Peachy Little Trader Girl
180318
Muzyka tętni w ścianach. Wypełnia je. Podłogi skrzypią, a odgłosy wrzawy docierają do moich uszu, nawet, jeśli dzieli mnie od niej gruby strop. Jęki skrzypiec Franza i hałaśliwe uderzanie w klawisze pianina co chwilę zakłóca czyjś donośny śmiech – jakiejś rozochoconej panienki albo rozbawiony baryton gentlemana. Uśmiecham się błogo, wsłuchując w te odgłosy. Pełne życia, pełne radości. Tupot stóp tańczących wystukuje rytm muzyki. Przez otwarte okno słyszę żałosne marcowanie jakiegoś zachrypniętego kocura.
Wstaję, widząc gęsią skórę na jej różowej skórze. Gdy tylko odrzucam czerwoną narzutę, również do mnie dociera podmuch chłodnego powietrza, więc zbliżam się do okna i chwytam za haczyki, by przyciągnąć okiennice do siebie i je zamknąć. Wychodzi na ciasną uliczkę. Nie ma stąd żadnego widoku, zaledwie kilka metrów dalej, naprzeciwko, znajduje się wysoka, stara kamienica – całkiem opuszczona. W jej oknach nigdy nie pali się światło.
Otulam się szczelniej kocem i podchodzę do kominka. Ogień się dopala, wiec dorzucam do niego kilka niewielkich polanek, aby jeszcze przez chwilę oświetlał pomieszczenie. Na moje usta znów wpływa błogi uśmiech. Przesuwam dłonią po włosach, odgarniając je do tyłu, a potem zerkam na dziewczynę, skuloną pod kolorowym baldachimem z licznych materiałów, przybitych gwoździkami do sufitu nad łóżkiem. Jej nagie ciało otula luźna, biała koszula, której rozchylone poły ukazują słodkie, okrąglutkie piersi. Jasne włosy rozsypują się na poduszkach, a pełne, truskawkowe wargi poruszają się delikatnie, kiedy przez nie oddycha.
Jest słodka. Przyjechała tutaj z ojcem, który handluje damskimi bibelotami. Kupiłam od niego perfumy, które przyniosła mi do teatru, więc zaprosiłam ją na dzisiejsze przedstawienie.
Podnoszę się i podchodzę do stolika. Jestem boso, a chropowate deski drapią podeszwy moich stóp. To przyjemne uczucie. Znajome, domowe. Proste. Wlewam sobie do miedzianego kubka trochę miodu pitnego z dzbanka i piję powoli, patrząc na uroczą handlarkę, śpiącą pośród mojej pościeli. W świetle kominka jej skóra wydaje się różowawo złocista, jak dojrzała brzoskwinka, chociaż rano, gdy przyniosła mi w plecionym koszyczku dwa flakoniki perfum, zdawała mi się całkiem biała. Jak śnieg, który spadł w nocy i przykrył wąskie uliczki przy teatrze.
Podchodzę na palcach do łóżka i ostrożnie się na nie wsuwam, najpierw opierając kolano na rozchełstanej, stygnącej pościeli. Nie chcę jej obudzić. Zapewne wtedy przyjemny czar ciepła i wygody pryśnie, a ona, przestraszona, zacznie się w pośpiechu ubierać, wiązać sznureczki taniego gorsetu i ucieknie, wyklinając się na Boga, że nie jest grzesznicą. Że diabeł zwiódł ją w moje sidła. Do mojej alkowy. Wzdycham, przyglądając się jej. Opieram kubek na kolanie ugiętej nogi, a głowę opieram o welon spływającego za łóżko baldachimu. Pozwalam, by koc zsunął się z moich nagich ramion i przez chwilę z zainteresowaniem przyglądam się własnemu, czarnemu pieprzykowi, który widnieje na lewej piersi, aż moją uwagę przykuwa ruch dziewczyny.
Wzdycha cichutko i podnosi się na rękach, a jej blond loki opadają w dół, zasłaniając jej twarz.
– Powinnam iść – mówi szybko, a wstaje jeszcze prędzej, od razu podrywając z surowych desek swoje pończochy. – Ojciec będzie mnie szukał. Wścieknie się…
Nie mówię nic, jedynie przechylam głowę i przyglądam się jej, gdy gorączkowo naciąga wełniane pończochy, a potem spódnicę. Jest roztrzęsiona. Nie ma w niej już nic z tego ciepła, którym obdarzyła mnie zaledwie godzinę temu. Nic z tej wolności. Z chęci podjęcia ryzyka. Z odważnego błysku w oku, którym chciała mi zaimponować. Pokazać, że jest niezależna. Teraz jest spłoszoną, pobożną dziewką, która boi się, że popełniła błąd. Która zastanawia się, jak powiedzieć księdzu na spowiedzi o tym, co uczyniła. Nie powie o tym. Zachowa to do końca życia dla siebie i będzie zmawiać różańce, błagając o wybaczenie. Wzdycham.
– Przyjdziesz jeszcze do teatru? – pytam, kiedy łapię jej spojrzenie.
Bierze leżący w nogach łóżka gorset i go zakłada, a potem zaczyna nerwowo zaplatać jego sznureczki. Jej milczenie jest dla mnie irytujące. Nie patrzy na mnie, skupiając wzrok na swoich palcach. Drżą, gdy przeplata nimi wstążkę przez pętelki. Odstawiam kubek na podłogę i przysuwam się do niej. Kiedy pokonuję dzielącą nas odległość, w końcu spogląda na mnie i zastyga w bezruchu, niczym sparaliżowane ze strachu zwierzę. Klęcząc u podnóża łoża, chwytam za porzucone przez nią sznurki gorsetu i zaczynam je wiązać.
– Przyjdziesz?
– Nie sądzę. Wyjeżdżamy z ojcem jutro… – odpowiada cicho.
Kiwam głową i zawiązuję kokardkę na szczycie gorsetu. Wydaje mi się, że mi dziękuje, ale robi to tak cicho, że dostrzegam jedynie niewyraźny ruch jej warg. Odsuwa się i zabiera z krzesła swój płaszcz, którym otula ramiona i rusza do drzwi. Ja natomiast opadam z głośnym westchnięciem na pościel. Gdy drzwi trzaskają, obracam się na brzuch i przyciągam do siebie jedną z poduszek, by podłożyć ją sobie pod głowę.
Zabawa na dole trwa dalej.








