3, bo ja nie lubię alkoholi) skonsumujemy.
Moi rodzice naturalnie byli poza domem, bo oboje pracujący na etat. Mama jako bankier, ale trochę wyższy szczebel niż sprzedaż kredytu na samochód czy pralki na raty, natomiast ojciec ma posadę analityka czegoś tam w jakimś korpo co to się zajmuje sprzedażą powierzchni reklamowych. Nic ambitnego.
Zegar pokazywał trzydzieści pięć minut po ósmej, a za oknem witał kwietniowy, ciepły poranek. Idealna godzina, idealna pora, idealny dzień na waxy. Mamy połowę kwietnia, więc zaraz zakończenie roku szkolnego, bo koniec czerwca już niedługo! Poza tym, Ewelinka albo Monia, albo inna piękna Pani z klasy napisze mi te zwolnienie!
Do plecaka oprócz czteropaka wsadziłem zupełnie nic! Wciągnąłem skoki na nogi, zarzuciłem plecak na jedno ramie i ochoczym krokiem szedłem do Sowy, omijając szerokim łukiem Specjalistyczny Zakład Karno Opiekuńczy Łączący Analfabetów.
Jednak widok mojego ośrodka edukacji wywołał pewien niepokój myśli w sercu… A co jeśli właśnie dziś wydarzy się tam coś, czego powinienem być świadkiem? A co jeśli właśnie dziś zdobyłbym cenną wiedzę, która zostanie kluczem do kariery? Jeśli dzisiejszy dzień, byłby dniem przełomowym?
Kogo chcę oszukać? – włączył się w porę głos rozsądku. Porzuciłem więc rozterki idąc marnować czas w sposób wybrany przeze mnie, nie przez dyktaturę nauczycieli .
Dotarłem kilka minut po dziewiątej do domu Sowy, wchodząc jak do siebie, przez otwarte, przygotowane na moje przyjście drzwi.
Sowa to mój najlepszy przyjaciel, jest mi jak brat. Oczywiście jak czarny brat, ponieważ mam tylko starszą siostrę i jedyne braterstwo jakie znam, to z filmów o murzynach trzymających sztamę. Nie ważne.
Ojciec Sowy pracuje w IT, jakaś szycha w firmie ubezpieczeniowej. Nie warto wnikać. Jest typowym informatykiem, typowym nerdem. Sweterek w serek, okulary, przetłuszczone włosy. Wszystko pod postacią ultra miłego i nieszkodliwego, otyłego fana World of Warcaft… Tak… Sowa senior po godzinach nałogowo grał w WoWa. Nie, nie wie co się dzieje w życiu jego syna, jedynego dziecka. I chuj. Sowie Jr jest to na rękę!
Natomiast Mama Sowy… Pracuje w dziale HR banku, w którym pracuje moja stara. Mama Sowy, w przeciwieństwie do jego starego, jest żywiołowa i pełna energii. Siłownia przed pracą, po pracy joga. Fit jedzenie i Ewa Chodakowska na tapacie. Jest naprawdę świetną kobietą. Z szacunku do mojego przyjaciela, nigdy nie powiedziałem mu, że chętnie zostałbym jego ojczymem… Zdecydowanie!
Wpadam do domu Sowy i już w wejściu czuję silny zapach zielska, którego dym tworzy gęstą zasłonę na schodach prowadzących ku górze. Nieźle. Dopiero wszedłem na kwadrat, a wiem, że czeka nas zajebisty dzień.
Idę więc do znajdującego się na piętrze pokoju Sowy, kołysząc się w rytmie HUMBLE, kawałka Kendricka Lamara. Na piętrze prawdziwa mgła, mocny bass i krzyki Sowy:
- Kurwy Jebane! To nie możliwe! Co za spierdolona gra!
Darł japę do monitora, grając w Counter Strike. Naturalnie był upokarzany przez innych uczestników rozgrywki, przez brak skilla, czyli umiejętności. Albo przez to, że się skuł.
Wszedłem do zadymionego pokoju, donośnym głosem rzucając:
- Sam jesteś spierdolony, grać nie umiesz i tyle – śmiejąc się z sytuacji na serwerze.
- Zamknij mordę, kurwa! – odpowiedział wyłączając grę.
- Elo! Widzę dzieje się! – przywitałem się zbijając „pione” jak to czarnuchy mają w zwyczaju.
- Elo! No dzieje się! – odpowiedział – Mam już kurwa dość tego wszystkiego. Wkurwia mnie ta szkoła…
- Chujowo… Szczególnie chujowo, bo jest dopiero wtorek! – wtrąciłem.
-… i starzy mnie wkurwiają.
