Special screenprint for the new restoration of Pink Narcissus (1971, dir. James Bidgood). Limited edition of 100, printed exclusively for screenings at the Metrograph cinema in New York City.
Pink Narcissus. Po romantycznej stronie undergroundu
Artykuł opublikowany w 4. numerze magazynu filmowego LOOPED.
„Well, most life is a movie, or a play or a musical or whatever. It’s amazing, and I don’t think enough people know this.”
James Bidgood
Nowojorscy widzowie, którzy w 1971 roku opuszczali niewielkie sale kinowe po pierwszych pokazach bajkowego „Pink Narcissus”, czuli się oczarowani i zdezorientowani. Mieli do czynienia z niezwykle dopracowanym, barokowym pod względem scenografii manifestem. Czego: homoseksualizmu? Rozbuchanej wyobraźni? Byłoby to dużym uproszczeniem.
Film „Pink Narcissus” to arcydzieło homoerotycznego kina offowego. W ostatnich latach nareszcie doceniony, doczekał się miana kultowego. Ale aż do początku lat dziewięćdziesiątych funkcjonował w oficjalnym obiegu jako anonimowa, enigmatyczna produkcja niedopasowywalna do całokształtu twórczości jakiegokolwiek znanego autora. A przecież w międzyczasie zdążył poszerzyć pole manewru dla kampowej estetyki, a swoją rozbuchaną kolorystyką i przepychem przeplatającym się z rozerotyzowanymi scenami znacznie wpłynął na film, fotografię i sztukę, inspirując takich twórców jak Pierre et Giles, David la Chapelle, Almodovar czy Fassbinder.
Ogród i buduar
„Pink Narcissus” nie posiada konkretnej fabuły. To siedemdziesiąt minut onirycznej narracji i marzeń bohatera: męskiej prostytutki śniącej na jawie w oczekiwaniu na klientów. Poprzez rozmigotany i tętniący nocnym życiem rajski ogród widzowie przedostają się wprost do tajemniczego mieszkania, w którym wędrują przez kolejne poziomy sennego upojenia bohatera i jego soczystych wizji. Przestrzenie, w których pogrąża się postać (raz wizualizowana w postaci bożka Pana, raz władcy haremu czy torreadora) są wypełnione przykurzonymi portretami i pogrążone w powiewach kolorowych firan. Dominuje wnętrzarskie shabby chic na ubogo: poczciwe dekoracje z efektem „do it yourself”, które udają pełne przepychu wnętrza, intensywne kolory z kamery 8 mm, plastikowe telefony z rzeźbionymi słuchawkami i zadymione lustra.
Dlaczego narcystyczna treść fetująca aż do przesytu erotyczne dążenie do upojenia pozostała lustrzaną przeciwwagą ukrytego autora? Pierwsi widzowie „Pink Narcissus” dzielili się na tych, którzy sądzili, że jest to kolejny film Warhola (ale skąd w takim razie wysublimowana, rokokowa stylizacja przestrzeni i romantyczna wizyjność? Jedynym aspektem mogącym wzbudzić takie podejrzenie, jest intensywność przeżyć widza-podglądacza) oraz na tych, którzy autorstwo filmu przypisywali Kennethowi Angerowi lub jednemu z innych niezależnych twórców filmowych.
„Różowemu Narcyzowi” bliżej jest jednak do eksperymentalnej azjatyckiej wrażliwości filmowej: przedkładającej wybuch czystego instynktu, symbolikę szczegółu, sens odkrywany między wierszami, a także zmysłowe przeczucia nad logikę przekazu. Wizualnie „Pink Narcissus” jest na wskroś romantyczny i kojarzy się z malarskością i rozmyciem piktorializmu, fotograficznego prądu z przełomu XIX i XX wieku. To też inspiracja kinem noir i niemieckim ekspresjonizmem filmowym, choć przepuszczona przez pastelowy i efemeryczny filtr.
