Dochodziła północ, a ja przewracałam się z boku na bok, próbując zasnąć. Czasami ogarnia mnie pusty śmiech, bo myślę sobie, że moje życie jest pełne różnego rodzaju zwrotów akcji, których nikt nie znajdzie w hollywoodzkich filmach. Jakby Stary siedział tam na górze i dobrze się bawił, rzucając kostkami. Problem w tym, iż opcje, które wypadały przy kolejnym rzucie były naprawdę kiepskie, a ja musiałam się z tym i w sumie wciąż muszę się z tym mierzyć. Czasami myślę sobie "Dobra, już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, ani złamać", a potem okazuje się, że owszem — jest w stanie. Jakby ta niewidzialna granica absurdu przesuwała się wciąż i wciąż, testując, czy podołam tym razem i czy aby na pewno to udźwignę. Jakby ktoś dał mi rolę testera rozczarowań, przypałów, rolę, której no nie chcę. Czasami zastanawiam się, czy tylko ja mam tak żałośnie śmieszne życie, czy może znajdzie się jeszcze jeden ochotnik, który chciałby podzielić się ze mną swoją historią. Cóż, skłamałabym, gdybym powiedziała, że tego nie lubię. Moje życie nieustannie mnie bawi i cieszę się, że to dotyczy mnie. Lubię mieć świadomość o braku choćby jednego, spokojnego tygodnia, no bo przecież regularnie, co tydzień musi odjebać się coś, co rozkłada mnie na łopatki.
Jeśli złapałam twoją uwagę, wtrącę tylko, że możesz zaobserwować mnie na insta: https://www.instagram.com/zoyaspoetry/
Życie bywa przewrotne. Mniej więcej dwa tygodnie temu nie sądziłam, że znowu spróbuje mnie złamać. Jeszcze z tym walczę, ale już brakuje mi tchu, więc skłaniam się ku myśli, że mam naprawdę przejebane. Po prostu boję poddać się myśli, iż to dzieje się na serio, bo doskonale wiem, że jeśli przyznam to przed samą sobą, nie będzie odwrotu, a ja zmienię się w popiół. I owszem, może chciałabym być nicością jeszcze jeden raz, ale czy to jest tego warte?
Pamiętam ten jeden wieczór, gdzieś w środku lutego, trzy lata temu, gdy po 72 godzinach bez snu, będąc kłębkiem nerwów, siedziałam w swoim domowym wtedy biurze, ledwo żywa, robiąc kampanię marketingową dla mojego kumpla z Ameryki Środkowej i cicho przeklinałam na swój własny los. To był jeden z moich pierwszych, wielkich aktów buntu. Chciało mi się żałośnie wyć. Moje życie było wtedy w stanie kurewskiego rozpierdolu, a ja nie chciałam tego sprzątać. Kilka tygodni wcześniej mój znajomy trochę mnie dobił.
"Kiedy ostatni raz robiłaś coś po raz pierwszy, tylko dla siebie, ale tak, by mieć z tego radość? Kiedy ostatnio przyjęłaś jakieś wyzwanie, które dałoby ci satysfakcję?" - zapytał, a ja przewertowałam w głowie całe swoje życie i dotarło do mnie, że ja, kurwa, utknęłam. Utknęłam w jakimś ponurym miejscu, które trzymało mnie w szponach, nie chcąc wypuścić. A może to ja nie chciałam odchodzić z tego miejsca, bo bałam się i nie sądziłam, że mogę sobie dać radę sama.
Czasami człowiek tak bardzo przyzwyczaja się do tego, że znajduje się w chujowym położeniu, iż wszystko staje mu się obojętne.
Jednak ziarenko zostało zasiane. Patrzyłam w lustro i myślałam sobie "Nie zasługujesz na to, dziewczyno. Nie urodziłaś się po to, by umierać pod czyimś butem."
I kilka dni po tamtym wieczorze poznałam mojego serdecznego przyjaciela — Emre. Wiecie, ja wtedy pędziłam na pociąg, a on niespodziewanie wyrósł obok mnie z pytaniem o jakąś pomyłkę na bilecie. Owszem, czasami zdarzało mi się oglądać tureckie seriale, ale nie spodziewałam się, że ktoś przywita się ze mną krótkim "Selam".