- Co zrobili? – zapytałem
- Nic w sumie, ale mam dość słuchania ich pierdolenia. Stara ciągle jęczy, że wszystko robi w domu sama, że wszystko na jej głowie, mimo że nie gotuje, bo wpierdalamy jakiś dietetyczny catering, który dostała w prezencie na rok od kumpeli, która zajmuje się PRem w tej firmie. Nie sprząta, nie pierze, nie prasuje, bo dwa razy w tygodniu przychodzi do nas Ukrainka, która to wszystko robi! – powiedział oburzony…
- Ukrainka chociaż dobra? - wtrąciłem
- Za chuj nie! Blisko mety, ostro po pięćdziesiątce – odpowiedział kontynuując rozmowę- ale słuchaj dalej. Stara lamentuje ciągle, że nikt jej w tym domu nie szanuje i nie pomaga, a Stary w kontrataku odpowiada swoim leniwym, niskim głosem, że nie jego wina, bo utrzymuje cały dom! Mówi do Mamy, jaki o nie jest zajebany robotą, grając w tym czasie w WoWa!
- No i co Ci do ich kłótni? Co się wkurwiasz? – zapytałem.
- NO WŁAŚNIE! Co mi do ich kłótni?! Po co muszę być uczestnikiem tego wszystkiego? Jak nie przy obiedzie, to w samochodzie, albo kurwa wszędzie indziej! Pierdolca można dostać… - skwitował Sowa.
- Współczuje… - odpowiedziałem, mimo że nie współczułem. – Jakie plany na dziś towarzyszu? – zapytałem szczerząc się szeroko!
Sowa rolując blanta zmarszczył brwi sugerując, że tworzy w głowie plan! Wielki plan, na spędzenie dnia w genialny i niepowtarzalny sposób, po czym powiedział:
- Co?! Bo się zajebałem w akcji, zapomniałem o co pytałeś…
- Co dziś robimy pytam, zajebańcu! – rozbawionym tonem powtórzyłem, podając mu piwo.
- Aaa… No to… Hm…. Nie wiem?! Przypalimy i napijemy się browara! A później… nie wiem… - wzruszył ramionami.
Głosem pozbawionym nadziei w kreatywność Sowy, zaproponowałem:
- Może plener zaatakujemy? Pogoda kozacka, co? W piłkę pogramy, czy coś… Pójdziemy na deptak, albo do parku, dupy jakieś pewnie spotkamy…
Wtedy w oczach Sowy zobaczyłem błysk, olśnienie, strumień świadomości!
- FIFE ściągałem całą noc, to pogramy! Wiesz jak kurewsko ciężko było znaleźć? Trzeba sprawdzić co się zmieniło! – pełen euforii prawie wykrzyczał mi w twarz!
- Podobno w tej wersji linie na boisku nie są białe, tylko kolorowe, bo mamy XXI wiek i nie dzielimy kolorów na lepsze i gorsze! – oznajmiłem.
- Co Ty pierdolisz? Serio?!
- Nieee, kurwa! Pojebało? – odpowiedziałem – Wiadomo, że biały kolor to lepszy kolor! – dorzuciłem anegdotycznie!
Po czym rozbawieni odpaliliśmy FIFĘ i jointa jednocześnie.
Fifa jak to FIFA… Piłka jest jedna, bramki są… bramki też są… i piłkarze też są… nic specjalnego. Jak łatwo się domyślić, nasza rozgrywka była dość chaotyczna, a dużo więcej frajdy niż zwody i spektakularne bramki, dawały kontuzje zawodników oraz ich pokraczne nazwiska, które na trzeźwo nie są aż tak śmieszne.
Minęła kolejna połowa rozgrywek między nami, a razem z nią ochota na grę. Zajście uwarunkowane było spodziewanym atakiem okrutnego głodu. Nie mogliśmy pozostać obojętni wobec naszych pragnień. Wirtualny sędzia gwizdnął wirtualnym gwizdkiem, oznajmiając koniec wirtualnego meczu. Sugerującym tonem powiedziałem do kompana:
- A ja głodny! – odpowiedział.
Spojrzałem na niego spod zmęczonych powiek, oczami pełnymi konsternacji i zapytałem:
- Masz coś do jedzenia typie?
- Tylko fit kartony, ale moja stara kocha je bardziej niż mnie, więc proszę o niekonsumowanie ich przyjacielu! Poza tym, nie będziemy jeść teraz pierdolonych brokuł, ogarnij się!
- A masz coś oprócz razowego chleba i…
- Ta! Matkę nazi dietetyczkę! – przerwał mi aktorsko wkurwionym tonem, mówiąc przez pełny frustracji śmiech - w tym domu wszystko ma zero kalorii, zero cukru i zero kurwa sensu.
- To dlaczego Twój stary jest gruby? – zapytałem szczerze zdziwiony.
- Bo w tajemnicy przed matką żre wszystko słodkie i tłuste co się da. Nie sprawdza go w pracy. Jeszcze.
- Ehhh… Czyli patologia rodzi się nie tylko przez alkohol!- podsumowałem żartobliwie.
- Nie. Nie zamówię, jest dziesiąta z hakiem. Dowożą od trzynastej. Czeka nas trip do Stonki.- oznajmił Sowa
- Jeśli chodzi o tripy, zawsze jestem na tak!
