Ze społecznymi skutkami eugeniki mamy do czynienia także w krajach zachodnich. Tu, inaczej niż w Azji, dotyka ona jednak przede wszystkim osób z wadami genetycznymi. Ponad 95 procent dzieci na zarodkowym czy embrionalnym etapie rozwoju, u których zdiagnozowano zespół Downa, jest w Stanach Zjednoczonych czy Norwegii usuwanych. Nie inaczej jest w przypadku zarodków poczętych metodą in vitro, u których przeprowadza się testy na mukowiscydozę, hemofilię czy inne schorzenia genetyczne i usuwa te, u których odkryte zostaną te schorzenia. Tak dzieje się zresztą nie tylko w przypadku dzieci dotkniętych wadami, które na pewno skończą się ich ciężką chorobą, ale także takich, które na chorobę mogą (choć wcale nie muszą) zachorować. Selekcja na szkle obejmuje także zarodki, które są nosicielami nieodpowiednich genów. I nie chodzi tylko o dzieci na najwcześniejszym etapie rozwoju z zespołem Downa, mukowiscydozą czy hemofilią, które eliminuje się – zazwyczaj wylewając je do zlewu – z definicji, ale również o zarodki, które są nosicielami genów, które mogą, choć nie muszą, doprowadzić w wieku dojrzałym do rozwinięcia się jakiejś formy raka. W University College Hospital w Londynie przyszła na świat dziewczynka, którą jeszcze na poziomie zarodkowym poddano testom na obecność wadliwego genu BRCA1, który może powodować raka piersi w wieku dorosłym. Aby takie testy miały sens, stworzono wcześniej jedenaście zarodków, i te, które były nosicielami wadliwego genu, zostały wyeliminowane... Takie podejście oznacza, że uznajemy, iż choćby Fryderyk Chopin, który – według części biografów – chorował na pewną formę mukowiscydozy – nie miałby prawa urodzić się w naszym doskonałym genetycznie społeczeństwie. I jakoś trudno nie zadać pytania, czy rzeczywiście świat bez niego byłby lepszy?