Cześć, miło mi, że tu zawitałeś. Piszę recenzje, komentuję wszystko, co w jakiś sposób mnie ciekawi i wzrusza, pokazuję piękne miejsca i dobrą muzykę. Poznajmy się lepiej!
Witam Was w piękną, zimową noc, choć pewnie nie tak do końca, bo idę w tym momencie o zakład, że wszyscy o tej porze jesteście mniej więcej w połowie snu. Ja jednak zasnąć wciąż nie mogę i weszłam tu w nadziei, że może właśnie pisanie okaże się doskonałym lekarstwem na tę dolegliwość.
Dookoła mnie już dawno zapadła głucha nocna cisza, ale słuchając kilku całkiem niezłych w moim przekonaniu piosenek, naszła mnie dość niespodziewanie pewna refleksja. Wielkimi krokami nadciąga TEN dzień.
TEN, czyli oczywiście 14 lutego lub po prostu Walentynki. Ludzi w ten dzień podzielić można na dwie kategorie. Są zatem ci spędzający niezapomniany wieczór przy blasku świec w doskonale wyszukanej restauracji, wpatrujący się w diamenty oczu swojej drugiej połówki. Może sami zwykle nie uznają podobnych głupot, ale czego to się nie robi dla prawdziwej miłości.
Ale tak, są również ci, którzy z różnych względów tej miłości nie mają lub ją utracili. Ok, istnieją jeszcze wszyscy normalni, nieromantyczni szarzy ludzie, których podobne sprawy wcale nie zajmują, skoro nie potrzebują dowodów miłości żeby kochać i czuć się kochanym. Zgadzam się.
Nie o tym jednak jest ten wpis. Prowokacyjnie więc zapytam, czym byłby ten świat bez romantyków?
„On jest romantykiem, tak romantykiem. A to bardzo źle… Bardzo źle… Ale i bardzo dobrze.“
- cytując za Conradem. I rzeczywiście, ogromnie ciężko czasem udźwignąć taki ciężar pojmowania rzeczywistości. Ale i cudownie jest doświadczać piękna mocniej niż inni. Oczywiście gdy już je w końcu odnajdziemy.
Z dedykacją dla wszystkich tragicznych romantyków zamieszam 5 piosenek, opatrzonych ciekawymi teledyskami, powstałymi w wyniku połączenia ujęć z różnych filmów. Nie w każdym przypadku poleciłabym seans takiego “dzieła”, bo z samym przekazem filmów różnie bywa. Ładny natomiast efekt możemy obserwować przy połączeniu takiego wideoklipu z dobrą muzyką, a już zwłaszcza po podłączeniu słuchawek, w ciemności pustego pokoju, z księżycem spoglądającym zza okna. Z nostalgią na wspomnienie minionej miłości. Chociaż jak widać, nie była nam ona pisana.
Siedzę właśnie późnym wieczorem, zawinięta w kocyk i z herbatką w dłoni. Obok mnie dogasa powoli płomień cudownie pachnącej czekoladowej świeczki. Oczywiście mam też słuchawki. Zachęcam Was, zaopatrzcie się również w kocyki, świeczki i co tam jeszcze chcecie.
I oczywiście sprawdźcie, co ciekawego mam Wam dziś do powiedzenia!
Tak sobie właśnie rozmyślam, dlaczego w żadnym polskim radiu nigdy nie usłyszymy tak naprawdę niczego ciekawego? Już nie mówię o nowościach, bo czasem młodym artystom zwyczajnie ciężko jest się przebić przez to, co jest powszechnie znane i lubiane, mimo to jednak z trudem pracują na “swoją publiczność” i czekają na lepsze chwile. Na to zawsze potrzeba czasu.
Tym ciężej jest jednak po tą publiczność sięgnąć, jeśli utwory niekoniecznie kierowane są do masowego odbiorcy, linia melodyczna nie jest ograniczona do powtarzalnych na okrągło brzmień, a sam tekst z pewnością nie powstał 10 minut przed nagraniem w studiu. Chociaż może i to nie byłoby takie znowu złe.
Rynek alternatywy w żadnych czasach nie ma łatwo, jednak dzisiaj w szczególności. To, co możemy obserwować coraz częściej na ulicach zarówno małych, jak i większych miast, w aptece czy w sklepie zoologicznym, coraz częściej przypomina wielką paradę odmienności strojów i stylów. Kolorowe włosy nikogo już nie dziwią, niestandardowe okulary ubierane w ponury dzień również, niebotycznych rozmiarów buty, odsłaniające dekolt topy. Podobny widok powszednieje nawet w oczach starszego pokolenia.
