Z tą sytuacją jest ciężko oswoić się mnie samemu. Ciężko na tyle, że nawet nie bardzo umiem wyobrazić sobie, jak otoczenie i ogólnie pojęta społeczność przyjęła to do wiadomości i świadomości. W głębi duszy, to tak naprawdę wątpię, że komukolwiek się udało.
Popołudnie. Czwarty dzień tygodnia. Leżę sobie i patrzę pełnymi zażenowania oczyma w sufit. Chyba biały. Nie pamiętam. Leżę w pokoju psychologa. Tak – szkolny pedagog miał zajebisty pomysł, żeby wysłać mnie na sesję do jakiegoś potargańca, który – jak to psycholodzy mają w zwyczaju – nie radzi sobie z własnym życiem, ale zajebiście umie doradzić wszystkim wokół. Do tego skręca mnie na myśl, że jestem tu przez swoją rzekomą aspołeczność. O ja jebie… Pani pedagog! Pierdol się… Jakoś umknął mi moment w którym to brak chęci integracji i utrzymywania jakiejkolwiek więzi z bandą idiotów czyni mnie aspołecznym… Jebać!
Odbębnię godzinkę, czy tam dwie, na totalnej wyjebce. Pożartuję z typa, odpowiem na kilka jego kosmicznych pytań tak, aby skutecznie utrudnić mu pracę i uświadomić, że nie chcę go więcej widzieć! Hmmm… A może po prostu powiem, że Pani Pedagog jest spierdolona jak cała moja szkoła? Może koleś będzie nad wyraz ogarnięty i pozwoli mi zająć się przeglądaniem instagrama, a sam posiedzi na tinderze. Może zostaniemy przyjaciółmi i nie będziemy do siebie mówić? Heh! To może się udać!
Słyszę pisk zawiasów powoli otwierających się drzwi, z których to zaczyna rysować się postać. Postać rysuje się, a ja wiem, że nie ma żadnych szans, na żadnego kurwa tindera. O chuj! Dlaczego mnie to spotyka? Anemicznej postury, krótko ścięty brunet, lekko śmierdzący muzeum. Ubrany w zapiętą pod samą szyję białą koszulę, czarny wełniany bezrękawnik i dwudniowy zarost. Do tego zawieszone na nosie okulary. Całość pięknie komponowała pseudo filozofa. Degenerata. Odrzutka społeczeństwa. Założę się, że mieszka za starymi…
ja…pier…dole…
Patrzyłem na niego z pewnego rodzaju podziwem. I obrzydzeniem… ale nie skumał… albo skumał ale udawał, że tego nie widzi. Po prostu zaczął jak gdyby nigdy nic. Przedstawił się, powiedział jaki jest cel naszego spotkania, pokrótce opisał jego plan i na koniec zapytał co u mnie.
Ja pierdole… Jak to co u mnie? Siedzę prawie zapłakany na jebanym szezlongu zamknięty w jednym pomieszczeniu z psychopatą aparycji pedofila i planuję zajebać się własną pięścią!
Jakoś udało mi się powstrzymać płacz oraz gniew, co pozwoliło mi grzecznie, mniej lub bardziej – już nie pamiętam – zapytać, czy nie możemy odpuścić i zająć się sobą przez te kilka chwil. Nie wspomniałem jednak o Tinderze.
- Dlaczego? – zapytał ze sztucznym zdziwieniem.
- Bo to bez sensu? Jestem tu z przymusu? Nie potrzebuję pomocy? Wszystko jest ze mną ok! – i dodałem jeszcze kilka pytań retorycznych, ze dwa fakty na potwierdzenie tezy, oraz realny opis swoich odczuć co do naszego spotkania.
Zadał mi jeszcze dwa, czy trzy równie głupie pytania, ale na nie odpowiedziałem lakonicznie. Na odpierdol potocznie…
Popatrzył na mnie spod swoich kujońskich patrzałek, pomazał po kartce, znowu rzucił na mnie swoje obleśne spojrzenie i rzekł:
- Masz poważny problem!
- Niby z czym?! – zapytałem delikatnie podniesionym tonem. Spójrz ziomek w lustro, a potem rzucaj osądy, kto z nas dwóch ma problemy. – pomyślałem.
- Z akceptacją. Akceptacją siebie. Masz kompleksy, które wyładowujesz na otoczeniu… - bla bla kurwa bla.
I mówił tak potem jakieś dziesięć minut, ale ja to olałem, bo w głowie myślałem o tym, jakie felgi założę do BMW jak tylko wrócę do domu i wreszcie pogram w Forze zamiast słuchać tego popaprańca. Jeśli twierdzi, że wyładowuję gniew na otoczeniu poprzez skuteczne unikanie go, to nie wiem jaki z niego psycholog. Kończył chyba wyższą szkołę zarządzania… polem namiotowym, a nie psychologię. Więcej ma wspólnego z patologią niż psychologią. A kompleksy? Pogodziłem się, że mam krzywy ryj.
