The second episode is pretty special to me because it was the first Digimon episode I watched. It was second grade and people used to mistake Digimon with Pokemon since Pokemon were currently very popular in Poland. I still have some of those so called 'tazos'. I even had a notebook for stickers but I always preferred Digimon. The story was simply more in my tastes than Pokemon's story.
The greymon's fight was quite quick. He literally threw the opponent digimon far into the sea that's how strong he is. I remember Agumon's evolutions episodes as breathtaking as opposed to certain Veemon's episode where he was literally laughted at by others.
I love how the second episode already breakes some stereotypes some people could create about Mimi. She's cute and sweet but well prepared for the survival- in fact, she has the best equipment. I also find Gomamon adorable. *casually reaches for Gomamon plushie that happens to own* What? I got it when I was in primary school and I keep it since then.
Gomamon's interractions with Jou don't seem well yet, Jou doesn't trust him yet and I really can't wait to see an episode dedicated to the to of them.
I really like those group interactions when they sit together and think about the best solution to the problem.
Also the opening theme is so nostalgic. The ending? I never heard it in childhood since English and American versions of anime used to cut out the ending or repeat the opening during the ending. |D It's a very lovely song and it's very catchy too.
Since I never watched Digimon in original Japanese dub, I'm going to give it a try. I grew up with the German dub (thus I didn't understand half of the dialog- it's not my first language). I'm going to re-discover the plot and characters. :)
Episode 1: I always liked the differences between characters. You can see it from the beginning (from their manner of speech, body language etc.) how different they are. Annnnd since showing diversity isn't Toei's strong side nowadays, I'm honestly afraid to think what will happen to those amazing characters.
Looking at how happy the digimon were to meet their partners, I couldn't help feeling sad for the 8th digimon sonce she couldn't be there. But we'll get to her story later on. So the digimon knew each other before they met digidestined? Well it does have a lot of sense, I remember Gennai saying he was keeping the digitama together.
Their first evolution into rookie was pretty awesome. I always loved the music during transformations.
As a side note, I'm sorry. No, I really can't help it but Tentomon sounds like Clear fromDMMD to me, even though it's a different voice actor xD.
Luna szukała zworkiem dwójki nowych znajomych. Zaskoczyło ją to, że nie siedli razem.
Dziewczyna siedząca obok niej spojrzała na nią, więc przywitałą ją zwykłym ‘hej’ i powiedziała swoje imię.
- Julia, cześć - rzuciła tamta, odgarniając pasemko włosów za ucho. - Jesteś nowa, nie? Znam twój ból.
- Hej, Luna.- Uśmiechnęła się lekko.- Czy tobie też ta szkoła wydawała się taka wielka?
- Taa. Dlatego nie chodziłam po niej sama. Miałam tyle szczęścia, że zawsze przyczepiałam się do Nataszy i mnie prowadziła. Byłyśmy współlokatorkami w zeszłym roku.
- Umm, która to Natasza?- Powstrzymała się od westchnięcia. Poznanie wszystkich imion i skojarzenie twarzy zajmie jej dużo czasu.- No cóż, czekają mnie długie ekapady po tej szkole. Moje liceum było mniejsze.
- Kwimer - odpowiedziała Julia. - To tylko kwestia przywyczajenia. W gruncie rzeczy ja znam tylko sale, w których mamy lekcje, łazienki, stołówkę i automaty. Po kilku tygodniach się nauczysz.
Luna szukała zworkiem dwójki nowych znajomych. Zaskoczyło ją to, że nie siedli razem.
Dziewczyna siedząca obok niej spojrzała na nią, więc przywitałą ją zwykłym ‘hej’ i powiedziała swoje imię.
- Julia, cześć - rzuciła tamta, odgarniając pasemko włosów za ucho. - Jesteś nowa, nie? Znam twój ból.
- Hej, Luna.- Uśmiechnęła się lekko.- Czy tobie też ta szkoła wydawała się taka wielka?
- Taa. Dlatego nie chodziłam po niej sama. Miałam tyle szczęścia, że zawsze przyczepiałam się do Nataszy i mnie prowadziła. Byłyśmy współlokatorkami w zeszłym roku.
- Umm, która to Natasza?- Powstrzymała się od westchnięcia. Poznanie wszystkich imion i skojarzenie twarzy zajmie jej dużo czasu.- No cóż, czekają mnie długie ekapady po tej szkole. Moje liceum było mniejsze.
Jego uśmiech nie spodobał się Lunie ani trochę. Czy on sugerował, że klasa podzielona była na jakieś obozy? Jeżeli tak, ona nie chciała należeć do żadnego z nich.
- Nie trzeba, serio. Wiem, że może nie słychać tego po moim głosie, ale mam więcej niż pięć lat.- Zaśmiała się.
Zerknęła na nich oboje.
- Miło poznać, dzięki za pokazanie sali.- Powiedziała tylko, nie chcąc im się bardzo narzucać. Nie jej komentować wybory i nastroje osób, których praktycznie nie znała. Tym bardziej, że “w wielkiej bluzie i bez makijażu” brzmiało jak opis wyglądu jej samej każdego dnia.Nie wiedziała tylko czemu chłopak nie mówił Kwimer po imieniu. może ona też nie lubiła swojego?
- Jakbyś czegoś potrzebowała, to wal śmiało - rzucił tylko, widząc chyba, że nowa nie zapałała do nich sympatią. Spojrzał na Nataszę. - Chociaż bardziej do niej, wie o salach, o których istnieniu nie mam pojęcia.
- Ale nie dlatego, że jestem ogarnięta - naprostowała. Znała wiele sal, bo musiała znaleźć sobie zajęcie w czasie wagarów czy religii. Nie były to zbyt chlubne okoliczności.
Jeremy wydawał się być miłym chłopakiem. Osobiście nie miała nic przeciwko niemu, ale trochę za bardzo przypominał jej pewnego znajomego z dawnej szkoły co sprawiało, że instynktownie czuła się spięta. Było jej z tym źle bo w końcu chłopak nie zrobił niczego złego, miała nadzieję, że wrażenie podobieństwa przejdzie jej z czasem.
- Dzięki, to bardzo miłe z waszej strony.- Rzuciła dopijając czekoladę i wyrzucając kubek do najbliższego kosza, w samą porę bo właśnie zadzwonił dzwonek na lekcje.- Fajnie, że mi pomagacie. Jestem kompletnie nieogarnięta jak na razie.- Dodała jeszcze żeby jakoś załagodzić sytuację.- Tego…, to co teraz mamy w planie zajęć?
- Przedmiot naszego życia - matematykę z Lee. Nie martw się, jest spoko. Na jego lekcjach czuje się, że idzie zdać maturę z matmy - powiedział Jeremy, hamując trochę swój entuzjazm.Luna wydawała się być w porządku, w dodatku była bardzo urocza. Nie chciał, żeby się zraziła.
- Będzie ciężko. Ja i matematyka nie rozumiemy się najlepiej. Mimo wszystko, matematyka wciąż jest lepsza od fizyki.
Zerknęła na Nataszę. Czuła się trochę nieswojo przez to, że chłopak cały czas mówił, a dziewczyna zerkała na nią ukradkiem. Chciała trochę porozmawiać też z nią.
Rozejrzała się niepewnie wokół. Reszta klasy zaczęła już wchodzić do sali podczas gdy oni stali sobie na korytarzu jak gdyby nigdy nic.
- Umm to ja może pójdę zająć sobie miejsce? Spotkamy się na przerwie.
Z tymi słowami ich zostawiła. Usiadła koło jakiejś brązowookiej brunetki, postawiła torbę na podłodze i wyjęła z niej podręcznik i zeszyt.
Witam po bardzo długiej przerwie! Wreszcie udało mi się zebrać w sobie i dokończyć ten rozdział. Tym razem napisałam tylko dwa drabble bo pierwszy wyszedł bardzo długi. W zasadzie ten jeden drabble powinien być osobnym rozdziałem, ale wyszedł większy angst niż przewidywałam więc chciałam dać coś weselszego po nim.
Co do drugiego drabbla- zdaję sobie sprawę z tego, że autorzy tej listy drabbli mieli w tym punkcie na myśli coś zupełnie innego XD. Jestem jednak zadowolona z efektu!
Myślę, że w tym rozdziale najlepiej widać różnicę między Witoldem w moich threadsach roleplay, a moją prawdziwą wizją tej postaci.
Ostrzeżenia: w pierwszym drabblu poruszana jest tematyka depresji i odejścia bliskiej osoby, w drugim nieco NSFW.
Oddech
(28. Jedno troszczące się o drugie w czasie choroby)
- Przepraszaaam.- Jęknął Darek, pociągając nosem.- Jest mi tak głupio. Mieliśmy dziś świętować koniec sesji, iść do kina i w ogóle, a ja taki numer odstawiłem.- Westchnął. Czuł się teraz naprawdę zły na siebie.
- Nie przepraszaj. To nie twoja wina, że jesteś chory.
Witold klęknął obok siedzącego na kanapie Darka i przyłożył mu dłoń do czoła.
- Masz katar, drapie cię w gardle, kręci ci się w głowie i wygląda na to, że masz gorączkę. Zaraz zmierzę ci temperaturę.- Wstał i podszedł do regału. Otworzył szafkę i wyjął z niej przezroczyste pudełko z lekami.
- Ej no, nie wygłupiaj się! Nic mi nie jest. Takie tam przeziębienie…- Rudowłosy miał go tylko odebrać ze stancji, a wyglądało na to, że zostanie tu na dobre. Nie chciał tak zwalać się Witoldowi na noc, ale coś mu mówiło, że czarnowłosy tak łatwo go nie wypuści do domu.
- To nie wygląda na zwykłe przeziębienie, mój drogi.- Odpowiedział. Udało mu się wygrzebać termometr spomiędzy różnego rodzaju tabletek. Podał go Darkowi.
Uwagę jego towarzysza przykuły dziwne tabletki, które trzymał w dłoni.
- Co to jest?- Spytał umieszczając termometr na właściwym miejscu.- Nie wyglądają na tabletki od bólu głowy.
- Ja…uh…- Witold odwrócił wzrok i zaczerwienił się.
Darek przyjrzał mu się uważnie. Chyba już się domyślał co to takiego.
- Czy to jest to co łykałeś te parę lat temu?
- Tak. To Xanax, resztka, która mi została.- Mruknął.- Te większe to tabletki nasenne. Te ostatnie teoretycznie mógłbym jeszcze brać, ale to draństwo nie zawsze cię usypia. Czasem paraliżuje ci mięśnie i jesteś zmuszony tak leżeć.- Parsknął.
- O mój Boże!- Jęknął.- Nie mów, że ci się to kiedyś zdarzyło…
- Niestety.- Westchnął. Jego oczy nagle pociemniały i zamyślił się. Nie trwało to jednak długo.- Nie ważne. Było, minęło. Teraz to ty jesteś pacjentem i trzeba się tobą zaopiekować.
- Nie powinieneś tych leków wyrzucić? Mogły się przez te lata przeterminować czy coś…- Nie chciał bardzo drążyć tematu, ale były rzeczy, które trzeba było powiedzieć.
- Nie martw się, nie są przeterminowane. Były kupione kilka miesięcy temu. Tak na wszelki wypadek, żeby były pod ręką.
Witold wyglądał na okropnie speszonego w tym momencie i Darek żałował, że zapytał. Nie był do końca pewien jak zareagować więc po prostu go przytulił. Czarnowłosy westchnął, rozluźniając się nieco. Darek zaczął gładzić go po włosach.
Siedzieli tak przez dłuższą chwilę. W końcu Witold wstał i spojrzał na zegarek.
- Dziesięć minut minęło. Pokaż termometr.