Coraz trudniej jest wyróżnić się w tłumie, to można stwierdzić z pewnością. Co jednak ma to wspólnego z muzyką?
Ano fakt, że prawdopodobnie każda z tych osób w drodze ze szkoły lub pracy słucha “wielkich” rozgłośni, takich jak RMF czy Radio ZET. Nieco bardziej wymagający odbiorcy przełączą się być może na Antyradio, a radiowi weterani po raz kolejny dadzą szansę Trójce. I o ile nie jest to jedna z nielicznych dobrych wciąż audycji, prawdopodobnie się zawiodą.
Dobra, co ty Pola tak odjeżdżasz, przecież mamy Spotify, XXI wiek, YouTube’a i inne bajery. No HALO.
Mamy, to prawda. Z utęsknieniem jednak czekam na moment, gdy rozgłośnie radiowe prezentować będą poziom nieco powyżej rubasznego rechotu z nieśmiesznych żartów prowadzących, a też niekoniecznie będą stanowić tubę przekazującą co 15 minut rządowe informacje na temat szczepień, spisów czy zmian w systemie podatkowym. Na to po prostu szkoda mi czasu.
Tymczasem, korzystając z okazji, prezentuję wam TOP 5 ciekawych utworów, których nigdy nie usłyszycie w polskim radiu.
Zdałam sobie sprawę, że dużo ostatnio na blogu było pisania i osobistych refleksji, a niekoniecznie pokazywałam Wam “moje” ładne miejsca czy dzieliłam się wrażeniami z wycieczek. Dzisiaj postanowiłam to naprawić, zatem łapcie fotorelację z niezwykłego miejsca, jakim jest “jezioro” w krakowskiej dzielnicy Zakrzówek.
Zbiornik wodny powstał w wyniku zalania dawnego kamieniołomu w 1992 roku. Głębokość zalewu, bo tak poprawnie nazywa się to miejsce, dochodzi do aż 32 metrów. Dodatkowo, zbiornik wypełniony jest niespotykaną nigdzie w Polsce czystą wodą, jednak bywa to mylące - zasługą takiego stanu jest działanie substancji chemicznych zawartych w wapieniach, z których zbudowane jest dno oraz klify.
Jak głosi legenda, wśród okolicznych urwisk mistrz Twardowski prowadził niegdyś szkołę magii i czarnoksięstwa.
Z najwyżej położonych wokół zalewu punktów rozciąga się fantastyczny widok na panoramę Krakowa. Możemy zobaczyć między innymi charakterystyczne wizytówki miasta, takie jak Wawel oraz wieże kościoła Mariackiego. Niezwykły efekt w tym punkcie widokowym będziemy mogli podziwiać, zabierając ze sobą na wycieczkę aparat z tzw. zoomem albo nawet najtańszą lornetkę. Dzięki temu, zobaczymy o wiele więcej, ale też i bliżej, co pozwoli nam się skupić na detalach miejskiego krajobrazu.
Obecnie wapienne skały przyciągają każdego roku wielu miłośników wspinaczki, a sam zalew – nurków, jednak ze względu na dużą głębokość, nieuregulowane dno oraz wystające z wody w wielu miejscach skały obowiązuje tutaj ścisły zakaz kąpieli, który, jak to widać po zdjęciach, jest niestety wciąż łamany, z narażeniem zdrowia i życia użytkowników “kąpieliska”.
Ku przestrodze, znane są przypadki ofiar śmiertelnych tego miejsca, dlatego przede wszystkim należy zachować ostrożność i, jak we wszystkim, umiar.
Ponadto, “jezioro” otoczone jest przez niezwykle piękną i bujną roślinność. Pochylające się nad zbiornikiem drzewa pozwalają na długo zapomnieć, że znajdujemy się niemalże w centralnej części ogromnego miasta. Serdecznie zachęcam wszystkich do odwiedzenia Zalewu Zakrzówek, jednak pamiętajcie o bezpiecznym i roztropnym zachowaniu podczas zwiedzania.
Jeśli podobał się wam nowy typ fotorelacji, jaki przedstawiłam powyżej - koniecznie dajcie mi znać w komentarzach!
A Wy, w jakim niezwykłym miejscu byliście w ostatnim czasie?
Dzisiaj chciałam podzielić się z Wami krótką refleksją na temat kina autorskiego i moją opinią o współczesnych filmach. Jak się pewnie domyślacie, nie będą to pochlebne słowa, jednak uważam, że warto jest zdać sobie sprawę, jak obecnie ten temat wygląda i co za tym w głównej mierze stoi. Na początek krótka notatka dla tych, którzy po raz pierwszy spotykają się z tym pojęciem, a następnie moje osobiste spostrzeżenia dotyczące zjawiska.
