Carlisle School for Girls
080118
– Proszę się nie przepychać! – krzyczy pani Pince po raz trzeci, kiedy kolejna nieuważna, dziewczęca stópka staje na nowym, haftowanym dywanie, leżącym na środku westybulu, tuż przed masywnymi, wielopoziomowymi schodami, które dwiema wstęgami rozchodzą się na boki.
Jest ciasno. Dwieście pięćdziesiąt jeden dziewcząt z trudem mieści się na stopniach, uważając, aby nie zaburzyć ustalonych przez panią Pince odległości, a jednocześnie, aby nie pognieść skrupulatnie wyprasowanych fartuszków i granatowych sukienek.
Wygładzam dłońmi biały materiał, a potem splatam je na brzuchu i spoglądam w stronę wejścia, ignorując łokieć Gemmy Beiler, który wbija mi się między żebra. Przed sobą widzę tylko rzędy schludnych kołnierzyków, koczków i warkoczy elegancko upiętych spinkami tak, aby nie wystawał nawet jeden włosek. Mam to nieszczęście stać na samym środku, gdyż opiekunki zdecydowały, iż najestetyczniej będzie podyktować miejsca według wzrostu. Nie jestem najniższa – te stanowiska przypadły najmłodszym wychowankom. Jedenastu sześcio i siedmiolatkom, które teraz dumnie prężą się na pierwszym schodku, uważając, by nie nadepnąć na „świąteczny dywan”, który pani Pince rozkłada w westybulu tylko w przypadku przybycia wyjątkowych gości.
Jak dziś.
Tak naprawdę żadna z nas nie wie dokładnie, kto ma przyjechać. Znamy oczywiście jego nazwisko, znamy zasługi jego oraz jego rodziny. Opiekunki dołożyły wszelkich starań, aby nauczyć nas tych rzeczy jak pacierza, który musimy odmawiać wspólnie po kolacji. To obecny właściciel ziemi, na której stoi ten przybytek, jego główny sponsor, jego ofiarodawca. Ten, za pieniądze którego jemy chleb i czytamy książki. Ten, który płaci za wakacyjne wycieczki do Londynu. Ten, dzięki któremu co roku obchodzimy przyjęcie sylwestrowe i dzięki któremu część z nas może tutaj zostać również w czasie wakacji, kiedy większość wyjeżdża do rodzin.
– Chcę mu się spodobać! – szczebiocze Gemma, poprawiając złociste pukle włosów, okalające anielską buźkę. – Żeby wziął mnie za żonę i stąd zabrał! Nigdy nie musiałabym pracować.
– Pewnie jest stary. – Słyszę odpowiedź dobiegającą gdzieś zza nas, a po głosie poznaję Harriet Jones.
– To co? – Gemma wydyma wargi. – Ważne, że bogaty.
Ja milczę, jedynie przypatrując się drzwiom i pani Pince, która pedantycznie poprawia fartuszki dziewcząt w pierwszych rzędach oraz przypomina im, jak mają witać naszego gościa, jak dygać, jak wręczać mu kwiaty i prezenty.
Przed domem powstaje poruszenie. Pani Pince i jej dwie pomocnice stają na środku holu i nerwowo wpatrują się w drzwi, wyczekując ich otwarcia.
Aż w końcu słychać skrzypnięcie zawiasów, stukot butów otrzepywanych ze śniegu, głos stangreta, proponującego, że weźmie płaszcz od gościa, a potem cichą, stonowaną odmowę, wypowiedzianą innym, męskim głosem. Czuję, jak dziewczęta wokół mnie spinają się w oczekiwaniu, w niepewności, a niektóre w niezrozumiałym dla mnie poruszeniu. Jakby czekały na księcia z bajki. Na bohatera książek, które czytają w czasie wolnym. Jakby ignorowały fakt, że w progu sieni za chwilę stanie starzec – przeciętny, być może uroczy, ale zupełnie zdziadziały. Może gruby. Może siwy. Może całkiem pomarszczony. Na pewno bogaty.
– Dzień dobry! – woła piskliwie pani Pince, kiedy mężczyzna przekracza próg sieni, a moje oczy otwierają się szeroko w zaskoczeniu…