Rudowłosy zerknął na pomiar, skrzywił się i podał Witoldowi.
- 37, nie dobrze. Bardzo nie dobrze. Masz wysoką gorączkę.
- Wiem, że miałem zostać na noc, ale nie chcę cię zarazić czy coś. Może powinienem pójść do domu?
- I bardziej się dorobił? Nie ma mowy żebym cię puścił na dwór z taką gorączką.
Czarnowłosy popędził do kuchni i chwilę potem wrócił z łyżeczką. Wyjął z domowej apteczki syrop i listek jakichś dużych tabletek.
- Musisz wypić syropu na gorączkę.
- Dobrze, jeśli mnie nim nakarmisz.- Naburmuszył się jak dziecko.
Witold parsknął i bez słowa odmierzył łyżeczkę leku.
- Powiedz „aaa”. Okej, to teraz weźmiesz tabletkę od bólu gardła.
- Tak jest, panie doktorze.- Westchnął żałując, że nie może wypowiedzieć tego zdania w bardziej intymnej sytuacji.
***
Darek siedział teraz na rozłożonym tapczanie, przebrany do snu, okręcony kołdrą i otoczony stosem chusteczek. Leki zaczęły działać. Wciąż czuł drapanie w gardle kiedy tylko się odzywał, ale przynajmniej gorączka spadła i nie kręciło mu się tak w głowie.
Zdjął okulary i przetarł twarz dłonią. Naprawdę doceniał to, że Witold się nim opiekował, podawał mu leki i tak dalej, ale gotowanie to już przesada. Tym bardziej, że Witold nie był zbyt utalentowany w tej dziedzinie. Z drugiej strony czuł się już bardzo głodny. Z jeszcze innej strony zdanie „hej, może zamówmy pizzę” mogłoby Witolda trochę zranić.
- Umm, naprawdę nie musisz tego robić!- Rzucił w końcu w stronę kuchni.
- Nie bój się, nie otruję cię tym. Nikita przekazała mi tajemną wiedzę gotowania makaronu.- Odpowiedział z dumą w głosie.
- To ja może pomogę?- Lepiej byłoby gdyby dopilnował aby ten makaron nie był za twardy…
- Nie ma mowy. Ty masz odpoczywać.- Usłyszał tylko w odpowiedzi.
Po chwili Witold pojawił się z powrotem w pokoju i przysiadł przy nim na tapczanie. Darek zerknął na niego. Odpowiedział mu jeden z tych czarujących uśmiechów Witolda. Aż zadrżał.
- Nie smuć się.- Szepnął wplatając palce w jego włosy i całując go delikatnie w policzek.- Nie ignoruję cię. Chcę ci tylko ugotować coś… jadalnego.- Wolał nie używać słowa „smacznego” bo był pewien, że aż tak dobrze mu dziś nie pójdzie.
- Wiem ale jakoś mi tak smutno i chciałbym ci pomóc.- Mruknął.
- To przez chorobę. Masz gorączkę i jesteś osłabiony.- Odpowiedział przytulając go i głaszcząc po plecach.- Może prześpij się trochę? Obudzę cię na jedzenie. Jak się zdrzemniesz od razu poczujesz się lepiej.
- Spróbuję.- Odpowiedział, wtulając się w niego mocniej.
Witold powoli położył go z powrotem na łóżko i otulił kołdrą. Darek przekręcał się z boku na bok, aż w końcu zapadł w lekki sen, mrucząc coś nieprzytomnie.
Kiedy się obudził, na stołku obok łóżka (który robił za prowizoryczną szafkę nocną) stał talerz z apetycznie wyglądającym makaronem.
- Ojej, to dla mnie? Wygląda pysznie!- Zachwycił się, nagle uświadamiając sobie jak bardzo jest głodny.
- Heh, dzięki. Nie chwal zanim nie spróbujesz.
- Jak nazywa się to danie?- Uśmiechnął się.
- Makaron w sosie śmietanowym z dodatkiem szynki w wykonaniu Witolda.
Darek ostrożnie spróbował dzieła. Makaron był rozgotowany, a śmietana rozpuszczała się pod wpływem ciepła i spływała na dno talerza. Domyślał się, że Witold użył śmietanki do kawy, którą rudowłosy sam kupił tydzień temu żeby mieć czego dolać do kawy w czasie wizyt u szatyna. Witold w końcu nie pijał kawy.
- Jest pyszne!- Posłał swojemu chłopakowi szeroki uśmiech. Makaron był nawet smaczny no
i Darek doceniał kreatywność Witolda. Jak się już zdążył przekonać, Witold potrafił czasem wykombinować coś na szybko do jedzenia praktycznie z niczego.
- Serio?- Zerknął na niego sceptycznie.
- Serio!
- Nie wierzę ci.- Z uśmiechem pokręcił głową.- Rozgotowałem makaron.
- Oj tam, detale… Mi to nie przeszkadza. Poza tym rozgotowany lepszy niż za twardy!
- No dobrze, ale jak nie będziesz chciał jeść to mi powiedz. Zrobię kanapki albo skoczę do garmażerki. Będziesz chciał potem herbatę?
- Pewnie, że będę chciał herbatę! Ale wypijesz ją ze mną, prawda?
- Oczywiście, że tak.- Witold przyjrzał mu się uważnie.- Tak bardzo się za mną stęskniłeś kiedy zniknąłem w kuchni na te dwadzieścia minut?- Spytał niby żartem, ale w jego spojrzenie było ogniste.
- Tak! Było mi zimno i nie miał mnie kto ogrzać. Właściwie cały czas jest mi zimno.- Poskarżył się.
Witold obserwował go przez chwilę, po czym nachylił się i pocałował go w czubek nosa.
- Przyniosę ci koc i zaraz zrobię herbatę. Jutro powinieneś pójść do lekarza.
- Nie chcę koca, chcę ciebie. I twojego ciepełka.- Burknął.
Jego chłopak zaśmiał się w odpowiedzi.
- Cierpliwości. Zrobię herbatę i zaraz przyjdę. Ty w tym czasie dokończ grzecznie makaron, dobrze?
- Dobrze, panie doktorze.
Darek wypił herbatę półleżąc na kolanach Witolda. Było mu ciepło i mógłby nawet powiedzieć, że było idealnie, gdyby nie fakt, że jego choroba zepsuła im wyjście i bolała go głowa. Nagle coś do niego dotarło.
- Ej, Witold…, nie widziałem żebyś jadł makaron.
- Zjadłem w kuchni. Trzeba było zjeść porcję testową zanim podałem tobie.
- Na pewno?- Spojrzał mu w oczy.
- Tak. Nikita miała rację kiedy powiedziała, że człowiek najbardziej najada się przy gotowaniu.
- Dlatego zazwyczaj staram się nie podjadać i wołam Ilone żeby próbowała obiadu za mnie.
- Chętnie bym się z nią zamienił i zamieszkał z tobą na stancji.- Uśmiechnął się, odgarniając niesforne loki z czoła Darka. Lubił jego stancję. Pokoje były jasne, po osiedlu zazwyczaj kręcili się ludzie i było słychać krzyki bawiących się dzieci na dworze. Zarówno okolica jak i samo mieszkanie pełne były przestrzeni i pozytywnej energii. To było dziwne, ale Witold odprężał się jak tylko wchodził na stancję Darka.
- Chętnie bym cię przygarnął pod nasz skromny dach, ale pani Agatha chyba wyrzuciłaby całą naszą trójkę, albo gorzej! Zaprowadziłaby nas do proboszcza!
- Ilone też? Rozumiem, że twoja land lady jest konserwatywna, ale co Ilone ma wspólnego z naszym związkiem?
- Już ją dolatują uwagi o to, że ma długowłosego faceta. „Kto to widział chłopca z włosami do pasa prawie! Przecież on się czesze dłużej od ciebie, dziecko drogie!”- Darek usiłował naśladować ton głosu właścicielki stancji, co wyszło naprawdę dziwnie z jego zachrypniętym głosem.
- Przecież mężczyźni w średniowieczu nosili długie włosy i nie wyglądali jak dziewczyny. Poza tym w XVIII wieku faceci nosili peruki z długimi włosami…
- A tam, jej nie wytłumaczysz. Ona wie swoje! Jeszcze ci powie, że historię przekręcasz na swoją korzyść.
- Też miałeś u niej przypał?
- Niekoniecznie przypał, po prostu cały czas się zastanawia czemu nie przyprowadzam do domu dziewczyny.
- …Mówiła coś o mnie?
- Tak. Powiedziała, że ja i ekhm „ten mój kolega w skórze” powinniśmy wychodzić częściej z domu i poznawać jakieś dziewczyny zamiast tak sterczeć na stancji.
- Och.- Witold zaśmiał się cicho.- Och pani Agatho, gdyby tylko pani wiedziała…
Darek tez się roześmiał… to znaczy próbował, ale z jego gardła wydobyło się coś co przypominało gdakanie. Opanował się, speszony.
Witold sięgnął do „szafki nocnej” po leki.
- Czas na tabletkę od bólu gardła. Myślę, że powinieneś jeszcze raz zmierzyć temperaturę
i wtedy zobaczymy, czy trzeba zbić gorączkę lekiem.
- Wiesz…, to takie miłe jest. Nie myślałem, że umiesz się tak świetnie zaopiekować kimś w chorobie. To znaczy, nie kwestionowałem twoich umiejętności, ale nie myślałem, że umiesz się kimś tak sprawnie zająć.- Miał nadzieję, że to co mówił miało sens, a Witold się nie obraził. Gorączka naprawdę utrudniała mu budowanie zdań.
Witold uśmiechnął się ciepło, ale nic nie odpowiedział. Podał Darkowi tabletkę do ssania i pomógł ułożyć termometr na właściwym miejscu. Siedzieli tak chwilę w ciszy, aż w końcu czarnowłosy zerknął na towarzysza.
- Opiekowałem się mamą przez wiele lat.
- Rozumiem.- Skinął głową zły na siebie o to, że sprowokował ten temat.- Przepraszam…
- Nie, w porządku.
- Jak długo się nią opiekowałeś?- Zaryzykował pytanie.
- Wiele lat jej pomagałem, ale prawdziwa opieka trwała półtora roku. Potem leżała już w szpitalu, ale wszystko skończyło się bardzo szybko.- W miarę mówienia jego głos stawał się coraz bardziej cichy i mechaniczny.
Darek przytulił go do siebie, nie martwiąc się zbytnio o to co stanie się z termometrem.
- Przykro mi. Bardzo…- Szepnął, przypominając sobie jak godzinę temu Witold speszył się gdy Darek zobaczył leki. Czuł, że powinien mu powiedzieć jedną rzecz.- Jesteś naprawdę silną osobą. Przeszedłeś przez tak dużo i wciąż masz siłę walczyć.
- Dzięki.- Tylko tyle Witold potrafił teraz powiedzieć. Przytulił go mocno i zamknął oczy na długą chwilę.- Dajesz mi tak dużo wsparcia. To między innymi dzięki tobie jest lepiej.
- Będę cię wspierał jak tylko mogę. Wiesz, jak będziesz miał potrzebę pogadać…, po prostu powiedz.
- Dobrze. To nie nastąpi jednak szybko: nawet gdybyś chciał, nie dasz rady ze mną długo pogadać z tak zachrypniętym gardłem.
Witold odszukał termometr, który zdążył zgubić się między poduszkami. Strzepnął go i podał Darkowi.
- Zaczynamy mierzyć temperaturę od nowa.
- Tak jest panie doktorze.- Uśmiechnął się niepewnie. Zdążył się już nauczyć, że przy nim czarnowłosy potrafił przeskakiwać od cięższych tematów do zupełnie lekkich. Nauczył się już, że Witold mówił mu o swojej przeszłości tyle ile czuł się na siłach, a potem lubił rozładowywać atmosferę żartami lub po prostu zmienić temat ni stąd ni zowąd. Darek to rozumiał i szanował.