Udanej lektury i - jeszcze lepszych - refleksji po niej!
Zjawisko kina autorskiego wystąpiło równolegle z pojawieniem się różnego rodzaju buntów społecznych w krajach europejskich i w Stanach Zjednoczonych. Przemiany obyczajowe, światopoglądowe, polityczne i kulturowe lat 50 i 60 XX wieku stworzyły pole do twórczych eksperymentów i zmian dotychczasowych konwencji w dziedzinach powiązanych ze sztuką i filmem.
Wykształcenie się kina autorskiego było zatem jednym z następstw tych zmian, jednak sama teoria i przejście terminu do mowy potocznej są nierozerwalnie związane z działalnością francuskich artystów skupionych wokół czasopisma Cahiers du cinéma (m.in. Jean-Luc Godarda i Françoisa Truffaut).
Krytyka filmów studyjnych, postulowana zwłaszcza przez Françoisa Truffaut poskutkowała docenieniem reżyserów i twórców dotychczas nieznanych, zmianie uległa również funkcja samego reżysera, który został uznana za osobę najważniejszą przy produkcji filmu i mającą największy wpływ na jego formę i treść (czego niestety nie można powiedzieć o większości współczesnych nam produkcji).
Filmy tworzone przez francuskich autorów dały więc początek nowemu nurtowi, nazwanemu Nową Falą, pojawienie się kina autorskiego było zatem naturalnym wynikiem krytyki młodego pokolenia, przede wszystkim w kategoriach schematyczności oraz zarzucania “braku prawdziwego artyzmu” ówcześnie znanym filmom. Produkcje autorskie stały się tym samym zależne od wizji reżysera, scenariusz najczęściej był pisany lub współtworzony przez niego samego, a w filmach przemycane zostawały wątki autobiograficzne, refleksyjne, egzystencjalne, psychologiczne.
Piękna wizja, prawda?
Po tej krótkiej notatce zatrzymajmy się jednak na chwilę. Jak to zwykle z historią bywa, idea pozostaje ideą, jednak jej reprezentacja w rzeczywistości mija się z zamiarem pierwszych krzewicieli. Właśnie to spotkało w mojej ocenie ideę kina autorów.
To, co możemy oglądać obecnie w dostępnych w praktycznie wszystkich większych miastach multipleksach, znacząco odbiega od wizji kreowanej przez francuskich autorów, jeszcze nie tak dawno temu (za punkt odniesienia możemy uznać paryską wiosnę 68′).
Filmy straciły niemal wszystko ze swojej oryginalności, przejawiającej się zarówno w warstwie treści, jak i samej formie. Dzieła filmowe, o ile można je jeszcze tak nazywać, stanowią najczęściej kalkę motywów, bohaterów i rozwiązań wizualnych, które już kiedyś zaistniały. Nie jest to jednak zamierzone, kreatywne wykorzystanie popularnych chwytów, przełożone na język odbioru współczesnego widza. Kontynuacje dawnych kinowych przebojów pod numerami 6 - 10 oraz setne readaptacje tych samych tytułów chyba nikogo już nie dziwią.
Coraz częściej obecny staje się proceder “wynajmowania” reżysera do już ukończonego scenariusza, obsadzonych aktorów. Jedyne co pozostaje jeszcze do zrobienia, to pokierować pracami tak, aby ukończyć film przed ogłoszoną premierą. Prosty przepis, prawda?
Mimo wszystko, mówi się wciąż o pewnym indywidualizmie reżyserów. Czego innego widz spodziewa się przecież po filmie Ridley’a Scotta, a coś innego dostrzega w dziełach Martina Scorsese. Czy prawidłowo?
Wobec tego, o jakim artyzmie możemy tu jeszcze mówić, jak można nazywać pracę nad filmem twórczą czy oryginalną?
Zadaję w takim razie kolejne i ostatnie już pytanie, a patrząc na przykład francuskich twórców nie jestem pierwsza,
czy sztuka już się skończyła?
Odpowiadam:
Skończyli się jej twórcy, jednak wciąż mam nadzieję mile się w przyszłości zaskoczyć.
Sesja zbliża się wielkimi krokami i przyznam się szczerze, coraz mniej udaje mi się panować nad otaczającą mnie rzeczywistością (oczywiście wszystkimi jej elementami, na które mogę mieć wpływ;)))), jednak mimo lekkiego przemęczenia wciąż odnajduję w sobie zapał i chęci do pracy. Również do pisania.
