planetarium
-Poproszę bilet studencki do Torunia. -podała odliczoną kwotę pani kasjerce, schowała starannie złożony bilet do portfela i przeszła na odpowiedni peron. Pociąg już na nią czekał. Wsiadła do przedziału, włożyła walizkę na półkę, wyciągnęła książkę, która miała umilić jej prawie trzygodzinną podróż i zatopiła się w historii bohaterów powieści. Dawno nie była w mieście słynącym z pierników. Chciała odpocząć od wszystkiego, przypomnieć sobie stare zakamarki, które odwiedzała w dzieciństwie z rodzicami. Przypomnieć sobie smaki, zapachy, które jej wtedy towarzyszyły. Dostała szansę. Ciotka musiała na kilka dni wyjechać w sprawach służbowych. Od zawsze uważała, że ostrożności nigdy za wiele, dlatego nawet jeśli wyjeżdżała na dwie noce, chciała, aby ktoś zapalał światła w mieszkaniu, zrobił trochę hałasu, zaszumiał wodą w rurach. Kiedy Zosia była dzieckiem, a ciotka Aniela prosiła jej rodziców o doglądanie mieszkania, Zosia była przekonana, że pod podłogą w wiekowej kamienicy na starym mieście, ukryty jest skarb, którego trzeba strzec dniem i nocą. Ucieszyła się z ostatniego telefonu z miasta Kopernika. Niewiele myśląc, spakowała najpotrzebniejsze drobiazgi i już siedziała w wagonie.
-Ciociu, nie musisz. Chętnie przejadę się autobusem albo przejdę pieszo. To nie jest znowu tak daleko. -zapewniała krewną. -Trafię. Nie przejmuj się. Będę na czas. -dłuższą chwilę słuchała argumentów ciotki. Głośno westchnęła. -Dobrze, jednak nadal uważam, że nie potrzebnie go angażujesz. - wywróciła oczami, ciesząc się, że rozmówczyni nie widzi jej w tym momencie. Dała za wygraną. Pozwoliła, aby przyjechał po nią sąsiad Anieli. Student, który załatwiał ciotce cięższe sprawunki. Za każdym razem był na wezwanie Anieli. Jak syn, którego nie miała. Zosia wysiadła na świeżo wyremontowanym dworcu kolejowym i kierowała się w stronę parkingu, w poszukiwaniu mercedesa ciotki. Akurat podjechał, z jego wnętrza wysiadł nienaturalnie wysoki mężczyzna, Zosia nie mogła oderwać od niego wzroku. Chyba nigdy w swoim życiu nie widziała tak wysokiego człowieka. Sama nie należała do niskich osób, jednak ciężko jej było utrzymać wzrok na poziomie jego twarzy. Jakby jego głowa, razem z kruczoczarnymi lokami znajdowała się gdzieś w pierwszej warstwie mgły, która spowiła miasto. -Ty musisz być Melchior, sąsiad ciotki Anieli. Zośka. Miło mi Cię w końcu poznać, po tylu opowieściach. -uścisnęła mu dłoń. -Po prostu Mel. Uwielbiam rodziców za wyróżnienie mnie tym imieniem za każdym razem, gdy ktoś wymawia je po raz pierwszy. Daj walizkę. -podała mu bagaż i już przeszła na stronę pasażera. Nie zdążyła otworzyć drzwi, zrobił to za nią. -Dziękuję. -odpowiedziała tylko zapinając pas. Chłopak szybko zajął miejsce za kierownicą. Miasto prawie wcale się nie zmieniło od jej ostatniego pobytu, dobrych parę lat temu. Podziwiała każdą część znajomego widoku. Za każdym razem cieszyła się, że kolej znajdowała się przed Wisłą i wjeżdżając do serca miasta mogła podziwiać widok jak z pocztówek. Uśmiechała się do każdego milimetra tego urokliwego obrazka. Kierowca nie miał ochoty jej tego zabierać, dlatego też nic nie mówił. Nie chciał przerywać niemego powitania. Czasem cisza potrafi być bardziej wymowna, potrafi powiedzieć dużo więcej o drugim człowieku niż biografia pióra wybitnego pisarza. -Jesteśmy. -przerwał ciszę, wyłączając silnik. Wyciągnął bagaż z kufra, podał jej kluczyki od auta, odprowadził ją na pierwsze piętro. -Przekaż pani Makowskiej życzenia szerokiej drogi. Miło było Cię poznać. Do zobaczenia. -Pa. -wybąknęła tylko i weszła do mieszkania, jak zwykle potykając się o zbyt wysoki próg dębowych drzwi, którym od kilku dekad niestraszne żadne korniki. -Dzień dobry! -krzyknęła w przestrzeń. Usłyszała tylko trzaski z sypialni. Podążyła w tamtym kierunku. Zobaczyła perfekcyjnie spakowaną walizkę, wszystko poskładane w idealne kostki. Wiedziała po kim odziedziczyła dar zawodowego pakowania. Uśmiechnęła się. -Witaj ciociu. -ucałowała kuzynkę matki w oba policzki. -Zofio! Jak Ty wydoroślałaś! Prawdziwa kobieta z Ciebie! -Od dobrych sześciu lat. -podsumowała swój wiek. -Jak ten czas leci. A propos. Która to już godzina?-zatrzasnęła walizkę, spojrzała w lustro po raz kolejny, chwyciła w dłoń płaszcz. -Lodówka pełna, nie krępuj się, czuj jak u siebie. Lecę, jeśli chcę dojechać przed zmierzchem. Pa!-cmoknęła w powietrze i już wychodziła. -Ciociu? -zawiesiła klucze na palcu wskazującym. -Szerokiej drogi od Mela i ode mnie też. -dodała zwracając uwagę na dziwną konstrukcję zdania. Zanim skończyła się zastanawiać właścicielka mieszkania była już na parterze. Rzuciła okiem na mieszkanie. Nic się w nim nie zmieniało. Tak je znała od zawsze. Pachniało starym miastem, trochę muzeum, do pełni szczęścia brakowało jej herbaty, która rozgrzałaby jej zmarznięte ciało, po podroży w pociągu z nieszczelnymi oknami. Zapas naparów też nie rozczarował chwilowej lokatorki.
Przechadzała się jak zwykle. Bez celu, mapy, jakichkolwiek oczekiwań. Uwielbiała gubić się i odnajdywać. Poznawać nowe miejsca, a także odkrywać na nowo te znane jej zbyt dobrze. Pierwsze kroki skierowała do taniej księgarni, w której kupiła swoje pierwsze wiersze Brzechwy. Zakup spowodowany był piękną okładką, nie jakąś szczególną miłością do poety. Przejrzała kilka pozycji, próbując nie kupować wszystkich książek, które zainteresowały ją swoją tylną okładką. Nie mogąc się zdecydować wyszła ze sklepu z pustymi rękoma, tłumacząc się tym, że jeśli coś przyśni jej się w nocy, wróci kolejnego dnia. Dalej podążała za zapachem Starej Pączkarni, kupiła jeszcze ciepłego pączka z nadzieniem kukułkowym. Sentymentalizm pokierował jej dalsze kroki w stronę miejsca szkolnych wycieczek. Planetarium. Ostatnio była w środku z grupą gimnazjalistów, w erze jeansów biodrówek i dresowych bluz. Postanowiła zapytać w kasie czy uda jej się wejść na seans. -Za pięć minut zaczyna się kolejne wydarzenie. Ulgowy? -zapytała uprzejmie ekspedientka. Zosia podekscytowana kiwnęła tylko twierdząco głową. Przeszła przez cały hol, aby dostać się do sali ze sklepieniem niebieskim zamiast zwykłego sufitu. -Dzień dobry. -szepnęła, nie chcąc przerywać podekscytowania innych osób czekających na zgłębienie galaktyki. Podała w ciemną otchłań kawałek papieru na którym wydrukowane było miejsce jej przeznaczenia. -Chodź, tu będziesz miała lepsze miejsce. -spojrzała zdziwiona, mrużąc oczy, aby cokolwiek dostrzec w ciemności. -Mel? Pracujesz tu? -zaskoczona przeszła za konsolę i usiadła na stołku obok tymczasowego sąsiada. -Cii, pogadamy po seansie. Muszę się przywitać. -włączył mikrofon i spokojnym głosem konferansjera wyrecytował wyuczony tekst. Nie mogła oderwać oczu od jego sylwetki, a raczej zarysu oraz blasku metalowego mikrofonu gdzieś w okolicach jego ust. Lekko odrętwiała postanowiła jednak zacząć patrzeć na “niebo”, aby móc sobie cokolwiek przypomnieć z lekcji geografii. Zdecydowanie przydało jej się przypomnienie informacji ze szkoły średniej. -Nie sądziłam, że wiedza tak szybko umyka z mojej głowy. -odezwała się, gdy tylko na sali rozbłysnęły światła, a widzowie zaczęli kierować się do wyjścia. -Mógłbym po roku pracy tutaj ponownie podjeść do matury. Przez sen byłbym w stanie to wszystko opowiedzieć. -uśmiechnął się. -Dlaczego przyszłaś do planetarium? Zwiedzasz Toruń, pierwsza wizyta? -Raczej sentymentalna podróż. Przyjeżdżałam tu na wycieczki szkolne. Próbuję sobie wszystko przypomnieć, pozbierać wspomnienia, uporządkować, oddzielić jawę od wyobrażeń. Przepraszam, odciągam Cię od pracy. Sala już opustoszała. Dziękuję za najlepsze miejsce do obserwacji. Mam nadzieję, że nie będziesz miał przeze mnie problemów. Pa. -zawiązała szalik na szyi, rzucając chłopakowi ostatnie spojrzenie. -Zosia, poczekaj! Jeśli masz ochotę stworzyć jakieś nowe wspomnienia w Toruniu to wróć tu po dwudziestej pierwszej. Nie będziesz żałować. Do zobaczenia!
Wyszła nie do końca wiedząc co ma myśleć i tej propozycji. Jasność dnia zmusiła ją do powrotu do rzeczywistości. Spojrzała na zegarek. Było dopiero przed szesnastą. Przeszłą nad Wisłę, sprawdzić poziom wody. Rozmyślała. Wisła zmusiła ją do refleksji. Zatęskniła za przepięknym, magicznym, jej ulubionym Krakowem. Przez moment pomyślała jakby to było rzucić się wpław do rodzinnego miasta Smoka Wawelskiego. Zostawiła tam cząstkę siebie, aby móc wracać. Z zamyślenia wyrwały ją dreszcze, które nawiedzały jej ciało niepokojąco często. Sprawdziła godzinę, siedziała zdecydowanie za długo przy brzegu rzeki. Postanowiła znaleźć jakąś uroczą herbaciarnię, by móc rozgrzać zmarznięte kości. Zaufała miejscu, które za witrynowym oknem kusiło górą gier planszowych. Tam gdzie spędza się godziny z planszówkami nie mogą zrobić Ci krzywdy. Zamówiła mięte i usiadła przy stoliku w najbardziej ukrytym kącie, aby móc w spokoju poznawać dalsze losy Hani i Mikołaja.
Od dwudziestej chodziła i myślała. Szła w stronę planetarium i wracała w stronę kamienicy. Serce biło jej zbyt szybko. Zawsze dopowiadała sobie całą historię do poznania nowego mężczyzny. Potrafiła zagalopować się aż do trójki dzieci i piętnastej rocznicy ślubu. W tym przypadku doszła tylko do wielogodzinnych podróży pociągiem, aby dworzec mógł widzieć najbardziej romantyczne powitania i równie dramatyczne pożegnania. Otrzęsła się z marzeń, które skutecznie wzmagały się z każdym kolejnym utworem usłyszanym w słuchawkach. Za dziesięć dziewiąta zorientowała się, że stoi przed schodami prowadzącymi do głównego wejścia. Pokręciła głową i odwróciła się, kierując swoje kroki w drugą stronę. Usłyszała szczęk kluczy w zamku. -Dobrze, że Cię zauważyłem. -zatrzymała się w pół kroku. Odwróciła i dziękowała Bogu za mrok panujący na ulicy, który ukrył jej zaróżowione wstydem policzki. -Zapraszam. -wpuścił ją do środka, nie wypuszczając z lewej ręki miotły. -Bardzo zmarzłaś, czy ukryłaś się gdzieś przed mrozem? Wyglądasz jakbyś chodziła cały wieczór bulwarem. -Czytałam książkę w herbaciarni nieopodal. -rozmawiając przeszli do sali, w której już dzisiaj byli. -Wybierz sobie dowolne miejsce. Poczuj się jak u siebie. -włączył urządzenie projektujące konstelacje, a z głośników zaczęła sączyć się muzyka klasyczna. -Ja muszę ogarnąć jeszcze kilka spraw. Naprawdę niczym się nie przejmuj. -ściągnęła buty, nogi położyła na siedzeniu przed nią. Uśmiechnął się na widok jej kolorowych skarpetek. Zgasił światło. Została sama, otoczona nocnym niebem.-I jak? -zapytał wchodząc po dłuższej chwili nieobecności. -Zostań. Proszę. Przez większość czasu umierałam ze strachu, że ktoś mnie tu przyłapie. Posiedź ze mną. Pomogę Ci później sprzątać. -Właściwie skończyłem. Najlepiej, najwygodniej i najwięcej zobaczysz, gdy położysz się na podłodze. Serio mówię. Nie martw się, odkurzyłem zanim przyszłaś. -położył jej swoją kurtkę pod głowę. Sam oparł się o najbliższy fotel. Bardziej niż widok sklepienia usłanego migocącymi punkcikami interesował go inny widok. -Wiesz co jest najbardziej zaskakujące w tym miejscu? -zapytała przerywając ciszę, która o dziwo, nie była krępująca w jego towarzystwie. -Że nie czuć tu popcornu, który jest zmorą w innych “kinach” -zrobiła cudzysłów w powietrzu. -Zapach wykładziny i popcornu. -zaśmiał się cicho. -Nie śmiej się. Nienawidzę tego zapachu. Tutaj mi się podoba. W ogóle w kinach jedzenie powinno być zabronione, nie uważasz?
____________________________ Trzydzieści poduszek, kilka ciepłych pledów, trzysta sześćdziesiąt pięć dni później, łącznie czternaście tysięcy przebytych kilometrów, kilka tysięcy godzin nieskrępowanej ciszy, dwa kieliszki wina, jedno planetarium.