Tego wieczora położyli się spać wcześnie. Darek wciąż miał wysoką gorączkę i wziął kolejną dawkę syropu. Tabletki na ból gardła póki co nie pomagały. Rudowłosy westchnął układając się wygodniej na poduszkach. Kiedy Witold spał sam miał zwyczaj umieszczania w łóżku kilku małych poduszek i zazwyczaj sypiał obejmując jedną z nich. Przyznał się do tego kiedy grali kiedyś w butelkę z Nikitą i Ashling. Darek uważał, że to było absolutnie urocze. Sam nie lubił kiedy po łóżku walało mu się za dużo poduszek i Witold zazwyczaj je zdejmował kiedy spali razem. Dziś jednak chętnie podłożył sobie jedną z tych poduszek pod bolącą głowę.
- Naprawdę, mam wyrzuty sumienia przez to, że mogę cię zarazić.- Jęknął.
- Nic mi nie będzie, nie martw się. Poza tym, ktoś musi cię pilnować żebyś nie spadł z łóżka.- Mrugnął do niego.
- No cóż, przynajmniej nie będziesz musiał obejmować poduszki dzisiaj: przytulisz mnie.
- Widzę, że wciąż masz cięty język. To znaczy, że nie jest źle.- Zachichotał obejmując go zgodnie z jego sugestią i drapiąc go po plecach.
Darek zamruczał zadowolony.
- Od razu czuję się dwa razy lepiej. Jesteś moim lekiem przeciwbólowym.
- Twoje teksty na podryw sięgają coraz niżej.- Zamruczał nieco złośliwie.
- To prawda, sięgają nisko pod kołdrę żeby sprawić mojemu chłopakowi trochę radości.
Witold zamrugał.
- Darek…- Parsknął kręcąc głową. Po chwili roześmiał się.- Zupełnie nie to miałem na myśli.
- Nnn, szkoda. Czy twoje leczenie nie przewiduje troszczenia się o potrzeby pac jęta?
- Owszem, ale idziemy zgodnie z piramidą potrzeb: zdrowie na pierwszym miejscu.- Cmoknął go w nos.
- Wiem, żartowałem. Wtedy już na pewno bym cię zaraził.
- Ale za to możesz dostać buzi na dobranoc.- Szepnął i pocałował go czule w usta.
- Dzięki za opiekę nade mną.
- Cała przyjemność po mojej stronie, kochanie.
Darek długo przekręcał się z boku na bok, nie mogąc zasnąć z powodu gorączki. Gdy wreszcie udało mu się zasnąć, obudził się po jakichś dwudziestu minutach, a potem znowu zapadł w lekką drzemkę. Przez sen wydawało mu się, że coś go dotyka do szyi. Odgarnął włosy na bok w półśnie i przekręcił na bok, wtulając w brzuch Witolda.
Następnego dnia obaj wstali rano. Tego dnia miały być wpisy z pedagogiki czasu wolnego, a jeśli im się poszczęści, Hawkinsowa sprawdziła na dziś ćwiczenia i zbierze indeksy. Witold zaoferował, że sam pójdzie po wpisy z ich indeksami, a Darek w tym czasie pójdzie do lekarza. Tak też zrobili. Zjedli kanapki, wypili po herbacie, a Darek wziął leki. Rozstali się na osiedlu.
- Myślę, że tobie zejdzie się krócej niż mi więc weź klucze.- Zaproponował Witold myśląc o tym, że mógłby mu dorobić klucz do swojego mieszkania.
***
Darek zsunął makaron na talerz i zerknął na zegarek. Był już kwadrans po piętnastej, a Witolda cały czas nie było. Zadzwonił do niego z uczelni i powiedział, że Hawkinsowa dopiero zaczęła sprawdzać ćwiczenia. Wpisy miała dać dzisiaj, ale trzeba było czekać. Bardzo się zmartwił gdy Darek powiedział mu, że lekarz który go badał stwierdził, że ma anginę.
- Dostałeś receptę? Pamiętaj żeby kupić leki po drodze!
Kiedy Darek dotarł do domu czuł się bardzo zmęczony. Zdjął tylko buty i opadł na rozłożony tapczan nie mając ochoty się przebierać. Leżał tak przez parę minut, jednak uczucie dyskomfortu wygrało. Sięgnął do swojej torby, którą wczoraj postawił przy drzwiach, w rogu pokoju i wyjął z niego dres. Rozebrał się leniwie i założył na siebie świeże ubranie. Następnie powlókł się do kuchni, zerkając z niechęcią na siatkę leków, którą rzucił w przedpokoju. Był głodny. Otworzył lodówkę i zastygł. To co zobaczył nie tylko zatarło jego rozdrażnienie, ale sprawiło, że poczuł ciepło w środku.
Na górnej półce lodówki stała patelnia z wczorajszym makaronem, owinięta folią aluminiową. Do niej przyczepiona była karteczka, na której napisano co następuje:
„Widzę, że wróciłeś od lekarza. Może jesteś głodny? Odgrzej sobie trochę makaronu. Przy chorobie powinno się dużo jeść.
Kocham Cię <3
~Kocurek”
Odwinął folię i postawił patelnię na palniku uśmiechając się szeroko. Kochany drań, specjalnie ugotował wczoraj więcej makaronu żeby Darek miał na dziś. Witold był tak uroczy, że Darek nie miał na to słów. Obiecał sobie, że jak tylko wyzdrowieje, poczeka aż Illone pojedzie na weekend do domu i zaprosi Witolda na romantyczną kolację z prawdziwego zdarzenia.
Darek usiadł na stołku, wpatrując się przez chwilę w karteczkę i przez chwilę czując się tak jakby byli małżeństwem zostawiającym sobie nawzajem obiad do odgrzania i urocze wiadomości na samoprzylepnych karteczkach. Włożył karteczkę do portfela żeby mieć ją blisko siebie. Pokręcił głową przypominając sobie jak podczas pamiętnej rozmowy kilka miesięcy temu, Witold stwierdził, że nie potrafi okazywać uczuć. Jeżeli to nie było okazywaniem uczuć, Darek nie wiedział co nim było.
Właściwie nie pamiętał kiedy ochrzcił Witolda Kocurkiem, ale pamiętał okoliczności. Witold zawsze twierdził, że zdrobnienia od jego imienia brzmią dziwnie. Nie lubił być nazywany Witkiem, tym bardziej Witusiem. Darek wymyślił odmianę Wiluś i tą Witold tolerował, tym bardziej, że rudowłosy zadbał aby miał z nią pozytywne skojarzenia. Nie mogąc jednak znaleźć innych zdrobnień zrezygnował i zaczął poszukiwania pseudonimu. Kocurek pasował do Witolda najbardziej bo czarnowłosy naprawdę był jak kot. Chodził własnymi drogami, nie spał po nocach i potraktowany niewłaściwie pokazywał pazurki. Był za ogromnym pieszczochem. Lubił przyjść do Darka się poprzytulać i lubił być drapany za uchem. Poza tym jego zielone oczy dodatkowo przywodziły Darkowi na myśl kota. Kocurek wyjątkowo do niego pasował, a Witold lubił być tak nazywany.
Darek kończył jeść obiad, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Poszedł do drzwi i przekręcił zamek.
- Hej, już jestem. Strasznie długo się zeszło bo Hawkinsowa wzywała każdego po kolei pojedynczo. Najpierw poszliśmy do niej i przez to Newin prawie nam ucie…
Nie dokończył. Darek rzucił się na niego, wpijając się w jego usta.
- Mmmmm co, co ja takiego zrobiłem?- Zamrugał, gdy oderwali się od siebie po namiętnym pocałunku.- Aż tak się cieszysz z tego, że wziąłem ci wpisy? Jeeej, nie ma za co.- Uśmiechnął się, drapiąc się po głowie trochę zmieszany.
- To też, ale… znalazłem makaron w lodówce. I twój liścik. Dziękuję, jesteś taki słodki.- Zamruczał całując go w policzek.
- Ahh…- Z tego wszystkiego Witold zapomniał, że zostawił ten liścik. Uśmiechnął się szeroko widząc, że Darka tak to ucieszyło.- Chciałem cię trochę rozweselić. Byłeś smutny wczoraj.
- Jeju, to takie romantyczne.
- Aczkolwiek makaron jest nieco mniej romantyczny.- Zachichotał. Na drugi dzień danie prezentowało się dość marnie i głównie dlatego dodał tą karteczkę żeby załagodzić złe wrażenie.
- Aj tam, nie ma ludzi idealnych… chociaż ty jesteś bardzo blisko.- Westchnął.- Tak wiem, kolejny tani tekst na podryw.
- A wiesz co? Wcale nie.- Czarnowłosy przyciągnął go do kolejnego pocałunku, wsuwając język między jego wargi. Nie obchodziło go to, że mógł zachorować. Bez całowania Darka raczej by nie wytrzymał, poza tym jeśli się zarazi to będzie kolej Darka na troszczenie się o niego.
Darek westchnął wplatając palce w jego włosy i odpowiadając na pocałunek. Trwali tak długą chwilę, aż w końcu rudowłosy oderwał się niechętnie od jego warg. Patrzyli na siebie chwilę.
- Wyglądasz na zmęczonego.- Witold pogładził go czule po policzku, a następnie dotknął jego czoła.- Gorączka wróciła.- Stwierdził krzywiąc się lekko.
- Wiem, czuję ją.- Westchnął.- Co to za siatka?
- Kupiłem lazanię w garmażerce.- Uśmiechnął się.- Będzie na kolację. Pamiętałeś o lekach?
- Tak, kupiłem wszystko. Muszę posmarować się maścią przeciw gorączce. Czy ty to sobie wyobrażasz?- Zaczął narzekać wracając do pokoju i opadając na łóżko. Witold zdjął buty i poszedł włożyć kupione jedzenie do lodówki.
- Co w tym złego? Chodzi o to, że trzeba czekać aż wsiąknie?
- Też. Wiesz, maść na gorączkę to jeden z tych śmiesznych produktów, o których każdy słyszał, których reklamę każdy widział w dzieciństwie, ale nie znam nikogo kto tego używa. Wszyscy wolą syrop. No ale jak mus to mus.
- Pomogę ci rozsmarować.- Uśmiechnął się słodko., zaglądając do pokoju.
- Ohoho…, powiedziałeś wczoraj, że ostrzejsze zabawy musimy sobie zostawić na kiedy indziej.
- Wciąż tak uważam. Ta zabawa w doktora ma zupełnie przyzwoite cele.- Błysk w jego oku mówił co innego.
Darek udał, że nie zauważył i zdjął T-shirt.
- Gdzie masz tą maść?
- Leży w siatce koło moich butów.
Chwilę później Witold wrócił i postawił siatkę na „szafkę nocną”. Wyjął maść i przeczytał instrukcję.
- Trzeba posmarować klatkę piersiową.
- Dawaj! Przyjmę to na klatę.
Witold pokręcił głową z uśmiechem. Że też poczucie humoru trzymało się Darka nawet kiedy miał gorączkę… Nabrał trochę maści na palce i zaczął ją rozprowadzać. Kiedy doszedł do brzucha Darek zachichotał.
- Łaskocze?- Witold uśmiechnął się.
- Trochę.
Szatyn kontynuował, przykładając szczególną wagę do żeber, pocierając je w górę i w dół. Rudowłosy zaczął drżeć.
- Hej hej! Już na pewno wystarczy!- Darek złapał jego dłoń, wciąż chichocząc.