Dzisiaj chciałam wam przedstawić historię obrazu, który bez wątpienia możemy zaliczyć do tych najbardziej zapomnianych w polskiej kulturze, niemniej jest on jednocześnie jednym z najcenniejszych dzieł, jakie się w Polsce znajdują. Serdecznie zapraszam do czytania!
Przechadzając się po rozmaitych zakątkach pałacu w Wilanowie, nie sposób przeoczyć niezwykle wytworną czy wręcz onieśmielającą Salę Białą, mieszczącą się w jej południowym skrzydle. Wnętrze to, stylizowane na XIX-wieczną galerię portretową, stanowi prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalną i reprezentacyjną część pałacu. Zgromadzone w sali obrazy ukazują wizerunki najważniejszych właścicieli Wilanowa i przedstawicieli ich rodów, kolekcjonowane latami przez Potockich, a później Branickich.
Pierwotne rozmieszczenie w galerii podobizn oraz herbów zasłużonych w historii Rzeczypospolitej postaci, jak również sama idea utworzenia takiej kolekcji były przejawem wielkiego patriotyzmu i świadomości ciążącego nad narodem polskim obowiązku poszanowania dziedzictwa kulturowego, co z pewnością cechowało Stanisława Kostkę Potockiego - ówczesnego właściciela pałacu.
Jego wspaniały portret możemy obecnie podziwiać w centralnej części pomieszczenia, jednak, rzecz jasna, w latach życia Potockiego znajdował się on w zupełnie innej części pałacu, nie mogąc przecież towarzyszyć wizerunkom wielkich poprzedników, a tym samym porównywać ówczesnego właściciela ze świetnymi osobistościami epok ubiegłych. Hrabia był przecież zbyt skromny, by tak lekkomyślny czyn popełnić. W tym miejscu chciałabym w kilku zdaniach nakreślić historię i znaczenie bezcennego obrazu, który po dziś dzień możemy oglądać w wilanowskiej rezydencji.
“Portret konny Stanisława Kostki Potockiego” to najcenniejsze dzieło w kolekcji arystokraty, który cenił je szczególnie wśród innych zgromadzonych w Wilanowie zbiorów, o czym świadczą osobiście przez niego sporządzone i opisane inwentarze, w których wycenia obraz na kwotę ponad 300 dukatów. Dla porównania, również świetne i lubiane przez Potockiego płótna innych artystów, osiągały w nich ceny zatrzymujące się już przy kwotach około 80 dukatów, co tylko podkreśla sentyment do obrazu oraz wyrazy uznania dla kunsztu malarza.
Wybitnym autorem, portretującym młodego wówczas arystokratę, jest sam Jacques Louis David, który zasłynął w latach późniejszych, uwieczniając wielkie przemiany społeczne związane z wybuchem rewolucji francuskiej. Był on również osobistym malarzem Napoleona Bonapartego. Obraz malowany techniką olejną ukończony został w roku 1781, posiada on wymiary nieco ponad dwóch metrów szerokości i trzech wysokości, co czyni go dziełem wręcz monumentalnej wielkości.
Kompozycja ukazująca Potockiego na koniu jest dynamiczna, zwierzę wydaje się być w ruchu, poruszone wskutek zaczepek psa znajdującego się w lewej dolnej części obrazu. Sam Potocki natomiast, umiejscowiony w centrum dzieła, z głową obróconą w stronę oglądającego obraz wykonuje ruch kapeluszem w geście powitania. Uwieczniony arystokrata spogląda na nas z dumą, jednak nie można mu odmówić wyrazu szacunku dla odbiorcy i przyjaznego zwrotu w jego kierunku. Analizując znajdujące się za Potockim elementy architektury (kolumny oraz kamienny mur), chociaż niezbyt charakterystyczne, sprawiają wrażenie (z dzisiejszej perspektywy i przy znajomości życiorysu hrabiego) elementu zapowiedzi, nawiązania do działalności Potockiego jako krzewiciela i popularyzatora kultury antycznej.
I rzeczywiście, w 1805 roku jako jedne z pierwszych w Polsce, w części wilanowskiego pałacu odtąd dostępnej szerszej publiczności, zostało utworzone muzeum. Pośród prezentowanych zbiorów znajdowały się przede wszystkim kolekcja antycznych waz, eksponaty archeologiczne przywiezione z zagranicznych podróży, wyroby złotnicze, rzemiosło artystyczne, przedmioty dalekowschodnie, ale również ważne i uznane dzieła malarstwa polskiego i europejskiego.