Jak powstawał Pink Narcissus? Cierpliwość i fascynacja
W 1963 roku młody nowojorski hustler Bobby Kendall po raz pierwszy przekroczył drzwi pracowni swojego starszego przyjaciela. Jak opowiadał: „Nie przypuszczałem, że mogę się komukolwiek wydać atrakcyjny”. Jako główna gwiazda enigmatycznego przedsięwzięcia pomieszkiwał w tym niewielkim lofcie przez kolejne siedem lat. W tym czasie spotykał tam kolejnych aktorów, homo-, ale także heteroseksualnych, którzy przychodzili odgrywać swoje role. Obserwował też Jamesa Bidgooda, bo tak nazywał się autor specyficznego arcydzieła, i czasem nawet pomagał mu konstruować niezwykłe filmowe przestrzenie.
Kolejną osobą, która często odwiedzała mieszkanie, był Don L. Brooks, odtwórca roli Anioła. Bidgood wspominał w późnym wywiadzie, że Brooks około pierwszej, drugiej w nocy opuszczał apartament i udawał się na „poszukiwania talentów”. Czasami nieobecny całymi dniami, wracał przyprowadzając po kilkunastu hipisów: jakieś dzieciaki ściągnięte z ulic i chętne statystować w filmie za działkę marihuany.
James Bidgood był projektantem kostiumów i eksperymentalnym fotografem-portrecistą. Współpracownicy określali tego mężczyznę o ostrych brwiach jako ekstremalnego egocentryka: człowieka całkowicie zatopionego we własnej pracy. Pojawiał się w mieszkaniu trzymając rulony papierów, naręcza zwiewnych materiałów i torby z eksponatami (odrzuty z pracy; był dekoratorem witryn). Większość scenografii do filmu stworzył we własnym domu, całymi tygodniami sypiając na podłodze między rekwizytami. Cierpliwie dokręcał kolejne sceny na kamerze 8 mm, po czym znowu przekonstruowywał całość. Pozwalał scenograficznemu labiryntowi rozrastać się jak bujnej, pieczołowicie doglądanej roślinności
Niewinność i platoniczna fascynacja pięknem, nieuchwytność ideałów – ponieważ bohater, zupełnie jak mityczny Narcyz, pozostawał zainteresowany głównie sobą, do widzów odwracając się jedynie po potwierdzenie własnego piękna – to wszystko jest dzisiaj pięknym i może smutnym zapisem świadomości niezwykle wrażliwego autora. Bo Bidgood wbrew pozorom pozostawał całkowicie świadomy współczesnych mu realiów. Tylko w niektórych niuansach filmu można wyczuć jego dystans i krytykę rzeczywistości. Gdy w filmie bohater na moment porzuca bezpieczny świat buduaru rozkoszy i wychodzi na ulicę (a może tylko wyobraża sobie to wyjście), widzowie pozostają świadkami ironicznego i koszmarnego przedstawienia nowojorskich realiów. Times Square w krzywym zwierciadle Bidgooda to krzykliwa i mroczna mieszanka podejrzanych stoisk i bezzębnych alfonsów pogrążonych w świecie wiecznej nocy. Deszczowy rynsztok oświetlony natarczywymi neonami i reklamowymi hasłami w stylu „Come” i „Artificial Anus”.
Nieudana tajemnica
Produced by ANONYMOUS
Written by ANONYMOUS
Photographed by ANONYMOUS
Directed by ANONYMOUS
Podobno Bidgood kazał usunąć swoje nazwisko z napisów początkowych tuż przed pierwszymi seansami, ponieważ stwierdził, że cięcia i zmiany producenckie wprowadzone bez jego zgody całkowicie zrujnowały efekt kilkuletniej pracy. Jak mogło do tego dojść? Otóż w 1971 zniecierpliwione studio produkcyjne, które od lat czekało na zakończenie prac, po prostu przejęło film i zleciło edytorowi (Martin Jay Sadoff) okrojenie go i przerobienie kolejności scen. Tymczasem w zamierzeniu autora wszystko od początku do końca stanowiło dopracowaną, przemyślaną i nieedytowalną całość. W jednym z wywiadów Don L. Brooks („Anioł”) wspomniał, że po konfrontacji z producentami jeszcze jakiś czas po podłodze pracowni walały się ścięte fragmenty filmu, po czym ktoś wyrzucił je na śmietnik.