Chciałem jak najszybciej zakończyć te przedstawienie, więc postanowiłem, że zacznę grzecznie przytakiwać. Dam mu satysfakcję, dam mu odejść z tarczą w tej walce. Niech tylko postawi jebaną pieczątkę na kartce dla szkoły i pozwoli mi wyjść grać!
- Hmmm… No tak… Ma Pan rację… - odpowiedziałem z załamaniem na twarzy. – Co można z tym zrobić?
- Na pewno będziemy musieli spotkać się jeszcze raz… - o nie kurwa! Nie takiego biegu wydarzeń się spodziewałem! To nie tak miało być! – ale to nie wystarczy. - dodał.
Po czym opisał mi mój rzekomy problem z percepcją świata. Znowu jebnął kazanie, którego nie powstydziłby się proboszcz wyjadacz. Do tego, mówił to z takim zapałem, jakby sam kurwa miał problemy z akceptacją siebie!
- Do tego mogę przepisać Ci leki – kontynuował.
- Leki? Czy to… na pewno… konieczne? Bezpieczne? Zapytałem z udawanym przerażeniem i lekką ekscytacją.
- Tak! Sam je biorę od pewnego czasu! – o-ja-pierdole! Wiedziałem! KURWA WIEDZIAŁEM! Koleś ma ze sobą poważne problemy!
- Psychotropy?
- Ale delikatne, nie musisz się obawiać…
No skoro typek twierdzi, że prochy są rozwiązaniem na wszystko, to widzę, że naprawdę lecimy ostro po bandzie, a granice zdrowego rozsądku mogliśmy zostawić przed jego pokojem.
- Bierz jedną. Wieczorem. Za tydzień sprawdzimy, czy coś się zmieniło – powiedział wręczając mi pudełko z chemią.
Zegar miał wybić ósmą wieczór za dziewięć minut, więc bez zastanowienia raczej schowałem pudełko do kieszeni bluzy. Psychopatolog zjadł jedną pigułę.
Patrzyliśmy na siebie w obleśnej ciszy. Marszcząc czoło zapytałem:
- A alko? Wóda nie pomaga?
- Przecież nie masz osiemnastu lat – odpowiedział głosem zdradzającym zakłopotanie.
- Eh… nie o to pytam, typie!
- Topienie smutków w alkoholu nie prowadzi do niczego dobrego!
- No tak… nie to co apteka… - rzuciłem sarkastycznie, kierując się w stronę wieszaka na którym zawieszony miałem płaszcz, żeby z jego wewnętrznej kieszeni wyciągnąć podjebaną wcześniej z ojcowskiego barku setkę o smaku orzecha laskowego. Cóż – czułem, że nie będzie łatwo. Musiałem się ubezpieczyć.
- Na pół? – zapytałem.
Oczy zaczęły mu błyszczeć, a rumieńca na policzkach wskazywały na to, że prowadzi bolesną walkę sam ze sobą… wewnątrz siebie. Wtedy zrozumiałem, że [jego] problem jest poważniejszy, niż mogło wydawać się na początku. Wyciągnąłem więc otwartą flaszkę ku niemu.
Nie było na pół. Nie było wstydu. Nie było etyki lekarskiej, czy też bycia przykładem. Wyzerował ją trzema łykami. Fakt – wyglądał na skończoną ciotę, ale nie był amatorem.
Martwiły mnie tylko te psychotropy, które zżarł przecież minutę temu. W jego kwalifikacje wątpiłem już wcześniej, ale odjebać coś takiego? KURWA! Semestr studiowania neurogroove’a na lekcjach historii, dał mi wystarczającą wiedzę o tym, że psychotropy i alkohol wypierdalają w kosmos. Przenoszą w inny wymiar.
Po ponownej ocenie sytuacji, podsunąłem kwitek pod nos tego pierdolonego degenerata, zgarnąłem podpis, zarzuciłem na siebie płaszcz i spierdoliłem w popłochu – wolałem być jak najdalej od tego wstrętnego miejsca, gdy załączy mu się faza.
Wróciłem do domu, prochy wyrzuciłem do kubła na śmieci. Rzuciłem się na łóżko w swoim pokoju i włączyłem Clams Casino. Patrząc przez okno na niepełny księżyc, myślałem o tym, że to nie ja mam problem. To ja jestem problem. No ale! Sam tego chciał. Dałem mu szansę. Szkoda tylko, że nie dostał jej od życia. Albo dostał. Tylko zmarnował. Nie obchodzi mnie to.
Następnej sesji nie doczekałem. Po jakichś kilkunastu dniach dowiedziałem się, że Pan Psychopatolog odkrył nową drogę życia i wyjechał do Tybetu. Czy tam wyjechał do Tybetu szukać nowej drogi w życiu.