Obraz stanowi zatem świadectwo wybitnej działalności Potockiego na rzecz polskiej kultury i muzealnictwa, jednak nie można mu odmówić artyzmu i wizjonerskiej estetyki kreowanej przez młodego malarza, będących zapowiedzią jego późniejszych sukcesów na francuskich salonach.
Dzisiaj chciałam się podzielić z Wami zdjęciem, które pochodzi z mojego drugiego bloga, na którym prezentuję wykonane przeze mnie fotografie. Jeśli akurat macie wolne 5 minut z kubkiem swojej ulubionej herbaty lub kawy, to serdecznie zapraszam do odwiedzenia mojego profilu!
Myśleliście, że osobiście już było? Dopiero się rozkręcam ;))
Nie wiem czy kiedykolwiek to podkreślałam, ale niezmiennie od wielu lat jedno z ważniejszych miejsc w moim małym serduszku zajmuje muzyka. Tak to już chyba po prostu jest, człowiek usłyszy, przeczyta, doświadczy w inny jeszcze sposób czegoś i choćby nie wiem jak się starał, pewne wrażenie, sentyment, wspomnienie zostanie z nim już na zawsze.
Tym razem chciałam Wam opowiedzieć o piosence, którą wieki temu pokazał mi mój tata. Nie chcę się w tym momencie rozwodzić nad moją muzyczną przeszłością, to temat na inny dzień. Mogę jednak bez bicia przyznać się, że bez moich rodziców i tego, w jaki sposób starali się już od moich najmłodszych lat uwrażliwić mnie na piękno otoczenia, kultury, sztuki i właśnie muzyki, z pewnością nie byłoby mnie na tym miejscu, w którym obecnie czuję się przede wszystkim szczęśliwa.
Szczęśliwa ze świadomością co czuję, w jaki sposób i dlaczego.
I w pewnym sensie, o tym właśnie jest ta piosenka.
Utwór nosi prosty tytuł “Anna” i o takiej życiowej prostocie opowiada nam w gruncie rzeczy Anika Norlin - autorka tworząca zespół Hello Saferide, dająca się zidentyfikować jako młoda kobieta w wideoklipie do piosenki. W tym wypadku myślę, że możemy teledysk oraz tekst utworu potraktować jako spójną całość, chociaż nie zawsze tak się zdarza.
Utwór, o którym mowa, nie jest jednak w naszych kręgach kulturowych znany, bo, prawdę mówiąc, gust muzyczny zwłaszcza wśród młodszego pokolenia pozostawia wciąż wiele do życzenia. Przynajmniej takie jest moje zdanie. Piosenka do najwybitniejszych w historii muzyki być może nie należy, jednak, gdy ostatnio sobie o niej przypomniałam po dobrych kilku latach, uznałam, że jest warta pewnego komentarza.
Tekst jest zwierzeniem młodej dziewczyny, prawdopodobnie będącej już jakiś czas w stałym związku. Jak wiele młodych kobiet, również i ona zaczyna powoli myśleć o dziecku, a swoimi marzeniami z zapałem stara się zarazić swojego partnera, który jednak sceptycznie podchodzi do tego pomysłu. Skąd my to znamy...
W piosence nie brakuje jednak ciekawych, nieoczywistych fragmentów. Kobieta mówi, że jej przyszła córeczka była by najsłodszym serduszkiem, jednak z pewnością odziedziczyłaby buntowniczy charakter i najlepsze talenty po swoich rodzicach, co stanowiłoby doskonałą według niej mieszankę cech.
Kobieta nauczyłaby małą Annę gry na gitarze, z tatą uprawiałaby sport. Anna odwiedzałaby swoich rodziców w domku na wsi, gdy ci przeszliby już na emeryturę. Oczywiście, byłaby również bardzo mądra, ciekawa świata i bystra, co z pewnością wykorzystałaby, aby pomagać innym i robić wielkie rzeczy.
Niestety, nie wszystko w życiu możemy zaplanować i właśnie ten fakt dotknął w sposób brutalny główną bohaterkę. W rozdzierającym serce fragmencie słyszymy słowa niedoszłej mamy:
And she'd never had to know what it's like when your heart breaks
Ten smutny fragment wyzwala nas z marzeń o wspólnej przyszłości bohaterów piosenki. Kobieta, po stracie wydaje się być jednak pogodzona ze swoim losem. Na zakończenie dodaje:
Strasznie mi przykro Anno, że nigdy cię nie było
Jednak to wszystko dlatego, że twój tatuś wyprowadził się i mnie zostawił
Dlaczego jednak powyższa historia wydaje mi się ważna? Cóż, w czasie gdy w zapętleniu słuchałam tej piosenki, a więc w wieku około 10-11 lat, oczywiście wiedziałam o co w niej chodzi, jednak bardziej uderzał we mnie klimat, a nie świadomość pewnej smutnej prawdy, jaką w sobie zawiera.
