„Znam kogoś, kto cię szuka” – powiedziała mi pod kinem tajemnicza blondynka. Niestety, miała na myśli Urząd Skarbowy. Aby się przed nim schronić, postanowiłem pójść raz jeszcze na „Pana Turnera”. Podczas seansu wpadł mi do głowy pomysł na morderczą drinking game: pijemy za każdym razem, gdy brytyjski malarz chrząka albo charcze. Inna sprawa, że tego rzężenia i tak słucha się znacznie lepiej niż na przykład dialogów w „Chemii”. Gdy myślę o Turnerze, od razu mam przed oczyma także Rainera Wernera Fassbindera. Głównie dlatego, że na pewnym etapie obaj mogli bez trudu zagrać w „Babe – śwince z klasą”. W filmach niemieckiego reżysera lubię głównie plansze z tytułami – „Miłość jest zimniejsza niż śmierć”, „Strach zżerać duszę” czy „Ostrzeżenie przed świętą dziwką” (dlaczego mam wrażenie, że wszystkie dotyczą mojego ostatniego związku?). Niestety, potem przychodzą aktorzy i wszystko idzie się pieprzyć. No dobrze, przyznam jeszcze, że Fassbinder imponował mi swoim stylem życia: działka koki, przypadkowy seks, trzy godziny snu. Wy męczycie się tym po tygodniu Nowych Horyzontów, a Rainer wytrwał ponad 40 lat!