- Muszę dobrze rozprowadzić maść. Jak jej nie wetrę, będzie dłużej wsiąkać.- Wytłumaczył spokojnie.
- Robisz to specjalnie…- Nagle to do niego dotarło.
- Co robię specjalnie? Chcę rozprowadzić lek zgodnie z instrukcją.- Spojrzał na niego nie rozumiejąc.- Podnieś ręce do góry, muszę posmarować boki.
Darek posłusznie wykonał polecenie. Kiedy palce Witolda dotarły do jego boków nie był już w stanie stłumić śmiechu. To była muzyka dla uszu szatyna. Uśmiechnął się, tym razem naprawdę go łaskocząc.
- Wiedziałem!- Jęknął opuszczając ramiona. Witold zaczął więc łaskotać go po brzuchu. Darek wybuchł śmiechem, instynktownie zasłaniając atakowaną część ciała ramionami.
- Wyglądasz uroczo kiedy się tak bronisz przed łaskotaniem.- Witold zaśmiał się.
- Rozgryzłem twój plan: chciałeś wsmarować mi maść żeby mnie łaskotać. Tak atakować bezbronnych chorych…- Udał oburzonego, ale zaraz się uśmiechnął.
- Nie mogłem się powstrzymać, wybacz.- Pocałował go na przeprosiny.
- Gdybyś to był ty, płakałbyś ze śmiechu zanim bym zdążył porządnie nałożyć maść. Z nas dwóch masz bez porównania większe łaskotki. Chichoczesz jak tylko cię lekko dotknę.
Witold zaczerwienił się na tą uwagę.
-…Lubię tę twoją małą słabość.- Dodał Darek i uśmiechnął się psotnie.- Obiecuję, że zrewanżuje ci się za ten dzisiejszy atak. Nie możesz być pewien dnia i godziny…
W odpowiedzi Witold jedynie zarumienił się bardziej.
Ten wieczór spędzili w łóżku, oglądając film na laptopie. Następnie zjedli późną kolację, a Darek dopilnował aby jego chłopak zjadł odpowiednią ilość lazanji. Nie był pewien czy wczoraj Witold zjadł porcję kwalifikującą się jako porządna kolacja. Patrząc na to ile makaronu zostało na dziś, śmiał wątpić.
Na zajątrz miały być wpisy, ale magister Brice postanowił wyjechać sobie na urlop więc cały rok musiał czekać tydzień na jego powrót. Zosia zrezygnowana stwierdziła, że ma to gdzieś i wraca do Polski, a indeks zostawia Alexowi. Pozytyw był taki, że przynajmniej Witold nie będzie musiał wychodzić z domu. Przynajmniej się wyśpią.
Darek ułożył się wygodniej na poduszkach czując, że dzień zleciał mu zaskakująco szybko i mając wrażenie, że kładł się spać dwadzieścia minut temu, a nie cały dzień. Po raz kolejny kręcił się z boku na bok i znów w pewnym momencie miał wrażenie, że coś go dotyka. Tym razem jednak dotyk go obudził. Najpierw poczuł muśnięcie przy ustach, coś dotknęło jego nosa i zaraz się cofnęło. Miał wrażenie, że to był dotyk palców. Witold? Tymczasem palce przejechały po jego szyi, zatrzymując się tuż pod linią szczęki i trwając w tej pozycji dłuższą chwilę. Po chwili dłoń została zabrana i Darek poczuł ją znowu, gdy Witold przyłożył ją do jego klatki piersiowej.
Darek otworzył oczy… i pierwsze co zobaczył to zmieszanie w oczach Witolda. Chłopak cofnął rękę. Wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale milczał.
- Co się stało? Nie możesz spać?- Szepnął rudowłosy.
- Nie nie, wszystko jest okej. Przepraszam, że cię obudziłem.- Uśmiechnął się, ale odwrócił wzrok.
Darek zauważył, że wyglądał na przestraszonego. Dłoń, którą odsunął od niego drżała.
- Widzę, że nie jest okej. Jest trzecia w nocy, ty nie śpisz i wyglądasz jakby coś cię przestraszyło. Wczoraj też było tak samo, prawda?- Witold zarumienił się więc Darek uznał to za tak.- Masz koszmary?- Spytał łagodnie.
- Nie do końca… Ja uh, obudziłem się i musiałem sprawdzić… Ale wszystko jest już w porządku więc naprawdę możesz już iść spać.- Powiedział, wyraźnie zawstydzony.
- Co musiałeś sprawdzić?- Darek zamrugał nie rozumiejąc. Działania Witolda faktycznie zdawały się mieć jakiś głębszy cel. Najpierw dotknął ust, potem nosa, a potem pod szczęką, mniej więcej przy tętnicy szyi, a potem z lewej strony klatki piersiowej…
Nagle pojął. Spojrzał na Witolda.
- Czy ty… sprawdzałeś czy oddycham?
- Tak.- Odszepnął cicho.- I czy bije ci serce. Przepraszam.
- Za co? Nie zrobiłeś przecież nic złego. Czyli wczoraj też to robiłeś. Boisz się o to, że ja nagle… przestanę oddychać?
- Cholernie się boję.- Jego głos zadrżał.- Wybacz, to jest silniejsze ode mnie. Od lat w nocy napadają mnie lęki i głównie dlatego nie mogę spać. Od kiedy pojawiłeś się w moim życiu, moje lęki przerodziły się w strach o ciebie. Po prostu budzę się i widzę jak leżysz obok mnie nieruchomo. Muszę cię dotknąć i sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Jeśli coś by się stało, nie wybaczyłbym sobie tego, że nie sprawdziłem i nie uratowałem cię.- Im dłużej mówił tym jego głos drżał bardziej.
Darek przytulił go mocno do siebie. Witold drżał. Naprawdę się bał.
- Witold, posłuchaj.- Zaczął starając się aby jego głos był spokojny mimo, że był poruszony do głębi.- Sytuacje, w których ktoś kto jest zdrowy po prostu przestaje oddychać zdarzają się bardzo, bardzo rzadko. Badam się regularnie, nie mam poważniejszych chorób ani tego no…- Z emocji nie mógł sobie przypomnieć nazwy choroby.- bezdechu sennego. Wszystko będzie dobrze. Nic mi się nie stanie.
- Logika mówi mi to samo, ale podświadomość nie chce słuchać… Nie zasnę jeżeli nie sprawdzę.
- Więc sprawdzaj.- Szepnął głaszcząc go po głowie żeby go uspokoić.- Nie mam nic przeciwko temu, a najlepiej po prostu mnie budź, dobrze? I nie, nie martw się tym, że jest późno. Nie chcę żebyś tkwił w tym sam.
- Nie chcę żebyś przeze mnie nie dosypiał.- Mruknął wtulając twarz w jego szyję. Zaczynał się trochę uspokajać.
- Daj spokój, nic mi nie będzie. Naprawdę powinieneś czasem pomyśleć o sobie. Cały czas się mną opiekujesz, gotujesz dla mnie, podajesz mi leki, znosisz moje żarty, a zaniedbujesz swoje potrzeby. Nie myśl, że nie zauważyłem akcji z makaronem.
- Postaram się dbać o siebie też.- Bąknął.
- Dopilnuję tego osobiście. Ja też chcę się o ciebie troszczyć.
- Kocham cię.- Szepnął Witold tuż przy jego uchu.
- I ja też cię kocham, Kocurku.- Odszepnął głaszcząc go po policzku i szyi.
- Jest mi teraz o wiele lepiej.
- Dlatego zawsze powinieneś mnie budzić. Niezależnie od pory. Obiecaj, że to zrobisz.- Spojrzał mu w oczy.
- Obiecuję. Ale ty też, jakbyś się źle czuł czy coś…
- Obudzę cię na pewno.- Skinął z powagą.- Masz ochotę na herbatę? Możemy wstać i obejrzeć jakiś lekki film.- Zaproponował.
- Chcę się poprzytulać.- Mruknął, obracając ich tak, że leżeli na boku. Witold zsunął się niżej, wtulając w jego klatkę piersiową i słuchając bicia jego serca.
- Dobrze, kochanie.- Odpowiedział drapiąc go po plecach.
Leżeli tak jeszcze długo, rozmawiając, aż w końcu Witold zasnął. Na zajątrz to Darek obudził się pierwszy. Przetarł oczy i podniósł się nieco. Leżał na wznak, a szatyn spał tuż obok, skulony w kłębuszek i wtulony w jego bok. Darek otulił go kołdrą i pogładził po włosach przez chwilę czując się tak obezwładniony przez emocje, że miał ochotę się rozpłakać.
Nagle wszystko zaczęło mieć sens. Przypomniał sobie jak Witold opowiadał mu wczoraj o tym jak opiekował się swoją mamą przez ostatnie miesiące jej życia. Dotarło do niego, że on był przy niej przez ten cały czas, do końca i nic nie mógł zrobić. Po jej odejściu całkowicie załamał się psychicznie. Pamiętał jak szatyn powiedział mu, że trzyma się z dala od związków bo boi się, że zrani kochaną osobę tak jak ojciec zranił matkę, ale tak naprawdę teraz było dla Darka jasne, że to nie był jedyny powód. Witold bał się, że nie będzie wystarczająco dobry i ponownie przeżyje stratę.
Rudowłosy pocałował delikatnie jego skroń, przyrzekając sobie, że będzie przy nim trwał i go wspierał. I może powinien z nim porozmawiać o ewentualnej terapii. Mógłby z nim nawet chodzić żeby było mu raźniej.
Położył się z powrotem, obejmując chłopaka, który był dla niego taki dobry, i którego tak bardzo kochał. Chciał go ochronić. Długo obserwował drzemiącego Witolda, aż w końcu jego samego zmógł sen i zapadł w lekki, niespokojny sen.
Pajączek
(36. Kto zajmuje się kwestią pająków?)
Leżeli na tapczanie na stancji u Witolda- Darek po jednej stronie, Witold po drugiej. Nie chciało im się go nawet rozkładać. Po prostu rzucili się na tapczan żeby odpocząć po sytym obiedzie. Sytym, ale mało urozmaiconym jak na gust Darka. Kiedy Witold zaproponował, by zjedli u niego, rudowłosemu zupełnie wyleciało z głowy, że jego chłopak na co dzień żywi się mrożonymi warzywami, zupkami błyskawicznymi i kanapkami. Szkoda, bo gdyby pomyślał o tym zanim dotarli na stancję, mogliby kupić produkty na omlet czy inną prostą potrawę. Nie to żeby narzekał, kotlety z kurczaka i frytki były okej, ale niepokoił go fakt, że Witold rzadko jadł prawdziwe obiady. Próbował go już raz namówić, aby wykupił sobie gdzieś obiady, ale czarnowłosy stwierdził, że chodzenie do najbliższej szkoły, a potem powrót z niej będzie zajmował mu za dużo czasu, a i tak nie dysponował ostatnio zbyt dużym jego zasobem. Od miesiąca miał więcej lekcji gry na skrzypcach przed zbliżającym się koncertem. Gdyby jeszcze musiał chodzić w tą i z powrotem na obiady, nie miałby zupełnie czasu dla Darka. Nie sposób było się z tym nie zgodzić, niestety.
Witold westchnął wyciągając nogi wygodniej.
- Śpisz?- Zerknął na rudowłosego.- Jesteś taki wyciszony...
- Nie, nie śpię. Myślałem o tym, że powinieneś się lepiej odżywiać.
- Nie za bardzo mam jak.- Parsknął.- Wiesz, że nie umiem gotować.
- Tak wiem, a obiady na szkolnej stołówce nie wchodzą w grę.- Westchnął. Był pewien, że temat jest już zamknięty, gdy nagle Witold uśmiechnął się przekornie.
