Krótka historia dworcowa, z książkami związana o tyle, że przydarzyła mi się, kiedy czekałem na pociąg powrotny po moich zajęciach pisarskich w Zielonej Górze.
Godzina około 8:30, do kasy podchodzi pan lat mniej więcej pięćdziesięciu i mówi (słyszę tylko jego, bo kasjerka jest za szybą):
- Jedzie teraz coś na wschód, proszę pani? - I pan macha ręką w bok. - Co? Że gdzie? Nie wiem, proszę pani gdzie, jakiś Lubin, Dupin, obojętnie gdzie. Nie, nie musi tam pani grzebać w tych mapach, systemach. Obojętnie gdzie, proszę pani. Może być jakiś Lubin, Dupin, Cipin i tak dalej, rozumie pani. Co? Musi pani wiedzieć, gdzie? Kuuuurczę. No jakiś Lubin, Dupin, rozumie pani. Aj, no dobra, trudno.
Choć, samemu pracując w obsłudze klienta, empatyzuję się z kasjerką, to muszę powiedzieć, że pan w kapeluszu zrobił mi dzień! :D
Pozdrowienia dla pana w kapeluszu niezależnie od tego czy jest teraz w Lubiniu, Dupini, czy Cipiniu!