Dzisiaj, wypowiadając się jednak jako osoba w pewnym sensie doświadczona, czy w jakiś sposób dojrzała, dostrzegam bardziej niż kiedyś sam przekaz. Ile to przecież razy, zastanawiając się “czy to ten jedyny” myślała każda z nas o swoim licznym potomstwie, domu dzielonym z ukochaną osobą. Takie Anny wyglądały w naszych marzeniach całkiem realnie, a co się z nimi stało same wiemy. I tylko na końcu możemy powiedzieć “szkoda Anno, że nigdy Cię nie było”.
W związku z niedawnym wkroczeniem w nowy rok, również i mnie dopadła konieczność dokonania kilku ważnych postanowień, chociaż wiadomo jak to z nimi później bywa. Przede wszystkim jednak obiecuję, przed sobą i Wami, w najbliższym czasie więcej publikować, czytać (!!!), tworzyć oraz wrócić w jakikolwiek sposób do tego, co zawsze mnie fascynowało, a przez naukę czy różnorodne jeszcze inne sprawy nie miałam zwyczajnie czasu (i chęci chyba też).
Tak czy inaczej, tym razem chciałam pokazać światu swój esej na temat czytania książek. Jest to dość osobisty tekst, jednak mam nadzieję, że się spodoba i skłoni Was do rozmyślań na temat osobistych lektur z przeszłości. Jakie książki wpłynęły na Wasze losy i dlaczego? Koniecznie opiszcie to w komentarzach.
(Zdjęcie przedstawia widok na Frombork, do którego odwiedzenia serdecznie zapraszam. Miejsce idealne na zimowe spacery, zakończone ciepłą herbatką i pysznym ciastem w lokalnej kawiarence Cafe Wieża Wodna. Piękne widoki i wspomnienia gwarantowane:)))
Ach, te to, książki zbójeckie!
Młodości mojej niebo i tortury!
One zwichnęły osadę mych skrzydeł
I wyłamały do góry,
Że już nie mogłem na dół skręcić lotu.
Powyższy fragment z wiekopomnego dzieła Adama Mickiewicza znają niemal wszyscy. Nie bez przyczyny. Prawdopodobnie każde pokolenie, omawiało niejednokrotnie na różnych etapach edukacji ze wszelkimi szczegółami, początkowo sytuację opisaną w Dziadach cz. II, by na wyższym szczeblu pochylić się nad bardziej złożonym tematem części III oraz IV. Z tego względu możliwe, że nawet większość z nas wciąż pamięta dramatyczny motyw cierpień głównego bohatera części IV, będącej nawiasem mówiąc częścią drugą, podążając chronologicznym śladem powstawania prac autora.
Pomijając sam fakt nieszczęśliwej miłości biednego Pustelnika - Gustawa, zwierzającego się ze wszystkich trosk swojej umęczonej duszy, przy czym nie da się przejść obojętnie, koniecznością wręcz po lekturze dramatu wydaje się sformułowanie pytania, co właściwie stało się przyczyną romantycznego ukształtowania charakteru młodego wówczas bohatera. Na nieszczęście, niemożność poradzenia sobie z zaistniałą sytuacją, przy udziale tak emocjonalnej osobowości, doprowadziła do tragedii.
Prosta odpowiedź na nasze pytanie zawiera się jednak w wyżej przytoczonym cytacie. Te książki zbójeckie!
Gustaw, pod wpływem lektury głośnych dzieł prekursorów europejskiego romantyzmu, wyrósł na samodzielnego w myśleniu uczuciowego indywidualistę, nierozumianego przez otoczenie. Nowa Heloiza czy dzieła Goethego nie tylko wyraźnie ukształtowały wrażliwość i wnętrze bohatera, ale stały się przyczynkiem do jego próby samobójczej, co w ocenie całej postawy z pewnością nie należy traktować jako godny do naśladowania przykład.