- Aczkolwiek nie mam nic przeciwko temu żebyś ty dla mnie gotował.- Zażartował.
- Mam ci gotować obiadki? Czyli jesteśmy już na tym etapie związku?- Uśmiechnął się figlarnie.- To już brzmi jak małżeństwo. Aczkolwiek nie przypominam sobie naszego ślubu. Nocy poślubnej tym bardziej.
Witold spuścił głowę lekko speszony tą uwagą. Zawsze wiedział, że Darek jest szczery, ale wciąż nie był przyzwyczajony do tego typu podtekstów pod swoim adresem. Jego chłopak przekrzywił głowę rozbawiony widząc jego niewinną reakcję. Witold zagryzł wnętrze policzka czerwieniąc się, gdy poczuł jego wzrok na sobie. Jedna rzecz, której definitywnie nie chciał to wyjść przed swoją drugą połówką na za bardzo cnotliwego. Podniósł się nieco, opierając o podłokietnik i odpowiedział ciętą uwagą:
- Jeszcze trochę i będziesz mnie wołał jak zobaczysz pająka.- Ton jego głosu był nieco wyzywający.
Darek uniósł brwi i aż podniósł się do pozycji siedzącej.
- Przykro mi, że zabieram ci okazję do wykazania się odwagą i męskością, ale nie boję się pająków.
Przez chwilę Witold zastanawiał się czy rudowłosy powiedział to w nawiązaniu do jego poprzedniego stwierdzenia czy do całej sytuacji.
- Kto wie... Jeszcze nie widziałem cię reagującego na pająka, który nie byłby cyfrowy.
- Chciałeś powiedzieć ośmio-bitowy?- Poprawił go, a widząc niezadowolony wzrok Witolda, dodał- No co? Poczęstuj się swoimi własnymi metodami. Ty wciąż mnie poprawiasz kiedy mylę określenia i przysłowia.- Rzekł spokojnie, ale nieco karcąco. To tylko bardziej rozdrażniło Witolda. Nic jednak nie odpowiedział.
Darek dostrzegł jego zaciętą minę i podpełznął do niego na czworakach tak blisko, że praktycznie siedział mu na kolanach, a ich nosy prawie się stykały. Witold odwrócił twarz na bok.
- Wcale nie.- Odburknął. Miał nieodparte wrażenie, że Darek traktuje go trochę jak dziecko.
- A ja myślę, że tak. O co tak naprawdę chodzi? Bo na pewno nie o pająki. Chcesz... wykazać się w moich oczach?- Spytał unosząc jego podbródek i patrząc mu w oczy.
- Ty to powiedziałeś. Ja nie mam potrzeby niczego udowadniać.- Fuknął odsuwając się nieco. Nie miał za bardzo pola do manewru, gdyż dotykał plecami podłokietnika.
- Oj widzę, że o to chodzi.
- Nie o to, do licha! Po prostu skończmy temat.
Czy on potrafił czytać w myślach? Prawda była taka, że Witold faktycznie czuł się tym gorszym i bardziej dziecinnym w tym związku. Wszystko przez to, że był w życiu tylko na paru randkach. No i nigdy wcześniej nie był z chłopakiem. To był jego pierwszy poważny związek i wszystko było dla niego nowe. Wstydził się swojego braku doświadczenia tym bardziej, że Darek umawiał się już wcześniej z facetami.
Witold poczuł się nagle przybity. Na litość, co on wyprawiał? Fochał się na Darka kiedy tak naprawdę był zły na samego siebie.
- Przepraszam. Po prostu gadam głupoty.
- Nie, wcale nie gadasz głupot. Myślę, że coś ci chodzi po głowie i powinieneś mi o tym powiedzieć.
- To naprawdę nic takiego.
Darek znał tę minę. Witold zamykał się w swojej skorupce razem z problemem. Nie mógł na to pozwolić bo w ten sposób problem będzie tylko narastał a Witold będzie coraz bardziej markotny.
Skoro proszenie nic nie dawało, trzeba było uciec się do bardziej stanowczych metod. Darek odsunął się nieco do tyłu i usiadł na kolanach czarnowłosego. Widząc determinację w jego oczach Witold posłał mu pytające spojrzenie.
- Może i nie boję się pająków, ale jest taki jeden pająk, z którym mógłbyś się zmierzyć.
- Co ty kombinujesz?
Och, te psotne iskierki w bursztynowych oczach Darka nie wróżyły dla Witolda nic dobrego... Kiedy rudowłosy wyciągnął przed siebie dłonie i zaczął poruszać palcami w powietrzu, Witold już wiedział. Niestety, było za późno by uciec. Darek oparł go z powrotem o podłokietnik i zaczął łaskotać go po brzuchu. Witold wybuchł śmiechem.
- Przestań!
- Idzie pajączek, idzie...- Wymruczał mu do ucha podczas gdy jego palce posuwały się wyżej, łaskocząc kolejne partie.
- Serio, przestań!- Jęknął.
- Naprawdę chcesz żebym przestał? Bo ja myślę, że nie chcesz.- Zaśmiał mu się do ucha, dodatkowo łaskocząc go oddechem. Ciało Witolda przeszył dreszcz, który tylko potwierdzał słowa Darka. Ten tylko uśmiechnął się szerzej i zaczął drażnić palcami jego boki.
Witold zacisnął dłonie na jego ramionach, jakby chciał go odsunąć, ale wcale tego nie zrobił.
- To jest nie fair!- Poskarżył się usiłując stłumić kolejny atak śmiechu.- Są dwa pająki, a mówiłeś o jednym!
- Doprawdy?- Darek zerknął na swoje dłonie.- Myślę, że taki odważny mężczyzna jak ty może zmierzyć się z dwoma bezlitośnie łaskoczącymi pajączkami.- To powiedziawszy przyspieszył ruchy swoich dłoni obserwując jak Witold zsuwa się do pozycji leżącej i bezbronnie wije się pod nim. Bardzo satysfakcjonujący widok.
Darek przerwał na chwilę tortury żeby dać mu odetchnąć. Nachylił się, bardzo delikatnie liżąc go czubkiem języka od szyi aż do muszelki ucha. Witold zachichotał.
- Zatem? Powiesz mi czy nie?- Szepnął mu do ucha.- Wiesz..., jeśli nie chcesz mówić, znam takie jedno miejsce, w którym jesteś szczególnie wrażliwy na łaskotki.
- Nie..., nie zrobisz tego.- odpowiedział mu szeptem, drżąc z podekscytowania.
- Założymy się?- Wsunął mu język do ucha. Witold jęknął cicho w odpowiedzi i nagle odsunął go od siebie patrząc mu w oczy z uporem.
- Nie zmusisz mnie do niczego.- Uśmiechnął się wyzywająco.
Słysząc taką odpowiedź, Darek nie miał wyboru. Chwycił nadgarstki partnera jedną dłonią i unieruchomił je za jego głową. Jego druga dłoń wkradła się pod koszulę Witolda. Rudowłosy wyczuł, że chłopak aż dostał gęsiej skórki. Darek nie skupiał się już na drażnieniu innych miejsc. Jego palce powędrowały wprost do żeber i zaczęły łaskotać go bezlitośnie- na przemian raz prawą, raz lewą stronę. Witoldem zaczęły wstrząsać spazmy śmiechu. Tutaj był najbardziej wrażliwy i czuł, że jest zdany na łaskę partnera. Mimo to uniósł dumnie głowę i wydusił:
- Nic ci nie powiem, możesz mnie załaskotać.
- Wyzwanie zaakceptowane.- Wymruczał pieszcząc ustami muszelkę jego ucha.- Obiecuję ci, że zaraz znajdziesz się w łaskotkowym raju.- Zaśmiał się cicho.
Witold przechylił głowę na bok i zagryzł dolną wargę starając się powstrzymać śmiech, by nie dawać Darkowi satysfakcji. Przy tak intensywnym łaskotaniu było to jednak niemożliwe. Ukrył więc twarz w swoim ramieniu. Całe jego ciało drżało, a jednoczesne łaskotanie żeber i stymulacja ucha wysyłały sprzeczne sygnały do jego ciała. Sam już nie wiedział czy się śmieje czy jęczy. Jednego był pewien- był podniecony.
Darek zataczał kółeczka wokół jego żeber i obrysowywał linię każdego z nich. Witold drżał za każdym razem kiedy zwinne palce dotykały jego wrażliwej skóry. Jego pliczki były czerwone i miał już łzy w oczach od śmiechu.
- Czekaj!- Witold jęknął, gwałtownie odwracając głowę w jego kierunku. Na dźwięk jego głosu Darek przerwał. Spojrzał mu w oczy sprawdzając, czy wszystko w porządku.
- Hmm? Chcesz mi jednak powiedzieć?- Spytał łagodnie.
- Nie wytrzymam już dłużej.- Jęknął.- Powiem ci co zechcesz.
- Jesteś naprawdę słodki.- Szepnął delikatnie całując go w usta. Ten gest i jedwabny ton jego głosu sprawiły, że Witold poczuł jak zalewa go fala ciepłych uczuć.- Więc? O co chodzi?
- O to, że miałeś rację. Naprawdę chcę ci coś udowodnić, a-ale uważam, że nie ma w tym niczego złego. W końcu obu nam na sobie zależy i chcemy sobie nawzajem imponować, prawda?
- Tak, to prawda, kochanie.- Wyszeptał puszczając jego nadgarstki i przytulając go do siebie.
Kiedy Witold poczuł, że dłoń przytrzymująca jego nadgarstki zniknęła, poczuł się jakby rozczarowany. Otoczył go ramionami. Darek patrzył mu w oczy.
- I ja też próbuję ci zaimponować. Tak właściwie próbowałem zanim jeszcze byliśmy razem. Zawsze sprawiałeś wrażenie takiego opanowanego i mającego wszystko pod kontrolą.
- Pod kontrolą? ... Chyba żartujesz.- Witold oddychał ciężko usiłując się uspokoić i zebrać myśli.- Jeżeli ktoś tu komuś imponował to bardziej ty mi. Jesteś przyjacielski, otwarty i empatyczny do niemożliwych granic i...- Odwrócił wzrok.
- I?- Szepnął wtulając nos w jego szczękę.
- I masz więcej doświadczenia niż ja, co trochę mnie...- Nie potrafił znaleźć właściwego słowa żeby dokończyć.
Darek podniósł się nieco i spojrzał na niego. Och, więc o to chodziło...
- Ale mi to nie przeszkadza, serio. Spróbowanie z tobą wszystkiego sprawi mi ogromną satysfakcję. Jesteś naprawdę wspaniałym partnerem i atrakcyjnym facetem.- Wyszeptał i pogładził go po policzku.
W czasie trwania euforii pierwszych miesięcy ich związku, Darek nie był świadomy tego jak niskie zdanie ma Witold o sobie jako o partnerze. Może gdyby zastanowił się nad tym wcześniej, jak tylko zaczęli tę rozmowę, sam by do tego doszedł. Biorąc pod uwagę ich rozmowę w akademiku tamtego wieczora…, wszystko zaczęło nabierać sensu. I tak teraz było lepiej. Witold wyglądał na dużo bardziej szczęśliwego niż w czasach kiedy się poznali.
- Ty też jesteś cudowny.- Odszepnął Witold kładąc mu dłoń na policzku i lekko pociągając go w dół. Westchnął gdy ich wargi się zetknęły. Ciężko było wygnać demony, które towarzyszyły mu od tak dawna. Te kilka słów Darka sprawiło jednak, że czuł się teraz dużo lepiej.
Pozostał tylko jeden problem, którym Witold naprawdę chciał się teraz zająć... Darek, jakby czytał mu w myślach, zerknął w dół.
- To już drugi raz kiedy tak bardzo działa na ciebie łaskotanie.
- Poprzednim razem to było dość niekomfortowe biorąc pod uwagę sytuację. Musiałeś o mnie naprawdę dziwnie pomyśleć.
- Przyznam, że byłem mocno zaskoczony, ale to było jak najbardziej... pobudzające.
- Serio?- Zerknął na niego zaskoczony.
- Tak. Co w tym takiego dziwnego? To też jest w końcu forma gry wstępnej.
Witold milczał po raz kolejny nie wiedząc jak się zachować w obliczu otwartości Darka. Ta otwartość była jedną z cech, które zawsze go w nim intrygowały, a jednocześnie nieco niepokoiły bo nigdy nie wiedział czego się po nim spodziewać. Postanowił, że spróbuje być tak samo szczery:
-… Co jeśli dla mnie to coś więcej niż forma gry wstępnej?- Au. Szczerość naprawdę była boleśnie krępująca. Czuł jak gorąco napływa do jego policzków i zaczynał żałować, że powiedział to na głos.
Darek nie wyglądał jednak na szczególnie zaskoczonego. Przytulił Witolda mocniej.
- To miałem między innymi na myśli kiedy powiedziałem, że spróbowanie z tobą wszystkiego sprawi mi satysfakcję. Czuję, że mi też się to podoba…- Wyznał uśmiechając się figlarnie.
Witold milczał przez chwilę.
- Więc koniec końców, jeśli dobrze zrozumiałem przebieg naszej dyskusji: nie boisz się pająków więc nie mogę cię przed nimi bronić a tak naprawdę to ty sam jesteś pajączkiem. I wystawiasz moja męskość na próbę.
- Na to wygląda.- Odpowiedział i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.- Aczkolwiek nie musiałeś tego ujmować AŻ TAK dosłownie. Nie myślałem, że aż tak ci spieszno żeby spróbować.- Mrugnął do niego, a Witold prychnął gdy uświadomił sobie jak Darek odebrał jego słowa.
- Jesteś po prostu niemożliwy. Twój talent do obracania wszystkiego w aluzję nigdy nie przestanie mnie rozbrajać.- Mimo karcącego tonu uśmiechał się szeroko.
- Dobrze wiem, że to jeden z talentów, który lubisz we mnie najbardziej.
- Masz rację, Pajączku.
Darek zamrugał zaskoczony.
- Ha, tym razem to ja wymyśliłem ci osobisty pseudonim.
- Lepiej uważaj, Kocurku bo ten Pajączek zaatakuje cie znowu.- Darek przejechał opuszkami palców po jego odkrytym brzuchu, a Witold zachichotał.- Nazwijmy to „zabawą w pajączka”.
- Brzmi… psotnie.- Witold wsunął dłoń pod ramię Darka i też zaczął go łaskotać. Chłopak instynktownie się skulił i czarnowłosy mógł usłyszeć jego uroczy śmiech.
- T-to ja miałem łaskotać ciebie, a nie ty mnie!
- Och? Nie przeszkadza mi zamiana ról. Jestem otwarty na nowe rzeczy.- Za chwilę zabrał jednak rękę.
Darek pokręcił głową rozbawiony.
- No proszę, ktoś tu zaczyna być bardzo prostolinijny.
- Nie bardziej niż ty... Może powinienem wyjść na chwilę?- W zasadzie nie miał na to najmniejszej ochoty.
- ...a może lepiej będzie jak podam ci pomocną dłoń?- Spytał niepewnie.- Jeśli to za wcześnie to w porządku.
Witold aż wstrzymał oddech na moment, po czym jego ręce powędrowały do paska spodni Darka.
- Nie jest za wcześnie. Pozwól, że ja też się tobą zajmę.
Darek aż zadrżał i w odpowiedzi wpił się ustami w jego usta. Jego dłoń powędrowała do bioder Witolda, głaszcząc go przez spodnie. Wyglądało na to, że poobiedni relaks nie skończy się tak szybko.
Jego uśmiech nie spodobał się Lunie ani trochę. Czy on sugerował, że klasa podzielona była na jakieś obozy? Jeżeli tak, ona nie chciała należeć do żadnego z nich.
- Nie trzeba, serio. Wiem, że może nie słychać tego po moim głosie, ale mam więcej niż pięć lat.- Zaśmiała się.
Zerknęła na nich oboje.
- Miło poznać, dzięki za pokazanie sali.- Powiedziała tylko, nie chcąc im się bardzo narzucać. Nie jej komentować wybory i nastroje osób, których praktycznie nie znała. Tym bardziej, że “w wielkiej bluzie i bez makijażu” brzmiało jak opis wyglądu jej samej każdego dnia.Nie wiedziała tylko czemu chłopak nie mówił Kwimer po imieniu. może ona też nie lubiła swojego?
- Jakbyś czegoś potrzebowała, to wal śmiało - rzucił tylko, widząc chyba, że nowa nie zapałała do nich sympatią. Spojrzał na Nataszę. - Chociaż bardziej do niej, wie o salach, o których istnieniu nie mam pojęcia.
- Ale nie dlatego, że jestem ogarnięta - naprostowała. Znała wiele sal, bo musiała znaleźć sobie zajęcie w czasie wagarów czy religii. Nie były to zbyt chlubne okoliczności.
Jeremy wydawał się być miłym chłopakiem. Osobiście nie miała nic przeciwko niemu, ale trochę za bardzo przypominał jej pewnego znajomego z dawnej szkoły co sprawiało, że instynktownie czuła się spięta. Było jej z tym źle bo w końcu chłopak nie zrobił niczego złego, miała nadzieję, że wrażenie podobieństwa przejdzie jej z czasem.
- Dzięki, to bardzo miłe z waszej strony.- Rzuciła dopijając czekoladę i wyrzucając kubek do najbliższego kosza, w samą porę bo właśnie zadzwonił dzwonek na lekcje.- Fajnie, że mi pomagacie. Jestem kompletnie nieogarnięta jak na razie.- Dodała jeszcze żeby jakoś załagodzić sytuację.- Tego…, to co teraz mamy w planie zajęć?
- Przedmiot naszego życia - matematykę z Lee. Nie martw się, jest spoko. Na jego lekcjach czuje się, że idzie zdać maturę z matmy - powiedział Jeremy, hamując trochę swój entuzjazm.Luna wydawała się być w porządku, w dodatku była bardzo urocza. Nie chciał, żeby się zraziła.
- Będzie ciężko. Ja i matematyka nie rozumiemy się najlepiej. Mimo wszystko, matematyka wciąż jest lepsza od fizyki.
Zerknęła na Nataszę. Czuła się trochę nieswojo przez to, że chłopak cały czas mówił, a dziewczyna zerkała na nią ukradkiem. Chciała trochę porozmawiać też z nią.
Rozejrzała się niepewnie wokół. Reszta klasy zaczęła już wchodzić do sali podczas gdy oni stali sobie na korytarzu jak gdyby nigdy nic.
- Umm to ja może pójdę zająć sobie miejsce? Spotkamy się na przerwie.
Z tymi słowami ich zostawiła. Usiadła koło jakiejś brązowookiej brunetki, postawiła torbę na podłodze i wyjęła z niej podręcznik i zeszyt.
Luna has a talent for writing but only prose. She is unable to write you a poem (no matter how many cups of hot chocolate you will buy her). She also can't draw even a straight line. She always carries her green notebook with her and writes during lunch breaks or when she skips lessons.
During her childhood she created many... let's say random characters. The ones that were the most close to her were Robot and Jerri the Rabbit. Jerri was sort of a glimpse of her identity.
Jego uśmiech nie spodobał się Lunie ani trochę. Czy on sugerował, że klasa podzielona była na jakieś obozy? Jeżeli tak, ona nie chciała należeć do żadnego z nich.
- Nie trzeba, serio. Wiem, że może nie słychać tego po moim głosie, ale mam więcej niż pięć lat.- Zaśmiała się.
Zerknęła na nich oboje.
- Miło poznać, dzięki za pokazanie sali.- Powiedziała tylko, nie chcąc im się bardzo narzucać. Nie jej komentować wybory i nastroje osób, których praktycznie nie znała. Tym bardziej, że “w wielkiej bluzie i bez makijażu” brzmiało jak opis wyglądu jej samej każdego dnia.Nie wiedziała tylko czemu chłopak nie mówił Kwimer po imieniu. może ona też nie lubiła swojego?
- Jakbyś czegoś potrzebowała, to wal śmiało - rzucił tylko, widząc chyba, że nowa nie zapałała do nich sympatią. Spojrzał na Nataszę. - Chociaż bardziej do niej, wie o salach, o których istnieniu nie mam pojęcia.
- Ale nie dlatego, że jestem ogarnięta - naprostowała. Znała wiele sal, bo musiała znaleźć sobie zajęcie w czasie wagarów czy religii. Nie były to zbyt chlubne okoliczności.
Jeremy wydawał się być miłym chłopakiem. Osobiście nie miała nic przeciwko niemu, ale trochę za bardzo przypominał jej pewnego znajomego z dawnej szkoły co sprawiało, że instynktownie czuła się spięta. Było jej z tym źle bo w końcu chłopak nie zrobił niczego złego, miała nadzieję, że wrażenie podobieństwa przejdzie jej z czasem.
- Dzięki, to bardzo miłe z waszej strony.- Rzuciła dopijając czekoladę i wyrzucając kubek do najbliższego kosza, w samą porę bo właśnie zadzwonił dzwonek na lekcje.- Fajnie, że mi pomagacie. Jestem kompletnie nieogarnięta jak na razie.- Dodała jeszcze żeby jakoś załagodzić sytuację.- Tego…, to co teraz mamy w planie zajęć?
- Przedmiot naszego życia - matematykę z Lee. Nie martw się, jest spoko. Na jego lekcjach czuje się, że idzie zdać maturę z matmy - powiedział Jeremy, hamując trochę swój entuzjazm.Luna wydawała się być w porządku, w dodatku była bardzo urocza. Nie chciał, żeby się zraziła.
- Będzie ciężko. Ja i matematyka nie rozumiemy się najlepiej. Mimo wszystko, matematyka wciąż jest lepsza od fizyki.
Zerknęła na Nataszę. Czuła się trochę nieswojo przez to, że chłopak cały czas mówił, a dziewczyna zerkała na nią ukradkiem. Chciała trochę porozmawiać też z nią.
Rozejrzała się niepewnie wokół. Reszta klasy zaczęła już wchodzić do sali podczas gdy oni stali sobie na korytarzu jak gdyby nigdy nic.
- Umm to ja może pójdę zająć sobie miejsce? Spotkamy się na przerwie.
Z tymi słowami ich zostawiła. Usiadła koło jakiejś brązowookiej brunetki, postawiła torbę na podłodze i wyjęła z niej podręcznik i zeszyt.
Jego uśmiech nie spodobał się Lunie ani trochę. Czy on sugerował, że klasa podzielona była na jakieś obozy? Jeżeli tak, ona nie chciała należeć do żadnego z nich.
- Nie trzeba, serio. Wiem, że może nie słychać tego po moim głosie, ale mam więcej niż pięć lat.- Zaśmiała się.
Zerknęła na nich oboje.
- Miło poznać, dzięki za pokazanie sali.- Powiedziała tylko, nie chcąc im się bardzo narzucać. Nie jej komentować wybory i nastroje osób, których praktycznie nie znała. Tym bardziej, że “w wielkiej bluzie i bez makijażu” brzmiało jak opis wyglądu jej samej każdego dnia.Nie wiedziała tylko czemu chłopak nie mówił Kwimer po imieniu. może ona też nie lubiła swojego?
- Jakbyś czegoś potrzebowała, to wal śmiało - rzucił tylko, widząc chyba, że nowa nie zapałała do nich sympatią. Spojrzał na Nataszę. - Chociaż bardziej do niej, wie o salach, o których istnieniu nie mam pojęcia.
- Ale nie dlatego, że jestem ogarnięta - naprostowała. Znała wiele sal, bo musiała znaleźć sobie zajęcie w czasie wagarów czy religii. Nie były to zbyt chlubne okoliczności.
Jeremy wydawał się być miłym chłopakiem. Osobiście nie miała nic przeciwko niemu, ale trochę za bardzo przypominał jej pewnego znajomego z dawnej szkoły co sprawiało, że instynktownie czuła się spięta. Było jej z tym źle bo w końcu chłopak nie zrobił niczego złego, miała nadzieję, że wrażenie podobieństwa przejdzie jej z czasem.
- Dzięki, to bardzo miłe z waszej strony.- Rzuciła dopijając czekoladę i wyrzucając kubek do najbliższego kosza, w samą porę bo właśnie zadzwonił dzwonek na lekcje.- Fajnie, że mi pomagacie. Jestem kompletnie nieogarnięta jak na razie.- Dodała jeszcze żeby jakoś załagodzić sytuację.- Tego..., to co teraz mamy w planie zajęć?
Kiedy przyszła jej kolej, wyjęła portfel z torby i wygrzebała trochę drobnych, których zazwyczaj miała dużo właśnie na takie okazje. Przez chwilę przyglądała się dostępnym rodzajom napoi i ostatecznie zdecydowała się na czekoladę z mlekiem. Wrzuciła drobne i poczekała aż napój będzie gotowy. Nie wcięło jej drobnych, automat wydał kubek i było w nim więcej czekolady niż pół kubka- to już jakiś sukces.
Odeszła od automatu i popatrzyła pytająco na dwójkę zielonych.
- No to w drogę. - Uśmiechnął się Jeremy i ruszyli w stronę klasy. - W ogóle, jestem Jeremy. Jestem przed tobą w dzienniku.
Mimowolnie pokręciła głową, idąc koło nich.
- A ja jestem Luna i najwyraźniej zostawiam cię w tyle w dzienniku.- Zaśmiała się. Miała wrażenie, że ten żart wcale nie rozładuje atmosfery. Zerknęła na rudowłosą, ciągle idącą w ciszy.
- Uważaj, bo stwierdzę, że nad tobą góruję. - Parsknął, ale chyba mu to źle zabrzmiało. Natasza parsknęła i pokręciła głową, a czując spojrzenie na sobie, popatrzyła na Lunę. Szła od strony jej opacki i teraz zaczęła żałować, że nie może schować się za grzywką albo całymi włosami.
- On tak zawsze, nie przejmuj się. Dużo takich poznasz w tej szkole.- rzuciła tylko. Coś ją niepokoiło w Lunie, ale nie miała pojęcia, co.
- Zgodnie z logiką szkolnych ocen- im wyższa ocena tym lepiej.- Rzuciła wciąż patrząc na Nataszę, ale zaraz odwróciła wzrok. Dziewczyna nosiła opaskę więc pewnie pomyślała, że przyciąga ona jej wzrok. Tak naprawdę zastanawiała się czemu dziewczyna nic nie mówi. Może tak już po prostu miała?- Ach, rozumiem. Nie to, że jestem zdziwiona. W mojej szkole sporo było ludzi o… wybitnym poczuciu humoru.- Nawet bardzo. Jeremy przypominał jej trochę Matta i nie była pewna czy cieszy się z tego powodu. Póki co czuła się trochę dziwnie.
Chwilę potem znaleźli się pod odpowiednią salą i Luna zaczęła obserwować nowe twarze, jakby próbowała coś z nich wyczytać.
- Co, opowiedzieć ci, do kogo się nie zbliżać, bo zagłaska albo pogryzie? - Uśmiechnął się znowu chłopak.
- Daj spokój, Jeremy - rzuciła Natasza, sama się lekko uśmiechając. Nie była pewna, po której “stronie barykady” stanie Luna i chyba nawet ją to nie interesowało, ale nastawianie od razu przeciwko pewnym osobom nie wydawało się jej być w porządku.
- O, tu masz pierwszą osobę. Kwimer, pozornie niegroźna, ale jak w wielkiej bluzie i bez makijażu, to bez batonika nie podchodź. - Zaśmiał się, a ona musiała dać spokój, bo mniej więcej tak było.
Jego uśmiech nie spodobał się Lunie ani trochę. Czy on sugerował, że klasa podzielona była na jakieś obozy? Jeżeli tak, ona nie chciała należeć do żadnego z nich.
- Nie trzeba, serio. Wiem, że może nie słychać tego po moim głosie, ale mam więcej niż pięć lat.- Zaśmiała się.
Zerknęła na nich oboje.
- Miło poznać, dzięki za pokazanie sali.- Powiedziała tylko, nie chcąc im się bardzo narzucać. Nie jej komentować wybory i nastroje osób, których praktycznie nie znała. Tym bardziej, że "w wielkiej bluzie i bez makijażu" brzmiało jak opis wyglądu jej samej każdego dnia.Nie wiedziała tylko czemu chłopak nie mówił Kwimer po imieniu. może ona też nie lubiła swojego?
Kiedy przyszła jej kolej, wyjęła portfel z torby i wygrzebała trochę drobnych, których zazwyczaj miała dużo właśnie na takie okazje. Przez chwilę przyglądała się dostępnym rodzajom napoi i ostatecznie zdecydowała się na czekoladę z mlekiem. Wrzuciła drobne i poczekała aż napój będzie gotowy. Nie wcięło jej drobnych, automat wydał kubek i było w nim więcej czekolady niż pół kubka- to już jakiś sukces.
Odeszła od automatu i popatrzyła pytająco na dwójkę zielonych.
- No to w drogę. - Uśmiechnął się Jeremy i ruszyli w stronę klasy. - W ogóle, jestem Jeremy. Jestem przed tobą w dzienniku.
Mimowolnie pokręciła głową, idąc koło nich.
- A ja jestem Luna i najwyraźniej zostawiam cię w tyle w dzienniku.- Zaśmiała się. Miała wrażenie, że ten żart wcale nie rozładuje atmosfery. Zerknęła na rudowłosą, ciągle idącą w ciszy.
- Uważaj, bo stwierdzę, że nad tobą góruję. - Parsknął, ale chyba mu to źle zabrzmiało. Natasza parsknęła i pokręciła głową, a czując spojrzenie na sobie, popatrzyła na Lunę. Szła od strony jej opacki i teraz zaczęła żałować, że nie może schować się za grzywką albo całymi włosami.
- On tak zawsze, nie przejmuj się. Dużo takich poznasz w tej szkole.- rzuciła tylko. Coś ją niepokoiło w Lunie, ale nie miała pojęcia, co.
- Zgodnie z logiką szkolnych ocen- im wyższa ocena tym lepiej.- Rzuciła wciąż patrząc na Nataszę, ale zaraz odwróciła wzrok. Dziewczyna nosiła opaskę więc pewnie pomyślała, że przyciąga ona jej wzrok. Tak naprawdę zastanawiała się czemu dziewczyna nic nie mówi. Może tak już po prostu miała?- Ach, rozumiem. Nie to, że jestem zdziwiona. W mojej szkole sporo było ludzi o... wybitnym poczuciu humoru.- Nawet bardzo. Jeremy przypominał jej trochę Matta i nie była pewna czy cieszy się z tego powodu. Póki co czuła się trochę dziwnie.
Chwilę potem znaleźli się pod odpowiednią salą i Luna zaczęła obserwować nowe twarze, jakby próbowała coś z nich wyczytać.
Luna skończyła poprawiać krawat. Jeszcze tylko jedno zerknięcie w lustro i mogła kontynuować poszukiwania swojej klasy. Nie była przyzwyczajona do noszenia krawata, ale gdy tylko przymierzyła mundurek po raz pierwszy wiedziała, że to będzie jej nowy ulubiony element garderoby. Mundurki w Darwinie bardzo różniły się od jej pierwszych wyobrażeń. Spodziewała się czegoś bardziej klasycznego- spodnie dla chłopców, spódnica dla dziewczyn i żadnych odstępstw. Jakie było jej zaskoczenie, gdy powiedziano jej, że nie musi rozstawać się ze swoimi ulubionymi swetrami i legginsami.
- Najważniejsze żeby widać było krawat i biały kołnierzyk.- Powiedziała jej pani w sekretariacie, gdy zamawiała mundurek. - Tylko się nie rozszalej z jaskrawymi kolorami.
Do łazienki weszło kilka dziewczyn z żółtych, patrząc na nią dziwnie więc jeszcze tylko na szybko poprawiła warkocz i wyszła z łazienki.
Sala 120, gdzie to u licha mogło być? Rozejrzała się wokół. Żadnej znajomej twarzy. Na dobrą sprawę nie znała jeszcze prawie nikogo w tej szkole. Zaczynała tęsknić za prostym układem korytarzy w Laurence’a gdzie wszędzie łatwo było trafić. Po kilku minutach szukania, zrezygnowana podeszła pod automat. Ponoć życie szkoły toczy się pod automatem, może tam znajdzie jakąś znajomą twarz?
- Rozumiesz, mam w domu dwójkę ludzi koło pięćdziesiątki, którzy leżą i kwiczą, mają buraczkowe plecy i błagają o kefir. Masakra. A tyle razy im mówiłem, nie idźmy już na plażę, jesteście opaleni, spalicie się. To oni, że nie, nie, jest spoko, chodź, już ostatnie dni. I tak poszliśmy.
- Oczywiście, Jeremy. - Parsknęła Natasza, wiążąc od nowa włosy w kucyk. Dzisiaj był kolejny ciepły dzień. Lubiła szkołę we wrześniu, bo było luźno, ciepło i jasno, gdy się wstawało. Budzenie się w zimę było masakrą. Miało się wrażenie, że nadal jest noc.
Teraz szła z Jeremym w kierunku automatu, bo potrzebowała czegoś do picia, a do obiadu zostały jeszcze dwie godziny. Długie przerwy we wrześniu też mijały jakoś lepiej. Dochodzili już do automatu, kiedy zobaczyła nową twarz przy nim, która chyba czaiła się na coś.
- Ej, to ta nowa, nie? Jak ona się nazywa…?
- Luna - odpowiedziała spokojnie Natasza i podeszli bliżej.
Słysząc, że ktoś woła jej imię, odwróciła się i dostrzegła rudowłosą dziewczynę w opasce na oko. Miała zielony krawat. Luna odetchnęła w duchu. Teraz tylko trzeba się modlić aby to był ten sam rocznik. Obok niej stał jakiś chłopak, który nie przestawał gadać. Wzięła wdech i zagadnęła dziewczynę.
- Hej, sory że tak wam się wcinam w rozmowę, ale mam takie pytanie. Wiesz gdzie jest klasa 120?- Czuła się dziś kompletnie nieogarnięta. Naprawdę nie lubiła tego stanu. Obiecała sobie, że zapamięta rozkład wszystkich sal w szkole już w tym tygodniu, nawet jeśli musiałaby go sobie rozrysować.
Natasza drgnęła, zdziwiona, że to pytanie było skierowane do niej, chociaż wydawała się sobie ostatnią osobą, którą ktoś by o coś spytał. Spojrzała na Jeremy’ego.
- Haha, też się na to złapałaś. - Uśmiechnął się i odetchnęła w duchu, że przejął pytanie. - My też myśleliśmy, że ten ostatni znaczek to zero, ale okazuje się, że to C. My też idziemy już pod 12C, więc jeśli poczekasz aż Kwimer kupi sobie picie, to pójdziemy razem.
- Ah, czyli to było C. Przysięgłabym, że to zero.- Parsknęła.- W mojej dawnej szkole było więcej sal. Uh, ja też czekam w kolejce do automatu jakby co.- Odetchnęła. Dwie osoby z jej klasy, całe szczęście. Dyskretnie zerknęła na rudowłosą dochodząc do wniosku, że miała nietypowe nazwisko. Ciężko jej było wyobrazić sobie imię, które współgrałoby z nim. Z drugiej strony, jej imię i nazwisko przebijało wszystkie inne.
Natasza wyliczyła drobne, sprawdziła właściwy numerek, po czym go wstukała, mając nadzieję, że butelka nie utknie w punkcie iks. Na szczęście stoczyła się bez problemów i kilka sekund później, ruda już wzieła łyk z niej. Spojrzała pytająco na Lunę.
Kiedy przyszła jej kolej, wyjęła portfel z torby i wygrzebała trochę drobnych, których zazwyczaj miała dużo właśnie na takie okazje. Przez chwilę przyglądała się dostępnym rodzajom napoi i ostatecznie zdecydowała się na czekoladę z mlekiem. Wrzuciła drobne i poczekała aż napój będzie gotowy. Nie wcięło jej drobnych, automat wydał kubek i było w nim więcej czekolady niż pół kubka- to już jakiś sukces.
Odeszła od automatu i popatrzyła pytająco na dwójkę zielonych.
- A ja jestem Luna i najwyraźniej zostawiam cię w tyle w dzienniku.- Zaśmiała się. Miała wrażenie, że ten żart wcale nie rozładuje atmosfery. Zerknęła na rudowłosą, ciągle idącą w ciszy.
Luna skończyła poprawiać krawat. Jeszcze tylko jedno zerknięcie w lustro i mogła kontynuować poszukiwania swojej klasy. Nie była przyzwyczajona do noszenia krawata, ale gdy tylko przymierzyła mundurek po raz pierwszy wiedziała, że to będzie jej nowy ulubiony element garderoby. Mundurki w Darwinie bardzo różniły się od jej pierwszych wyobrażeń. Spodziewała się czegoś bardziej klasycznego- spodnie dla chłopców, spódnica dla dziewczyn i żadnych odstępstw. Jakie było jej zaskoczenie, gdy powiedziano jej, że nie musi rozstawać się ze swoimi ulubionymi swetrami i legginsami.
- Najważniejsze żeby widać było krawat i biały kołnierzyk.- Powiedziała jej pani w sekretariacie, gdy zamawiała mundurek. - Tylko się nie rozszalej z jaskrawymi kolorami.
Do łazienki weszło kilka dziewczyn z żółtych, patrząc na nią dziwnie więc jeszcze tylko na szybko poprawiła warkocz i wyszła z łazienki.
Sala 120, gdzie to u licha mogło być? Rozejrzała się wokół. Żadnej znajomej twarzy. Na dobrą sprawę nie znała jeszcze prawie nikogo w tej szkole. Zaczynała tęsknić za prostym układem korytarzy w Laurence’a gdzie wszędzie łatwo było trafić. Po kilku minutach szukania, zrezygnowana podeszła pod automat. Ponoć życie szkoły toczy się pod automatem, może tam znajdzie jakąś znajomą twarz?
- Rozumiesz, mam w domu dwójkę ludzi koło pięćdziesiątki, którzy leżą i kwiczą, mają buraczkowe plecy i błagają o kefir. Masakra. A tyle razy im mówiłem, nie idźmy już na plażę, jesteście opaleni, spalicie się. To oni, że nie, nie, jest spoko, chodź, już ostatnie dni. I tak poszliśmy.
- Oczywiście, Jeremy. - Parsknęła Natasza, wiążąc od nowa włosy w kucyk. Dzisiaj był kolejny ciepły dzień. Lubiła szkołę we wrześniu, bo było luźno, ciepło i jasno, gdy się wstawało. Budzenie się w zimę było masakrą. Miało się wrażenie, że nadal jest noc.
Teraz szła z Jeremym w kierunku automatu, bo potrzebowała czegoś do picia, a do obiadu zostały jeszcze dwie godziny. Długie przerwy we wrześniu też mijały jakoś lepiej. Dochodzili już do automatu, kiedy zobaczyła nową twarz przy nim, która chyba czaiła się na coś.
- Ej, to ta nowa, nie? Jak ona się nazywa…?
- Luna - odpowiedziała spokojnie Natasza i podeszli bliżej.
Słysząc, że ktoś woła jej imię, odwróciła się i dostrzegła rudowłosą dziewczynę w opasce na oko. Miała zielony krawat. Luna odetchnęła w duchu. Teraz tylko trzeba się modlić aby to był ten sam rocznik. Obok niej stał jakiś chłopak, który nie przestawał gadać. Wzięła wdech i zagadnęła dziewczynę.
- Hej, sory że tak wam się wcinam w rozmowę, ale mam takie pytanie. Wiesz gdzie jest klasa 120?- Czuła się dziś kompletnie nieogarnięta. Naprawdę nie lubiła tego stanu. Obiecała sobie, że zapamięta rozkład wszystkich sal w szkole już w tym tygodniu, nawet jeśli musiałaby go sobie rozrysować.
Natasza drgnęła, zdziwiona, że to pytanie było skierowane do niej, chociaż wydawała się sobie ostatnią osobą, którą ktoś by o coś spytał. Spojrzała na Jeremy’ego.
- Haha, też się na to złapałaś. - Uśmiechnął się i odetchnęła w duchu, że przejął pytanie. - My też myśleliśmy, że ten ostatni znaczek to zero, ale okazuje się, że to C. My też idziemy już pod 12C, więc jeśli poczekasz aż Kwimer kupi sobie picie, to pójdziemy razem.
- Ah, czyli to było C. Przysięgłabym, że to zero.- Parsknęła.- W mojej dawnej szkole było więcej sal. Uh, ja też czekam w kolejce do automatu jakby co.- Odetchnęła. Dwie osoby z jej klasy, całe szczęście. Dyskretnie zerknęła na rudowłosą dochodząc do wniosku, że miała nietypowe nazwisko. Ciężko jej było wyobrazić sobie imię, które współgrałoby z nim. Z drugiej strony, jej imię i nazwisko przebijało wszystkie inne.
Natasza wyliczyła drobne, sprawdziła właściwy numerek, po czym go wstukała, mając nadzieję, że butelka nie utknie w punkcie iks. Na szczęście stoczyła się bez problemów i kilka sekund później, ruda już wzieła łyk z niej. Spojrzała pytająco na Lunę.
Kiedy przyszła jej kolej, wyjęła portfel z torby i wygrzebała trochę drobnych, których zazwyczaj miała dużo właśnie na takie okazje. Przez chwilę przyglądała się dostępnym rodzajom napoi i ostatecznie zdecydowała się na czekoladę z mlekiem. Wrzuciła drobne i poczekała aż napój będzie gotowy. Nie wcięło jej drobnych, automat wydał kubek i było w nim więcej czekolady niż pół kubka- to już jakiś sukces.
Odeszła od automatu i popatrzyła pytająco na dwójkę zielonych.
Luna skończyła poprawiać krawat. Jeszcze tylko jedno zerknięcie w lustro i mogła kontynuować poszukiwania swojej klasy. Nie była przyzwyczajona do noszenia krawata, ale gdy tylko przymierzyła mundurek po raz pierwszy wiedziała, że to będzie jej nowy ulubiony element garderoby. Mundurki w Darwinie bardzo różniły się od jej pierwszych wyobrażeń. Spodziewała się czegoś bardziej klasycznego- spodnie dla chłopców, spódnica dla dziewczyn i żadnych odstępstw. Jakie było jej zaskoczenie, gdy powiedziano jej, że nie musi rozstawać się ze swoimi ulubionymi swetrami i legginsami.
- Najważniejsze żeby widać było krawat i biały kołnierzyk.- Powiedziała jej pani w sekretariacie, gdy zamawiała mundurek. - Tylko się nie rozszalej z jaskrawymi kolorami.
Do łazienki weszło kilka dziewczyn z żółtych, patrząc na nią dziwnie więc jeszcze tylko na szybko poprawiła warkocz i wyszła z łazienki.
Sala 120, gdzie to u licha mogło być? Rozejrzała się wokół. Żadnej znajomej twarzy. Na dobrą sprawę nie znała jeszcze prawie nikogo w tej szkole. Zaczynała tęsknić za prostym układem korytarzy w Laurence’a gdzie wszędzie łatwo było trafić. Po kilku minutach szukania, zrezygnowana podeszła pod automat. Ponoć życie szkoły toczy się pod automatem, może tam znajdzie jakąś znajomą twarz?
- Rozumiesz, mam w domu dwójkę ludzi koło pięćdziesiątki, którzy leżą i kwiczą, mają buraczkowe plecy i błagają o kefir. Masakra. A tyle razy im mówiłem, nie idźmy już na plażę, jesteście opaleni, spalicie się. To oni, że nie, nie, jest spoko, chodź, już ostatnie dni. I tak poszliśmy.
- Oczywiście, Jeremy. - Parsknęła Natasza, wiążąc od nowa włosy w kucyk. Dzisiaj był kolejny ciepły dzień. Lubiła szkołę we wrześniu, bo było luźno, ciepło i jasno, gdy się wstawało. Budzenie się w zimę było masakrą. Miało się wrażenie, że nadal jest noc.
Teraz szła z Jeremym w kierunku automatu, bo potrzebowała czegoś do picia, a do obiadu zostały jeszcze dwie godziny. Długie przerwy we wrześniu też mijały jakoś lepiej. Dochodzili już do automatu, kiedy zobaczyła nową twarz przy nim, która chyba czaiła się na coś.
- Ej, to ta nowa, nie? Jak ona się nazywa…?
- Luna - odpowiedziała spokojnie Natasza i podeszli bliżej.
Słysząc, że ktoś woła jej imię, odwróciła się i dostrzegła rudowłosą dziewczynę w opasce na oko. Miała zielony krawat. Luna odetchnęła w duchu. Teraz tylko trzeba się modlić aby to był ten sam rocznik. Obok niej stał jakiś chłopak, który nie przestawał gadać. Wzięła wdech i zagadnęła dziewczynę.
- Hej, sory że tak wam się wcinam w rozmowę, ale mam takie pytanie. Wiesz gdzie jest klasa 120?- Czuła się dziś kompletnie nieogarnięta. Naprawdę nie lubiła tego stanu. Obiecała sobie, że zapamięta rozkład wszystkich sal w szkole już w tym tygodniu, nawet jeśli musiałaby go sobie rozrysować.
Natasza drgnęła, zdziwiona, że to pytanie było skierowane do niej, chociaż wydawała się sobie ostatnią osobą, którą ktoś by o coś spytał. Spojrzała na Jeremy’ego.
- Haha, też się na to złapałaś. - Uśmiechnął się i odetchnęła w duchu, że przejął pytanie. - My też myśleliśmy, że ten ostatni znaczek to zero, ale okazuje się, że to C. My też idziemy już pod 12C, więc jeśli poczekasz aż Kwimer kupi sobie picie, to pójdziemy razem.
- Ah, czyli to było C. Przysięgłabym, że to zero.- Parsknęła.- W mojej dawnej szkole było więcej sal. Uh, ja też czekam w kolejce do automatu jakby co.- Odetchnęła. Dwie osoby z jej klasy, całe szczęście. Dyskretnie zerknęła na rudowłosą dochodząc do wniosku, że miała nietypowe nazwisko. Ciężko jej było wyobrazić sobie imię, które współgrałoby z nim. Z drugiej strony, jej imię i nazwisko przebijało wszystkie inne.