Co prawda sam Bidgood przyznaje, że po pierwszych projekcjach filmu „Pink Narcissus” w 1971 roku w towarzystwie krążyły ciche plotki, że autorem „może być John, ten fotograf czy twórca kostiumów”, natomiast nikt nie potwierdzał tego oficjalnie i informacje te przez lata mieszały się na dobre z wszelkimi innymi sugestiami autorstwa wysnuwanymi przez ciekawskich widzów. W latach dziewięćdziesiątych Bidgooda odkrył dla szerokiej publiczności pisarz Bruce Benderson, zafascynowany w tamtym czasie tematyką ćpunów i męskich prostytutek (w 1999 roku Taschen wydało utworzoną przez niego monografię filmową i fotograficzną zatytułowaną po prostu „James Bidgood”), a w 2003 roku Strand Releasing wznowiło film „Pink Narcissus” pod nazwiskiem autora.
Z wypowiedzi Bidgooda można wysnuć wnioski, że chodziło mu o efekt pozytywnego zaskoczenia. Były lata siedemdziesiąte, a on po długim okresie ciężkiej pracy we własnym zaciszu liczył na to, że anonimowość paradoksalnie przysporzy mu popularności. Chciał zostać wykreowany na tajemniczego i bezkompromisowego twórcę. Duża szkoda, że premiera jego filmu zbiegła się z premierą „Boys in the sand”, pierwszej gejowskiej produkcji porno, która odniosła duży komercyjny sukces. To dlatego „Pink Narcissus”: niezauważony, a przez nielicznych zdezorientowanych widzów uznany za trącący myszką, na długie lata usunął się w cień.
Romantyzm
W nielicznych wypowiedziach Jamesa Bidgooda można wyczuć optymizm, a nawet tendencję do myślenia magicznego. Przyjechał do Nowego Jorku we wczesnych latach pięćdziesiątych i jak sam przyznał: „Myślałem, że przyjadę do Nowego Jorku a dziesięć minut później będę już tańczył i śpiewał na Broadwayu. To bardzo naiwne ale ja lubię uczepiać się naiwnych koncepcji, są miłe. Jako chłopak z farmy, przybyłem do wielkiego miasta i myślałem – będę gwiazdą! A oczywiście skończyłem jako drag queen.”
Po kilku latach obcowania z drag queens został twórcą ich kostiumów, scenografem wystaw okiennych i konsekwentnym w stylu fotografem (należy pamiętać o tym, że Bidgood od 1963 roku wykonywał kreacyjne portrety z dokładnie takim samym założeniem estetycznym, co jego film, oraz z tymi samymi modelami; całymi dniami śpiąc i żyjąc wewnątrz własnych aranżacji przestrzennych pokrywających przestrzeń niedużego mieszkania).
Czy w naszych czasach jest miejsce dla twórców pracujących nad dziełem przez tyle lat? Swoiste poczucie misji i romantyzmu, które sprawiło, że autor „Pink Narcissus” poświęcił mu tyle czasu, jest zjawiskiem obcym w cywilizacji witającej co chwila młodych, dwudziestokilkuletnich artystów i oczekującej od nich natychmiastowej weryfikacji jakości dzieł poprzez szybki sukces. Być może historia mężczyzny tak zafascynowanego swoim obrazem i aktorem, że przestał myśleć o terminach i traktował twórczość jako czysto narcystyczny akt, jest dla niego równie niebezpieczne, co dla mitycznego Narcyza (zapatrzenie we własne dzieło na zawsze wtrąciło go w świat offowego kina niższej klasy, bez ogólnego poklasku i samozachwytu wynikającego ze sławy).
Zarazem jest to jednak pochwała czysto estetycznego zachwytu formą, sztuka dla sztuki. Twórczość nie nastawiona na osiągnięcie wyrazistych rezultatów w określonym czasie; nie wykalkulowana, będąca czystą autorską kontemplacją i zbiorem wrażeń chowanych do szuflady. To zaoferowanie widowni nie nachalnej promocji, ale wprost przeciwnie: założenie dotarcia do niej (jeśli to w ogóle nastąpi) pokątnie i przypadkowo. Czy taka filozofia się opłaca? W przypadku Bidgooda czysto personalne podejście do wykonywanej pracy i romantyczna wizja poświęcenia dla artystycznych ideałów skończyły się tak, że do dzisiaj odkryć jego filmowe dzieło potrafi tylko ten, kto naprawdę bardzo głęboko zajrzy w to zwierciadło.
Ewa Szatybełko 2014
Link do oryginalnego artykułu
Wersja angielska