Więc ruszyliśmy. Cała ta sytuacja trwała mniej więcej trzy minuty, ale przez zaburzenie percepcji czasu odnieśliśmy wrażenie, jakby trwała trzydzieści minut. Trzy[dzieci] minut nasilającego się bez przerwy głodu. Po tym czasie nic nie miało większego priorytetu jak kupno mrożonej pizzy i chipsów. Poziom obojętności na resztę świata najlepiej obrazuje to, że Sowa do sklepu poszedł ubrany w koszulkę na krótki rękaw, zimowe buty „bo były pod ręką” i okulary przeciwsłoneczne. Drogę umilaliśmy sobie debatą o problemach świata codziennego, braku wrażliwości ludzi na problemy świata codziennego, pomysłach na rozwiązanie problemów świata codziennego, oraz braku znaczenia świata codziennego, bo w skali wszechświata jesteśmy nieznaczącym pyłkiem. Po wielu refleksjach doszliśmy do wniosku, że będziemy ambitni i sami coś ugotujemy!
- Ale niby co? – zapytał Sowa?
- Nie wiem, spaghetti? Lubisz spaghetti?
- A Ty robiłeś kiedyś spaghetti? Wiesz jak to zrobić?
- No kurwa! Typie! – pewny siebie odparłem – znaczy… na youtube widziałem jak się robi, nic trudnego!
Dotarliśmy do sklepu. Uderzająca fala ciepła po wejściu do środka spowodowała, że ponownie zaczęliśmy czuć delikatne, lecz agresywne działanie substancji odurzających. Wtedy Sowa zaczął się śmiać i klepać mnie w bark:
- Mordo! Patrz Kojaka! - wskazywał ochroniarza marketu śmiejąc się z tego, że jest łysy.
Też zacząłem śmiać się z jego fryzury, a raczej jej braku, z tym, że ja nie śmiałem się patrząc typowi w oczy. Karuzela śmiechu powoli się zatrzymywała, a my kontynuowaliśmy zakupy rozdzielając się po sklepie.
Ja kontra makarony. Dużo makaronów. Cały sklepowy regał makaronów. Różnych makaronów! Nie popadajmy w paranoję! Spokojnie… Przecież nie będę teraz czytał składu każdego z nich! NIGDY TAK NIE ROBIĘ! Spanikowałem, a w tej panice wziąłem paczkę jasnego makaronu w jedną dłoń oraz paczkę ciemnego w drugą, po czym udałem się w poszukiwaniu mojego towarzysza, aby wspólnie dokonać ostatecznego, słusznego wyboru. Przemierzałem marketową przestrzeń, aż ujrzałem Sowę. Zwieszonego przy lodówce z mrożonkami. Intuicja kazała mi zatrzymać się i czekać na rozwój sytuacji, zostać obserwatorem, bo moim kompanem zainteresowała się obsługa. Musiał stać tam kilka długich chwil w takiej właśnie nieruchomej pozycji, skoro ekspedientka postanowiła mu pomóc.
- Mogę Panu jakoś pomóc? – zapytała
- Szukam pizzy! – odpowiedział
Niepewnym głosem pełnym szoku kontynuowała:
-… pizza jest przed Panem… tutaj z pieczarkami, tutaj z szynką, a zaraz obok jest…
- A na co mi ta pizza jak będziemy robić spaghetti?! – przerwał z delikatnym oburzeniem.
Zostawił tak ekspedientkę ze zbłąkanymi, pełnymi dziwnego rodzaju przerażenia oczami, kierując się w moją stronę, po drodze ściągając płynnym ruchem słoik sosu. Nie mam pojęcia, czy zrobił to celowo, czy faktycznie zawiesił mu się system. Jestem pewny, że typiara opowiedziała o tej sytuacji wszystkim, a wieczorem nie mogła spać, myśląc co się wydarzyło w jej życiu, co to miało znaczyć. A my? My wzięliśmy jeszcze paczkę mięsa i ruszyliśmy do kasy.
Nasze zakupy sunęły na taśmie ku sklepowemu skanerowi, a my znowu śmialiśmy się trochę z łysego ochroniarza o wyrazie twarzy sugerującym, że spierdolił z recydywy kilka dni temu.
- Gościu, ja nie mam kasy! – przypomniałem
- Luźno! Ja m... kurwa też nie mam! Ja jebie! Wydałem wszystko w sobotę, a stary nie przelał mi kieszonkowego, bo wolał opłacić abonament World of Warcraft! ja-pier-do-le
Naszej rozmowy słuchała ekspedientka, której mina zdradzała prawdziwe przerażenie tym, co usłyszała. Niestety musieliśmy zostawić ją w obliczu nieopłaconych sprawunków, wychodząc przegrani ze sklepu.
Na odchodne, patrząc jej w oczy, rozkładając ręce w gest bezradności rzuciłem lakoniczne: