Samolubna dziedzina
Czasami zdarzają się sytuacje, kiedy ja, jako krytyczka, czuję się zobowiązana do usprawiedliwiania sztuki przed oskarżeniami niezadowolonych amatorów (cokolwiek się kryje pod tym hasłem). Wiem, w moim przypadku pewnie to brzmi niewiarygodnie, ale jednak mam już za sobą konfrontacje, które wymagały ode mnie okopania się na pozycji “krytyczki systemowej” i wydaje mi się, że jeśli chce być się krytykiem to jednak trzeba w pewnym momencie zacząć to robić. W przeciwnym razie po prostu nie warto być krytykiem, jeśli samemu nie akceptuje się sztuki współczesnej lepiej od razu zająć się inną aktywnością i mieć spokój, a kto wie, czy i przy okazji nie większe zarobki.
Jednak w przypadku performansu, szczególnie takiego w sokołowskim wydaniu, sprawa wydaje się dużo bardziej skomplikowana. Odbywa się bowiem tutaj coś, co czasami wypadałoby określić jako przyciężkawy pokaz nabrzmiałego ego artystów, bez którego świat mógłby doskonale się obyć.
Zgodnie z obietnicami organizatorów, wczorajszy dzień przyniósł cały wachlarz ekstremalnych wrażeń. Zaczęło się umiarkowanie emocjonująco, od przynudnawych filmów w kinie i wykładu Roba La Frenaisa, który swoich słuchaczy zaprowadził na koniec nad okoliczne bajoro i zachęcał do kąpieli. Niektórzy się na to zdecydowali i śladem artysty zagrzebali po uszy w błocie (miodzio). Pociesznie i babciowato wypadł performans Joanny Krzysztoń i Grzegorza Rogali, którzy rozwieszali na linkach wyprane szmatki z nadrukami fotografii, zrobionymi “ostatnim promieniom jesiennego słońca”. Całkiem niezła była za to instalacja Kuby Bąkowskiego “Czerwony kur”, przedstawiająca orła sikającego wodą. Było to jednak dopiero preludium do hardkoru, który nastąpił wraz z występem duetu VestAndPage (Verena Stenke i Andrea Pagnes). Bez przesady można stwierdzić, że para wykorzystała większość motywów charakterystycznych dla klasycznego performansu: było więc cięcie się, bieganie po szkle, zabawy z ogniem, rytualne palenie książki, przemoc czy konstrukcje z rajstop i woreczków z wodą. Główną rolę odgrywał oczywiście mężczyzna-performer, pochłonięty kolejnymi aktami samookaleczenia i mistycznymi rytuałami. Jego partnerka, zepchnięta trochę na drugi tor, przechadzała się wokół niego w przebraniu epatującym dziwaczną cielesnością, a na koniec troskliwie przemyła mu rany i wlała swoją ślinę do ust.Cały spektakl robił wrażenie, ale jednak czuło się anachroniczność tego wydarzenia, jego zanurzenie w estetykach z lat 90. i właściwie konserwatywność tego wszystkiego. Przyglądając się biegającemu po szkle Pagnesowi pomyślałam także, że takie publiczne udręczanie siebie musi sprawiać mu dużą przyjemność. Niby krew i ból, ale jednak rosnące samozadowolenie, gęstniejący w powietrzu patos, adrenalina napływająca do mózgu i ekstaza. On w centrum, taki uwznioślony i świetny, a publiczność patrzy, podziwia guru. A on, w przypływie dobroci, rozdaje gawiedzi swoje prace, czyli rysunki malowane własną krwią. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy...
Na klatce piersiowej Pagnesa zauważyłam, poza nowymi nacięciami, siatkę starych blizn po poprzednich akcji. Założę się, że jest to jego ulubiony trik i niewykluczone, że jest od niego uzależniony. Robi tu głównie dla siebie, publiczność traktując przedmiotowo, jako kolejny element pobudzający.
W tym kontekście znakomitym podsumowaniem wieczoru był karkołomny performans Marcelo Zammenhoffa, który też wcielił się w postać zbawiciela-szamana. W tiarze czarodzieja, otoczony zielonymi laserami i rozrzucający z wieży sanatorium fajerwerki, próbował odegnać złe duchy z Sokołowska. Przy okazji prawie podpalił budynek i dostał porządny opiernicz od organizatorów, którzy czego jak czego, ale ponownego pożaru sanatorium pewnie by nie przeżyli. Ja jednak czuję cień sympatii dla tego projektu, choćby z tego względu, że był zrobiony głównie dla beki, i taki rodzaj kreacjonizmu potrafię jeszcze przełknąć.
A później wieczorem były jeszcze tańce, hulanki, bębny i skrzypeczki (nie, ja nie tańczyłam, hipisowskie klimaty zawsze budzą moją nieufność), oraz zespół “Psie kłaki” z Wrocławia, których nikt tutaj nie zaprosił, a nawet sugerowano im rezygnację z podróży, ale oni jednak bardzo chcieli wystąpić i to zrobili, bez względu na wszystko.