Chociaż z dzisiejszej perspektywy, opierając się o “doświadczenie” bohaterów werterycznych, łatwo jest ocenić, w jaki sposób powinno się kształtować charakter młodych ludzi, dbając o zachowanie przede wszystkim zdrowych, racjonalnych proporcji oraz dystansu do rzeczywistości, uważam, że warto zastanowić się nad tym, w jaki sposób oraz w jakim stopniu lektura pewnego rodzaju dzieł może wpłynąć na psychikę niedojrzałych jeszcze osobowości.
Niestety, aby nieco naświetlić problem wpływu literatury na życie człowieka, odwołam się do niereprezentatywnego przykładu, jakim jest moja osoba. “Młodości mojej niebem i torturami” okazały się powieści jednej z najsławniejszych angielskich literatek, mianowicie Jane Austen, chociaż w późniejszym wieku równie chętnie sięgałam do podejmującej bardziej złożone tematy prozy sióstr Brontë. Lektura dzieł przytoczonych autorek dawała mi w etapie dorastania poczucie, że choć czuję się dziwadłem na tle rówieśników, przyjęta przeze mnie postawa jest jedyną słuszną w mojej sytuacji. Inteligentna i niezależna w myśleniu, a na dodatek kochająca książki, Lizzy Bennet, stała się dla mnie autorytetem, którego nie należało odrzucić, bo przecież gdzieś w niedalekiej przyszłości czeka na mnie mój Pan Darcy, będący lekarstwem na całe zło tego świata oraz doznane wcześniej cierpienia i chwile słabości. Każda z przeczytanych przeze mnie powieści pokazywała wiele różnych postaw życiowych, zarówno głównych bohaterów jak i tych odgrywających epizodyczną dla fabuły rolę, jednak mianownik ukazywanych przez Austen bohaterek wciąż pozostawał ten sam - bez względu na trudy przeszłości, wszystkie łączyło szczęśliwe zakończenie u boku ukochanego mężczyzny. Czego chcieć więcej od życia?
Z dzisiejszego punktu widzenia, dla mojej melancholijnej już wtedy osobowości tego typu lektura okazała się być czymś, co potrafiło mnie podnieść w najcięższej sytuacji oraz dać nadzieję na jej prędką zmianę. Problem jednak w tym, że zmiana nigdy nie nadeszła, z bardzo prostej przyczyny. Książki, choćby najwierniej oddające rzeczywistość nie stanowią przepisu na udane i szczęśliwe życie, choćby kropka w kropkę próbowało się naśladować postawy najszlachetniejszych bohaterów literackich. W efekcie, moje poglądy i oczekiwania wobec rzeczywistości zostały szybko i dość brutalnie zrewidowane, jednak nie straciły nic ze swojej sentymentalnej natury, której nie sposób już wykorzenić.
Myślę jednak, że w momencie, gdy sobie powyższe racje uświadomimy, łatwo jest nam utożsamić się z postacią Mickiewiczowskiego Gustawa. Zawiedziony smutną rzeczywistością, której odzwierciedlenia nigdy nie odnalazł w książkach zbójeckich, decyduje się na ostateczny krok, który miał zakończyć pasmo nieszczęść spowodowanych pochłaniającym go bez reszty uczuciem.
Skoro jednak wiemy, że może niekoniecznie pójście w ślady bohatera Dziadów cz. IV okazałoby się, delikatnie mówiąc, dobrym rozwiązaniem, w jaki sposób możemy korzystać z największych dzieł mistrzów, aby nie wyzwoliły one w nas poczucia zwątpienia w istnienie najpiękniejszych wartości? Cóż, nieważne czy będzie to poezja czy proza, nie należy odczytywać utworu zbyt dosłownie. To chyba najlepsza rada, jaką autor może udzielić czytelnikowi. Życiowe perypetie oraz rozterki bohaterów literackich służą w większości poważnej twórczości pokazaniu pewnych mechanizmów i prawd o świecie, nie natomiast wskazaniu jedynej poprawnej ścieżki postępowania. Dodatkowo, o wielu rzeczach w losach nas samych decyduje chcąc lub nie chcąc przypadek, a na pewne rzeczy nigdy nie będziemy mieli wpływu, choćby nasza wewnętrzna niezgoda na zaistniałą sytuację wydawała się kluczem do jej rozwiązania.
Jak powiedział Karol May: Przyszłość jest jak książka, której jeszcze dotychczas nie czytaliśmy. Piszmy zatem nasze własne opowieści, ponieważ ostatni rozdział wciąż jest daleko przed nami.
Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją filmu, na którym niestety mocno się zawiodłam. Mowa tutaj o najnowszym filmie Miguela Sapochnika z Tomem Hanksem w roli głównej. “Finch” nie spełnił moich oczekiwań, jeśli jednak chcecie wiedzieć dlaczego, gorąco zachęcam do przeczytania mojej recenzji (i uniknięcia tym samym straconych kilku godzin ;))
Gatunki filmowe z pogranicza dramatu i Sci-Fi należą do jednych z moich najbardziej ulubionych, nic więc dziwnego, że z zainteresowaniem śledzę wszelkie kinowe nowinki z tego zakresu. Tym bardziej, nie mogę przejść obojętnie obok filmu, którego głównym i zarazem jedynym (przynajmniej mającym ludzką postać) aktorem jest znany wszystkim i lubiany Tom Hanks, wcielający się w postać tytułowego Fincha – jednego z prawdopodobnie nielicznych ocalałych mieszkańców postapokaliptycznej Ziemi.
Reżyserem filmu jest Miguel Sapochnik, znany jako producent oraz twórca wielu kasowych, jednak miałkich w mojej ocenie modnych seriali. Pomimo faktu, że wobec zarówno warstwy wizualnej jak i merytorycznej filmów Science Fiction mam dość wysokie oczekiwania, tym razem spodziewałam się niewiele więcej ponad familijną rozrywkę na niedzielny wieczór, wzbogaconą o dość prosty w przekazie morał dotyczący potrzeby dbania o naszą planetę i siebie nawzajem. Niestety, nawet pod tym względem obraz Miguela Sapochnika plasuje się ponadprzeciętnie nisko na liście obejrzanych przeze mnie filmów z tego gatunku, w efekcie fundując widzowi papkę powstałą z niewyszukanych elementów wcześniejszych dzieł tej kategorii, okraszonych losowo dobranymi, wtórnymi piosenkami (zabieg prawdopodobnie nieudolnie naśladujący “Marsjanina”) oraz chaotycznie wykonanym montażem scen.
Podejmując dalszą refleksję nad filmem, zdajemy sobie sprawę, jak wiele kolejnych komponentów kuleje. Szczegóły technologiczne filmu oraz tło sytuacyjne wydarzeń zostają wytłumaczone w sposób bezsensowny i niepozwalający uznać za prawdopodobny scenariusz wielkiego kataklizmu na naszej planecie, a przede wszystkim jego przyczyny. Tom Hanks, pod postacią biegłego w dziedzinach robotyki i programowaniu inżyniera, nieustannie serwuje widzowi pseudopouczające monologi, nieprowadzące jednak w moim przekonaniu do podjęcia żadnej głębszej myśli nad istotą i celem obecności naszego gatunku na Ziemi. Wydaje się, że zamysłem reżysera było skonstruowanie skłaniającego do refleksji filmu drogi, konwencja ta nie wystarczyła jednak do stworzenia czegoś więcej niż kolejnego kinowego filmidła dla mało wymagających widzów.
Można by pomyśleć, że dzieło Sapochnika dedykowane zostało niższej niż sugeruje to plakat grupie wiekowej, gdyby nie fakt występowania w filmie co chwilę dość wulgarnych przerywników, głównie ze strony zaprogramowanego przez Fincha robota. Podobne zabiegi miały na celu zapewne rozluźnić nieco grozę fatalnej sytuacji tytułowego bohatera, jednak zamiast wywołania podobnego efektu, niejednokrotnie raził mnie infantylizm i absurd napisanych chyba na tak zwanym kolanie dialogów. Filmu nie uratowało nawet zatrudnienie takiej sławy, jaką jest Tom Hanks, bowiem gra aktorska, pomimo całej sympatii jaką żywię do tego aktora, wydaje się przeciętna. W wyniku tego sam autorytet Hanksa, którego poprzednie kreacje filmowe nie opierały się wyłącznie na chęci zysku, w moim odbiorze mocno podupada.
Podsumowując moją recenzję, film posiada ogromne braki oraz nieścisłości na tak naprawdę każdym polu. Reżyser nie pokazał odbiorcy niczego, co nie zaistniało już jakkolwiek we wcześniejszych filmach tego gatunku. Kopiując pomysły innych twórców nie potrafi jednak stworzyć przynajmniej oryginalnego tła fabularnego czy merytorycznego. Wiele ukazanych scen wywołuje wrażenie przypadkowości oraz braku zachowania logiki odnośnie sensu zaistnienia kolejnych zdarzeń. Mam nadzieję, że obejrzany przeze mnie film jest jedynie “wypadkiem przy pracy”, a nie stanowi zapowiedzi zmierzchu tak ambitnej i ważnej dla humanistyki części kina, jaką jest w mojej ocenie gatunek Science Fiction.