W marcu oglądaliśmy "O północy w Pera Palace", a Emre był człowiekiem, który wyciągnął mnie z ostatniego, tak poważnego epizodu depresyjnego. Aż do dzisiaj to smutne bagno do mnie nie wróciło. Zasypialiśmy o trzeciej nad ranem, a ja wtedy zaczęłam żyć z poważną świadomością o tym, że los sobie ze mnie zakpił, bo powinnam urodzić się w Turcji, a nie w Polsce. Jakiś brakujący element układanki pojawił się na planszy, a ja... Musiałam coś zrobić ze swoim życiem. To wtedy, po raz pierwszy, poszłam na zajęcia z tureckiego, kontynuując akt swojego wielkiego buntu. Ale nie miałam siły. Przygniotła mnie rzeczywistość, w jakiej żyłam i z którą musiałam się zmierzyć, zanim naprawdę umrę pod czyimś butem.
To był jeden z niewielu momentów w całym moim życiu, gdy sytuacja była zbyt poważna i traumatyczna, a ja wieczorami leżałam w wannie i zastanawiałam się, czy nie powinnam po prostu się w niej utopić. To jest historia, o której z reguły nikomu nie opowiadam, bo odcisnęła na mnie takie piętno, że na samą myśl chce mi się znowu wyć. To jeden z najmocniejszych przykładów na potwierdzenie mojej teorii "Jebać miłość". Owszem, jebać, bo z tego nigdy nie wychodzi nic dobrego. I owszem, zapewne milczałabym dalej, udając, że to wcale mi się nie przydarzyło, ale głównego bohatera tej historii spotkałam na ulicy. Miał się skurwiel, o wiele lepiej, niż sądziłam. Jakby to nie on odniósł największe obrażenia po tym syfie, zwanym "miłością".
Nie wejdę w szczegóły, ale... Do dzisiaj myślę sobie "Na co ci to było, dziewczyno? Na co było ci poświęcać całą siebie, łącznie ze swoim zdrowiem, pracą, przyjaźniami i poczuciem bezpieczeństwa?".
Po co? Tylko po to, by móc "umrzeć z miłości"? Kurwa mać. Chce mi się śmiać. Jakżesz wkurwia mnie to. Naprawdę byłam warta tyle, co nic, skoro pozwoliłam, by to skurwiałe uczucie mnie zniszczyło? W imię czego w ogóle? Dlaczego wtedy myślałam, że to wspaniały pomysł? Tylko po to, by na łożu śmierci powiedzieć sobie "Ale przynajmniej spotkałam miłość." - Chryste, mam nadzieję, że już nigdy nie wpadnę na taki skandaliczny pomysł. Przepełnia mnie swojego rodzaju frustracja i cały ciąg różnych rozkmin z tym związanych. Historiami z nieudanych związków i relacji mogę sypać, jak z rękawa. I każda ta opowiastka sprowadza się do jednego — nigdy więcej.
Wszyscy doskonale wiedzą, że ja jestem bardzo wybrednym człowiekiem. Niewiele mi potrzeba, bym zraziła się do kogoś, kto próbuje przebić się przez mój mur. I potrafię odrzucić taką osobę w pięć minut, bez możliwości powrotu, bez jakiegokolwiek żalu, ani smutku. Albo, gdy wyczuję, że dana relacja nie ma nic wspólnego z miłością, a jest tylko marną podróbą, która udaje lepszą, niż jest w rzeczywistości. W większości przypadków miało to na celu uśpienie mojej czujności, odebranie mi kontroli, pod płaszczykiem "Jesteś taka cudowna, Zoya, kocham cię" - ale żadne z was, głąby, nigdy w życiu nie miało pojęcia, o czym bredzi. Jedyną osobą, w całym moim pojebanym żywocie, jaka mogła mnie kochać, był Ce. I on jako jedyny wiedział, co to w ogóle znaczy. Czasami tęsknię za nim. Chciałabym, żeby pojawił się w moich drzwiach z tym swoim uśmieszkiem, paczką Marlboro Ice Blastów w kieszeni i gorącą czekoladą w kubku. By powiedział mi "Jesteś najmądrzejszą osobą, jaką znam." i że "Przecież za rok będziesz w swoim ulubionym Gdańsku, na wymarzonych studiach, z daleka od tych wszystkich rozczarowań". No tak... Tylko ciężko, żeby stanął w moich drzwiach, skoro od niemal dziesięciu lat gryzie kwiatki od spodu, a Marlboro Ice Blasty zostały wycofane ze sprzedaży jakieś pięć lat temu. Czasami patrzę w gwiazdy i zastanawiam się, czy wie, na kogo wyrosłam. Czy jesteś ze mnie dumny? Widzisz, w jakie gówno się pakowałam nie raz i nie dwa? I czy myślisz, że mógłbyś mnie od tego uchronić, gdybyś tylko był obok? Wiem, że jesteś dumny. Siedemset razy mówiłeś mi o tym, jakie ze mnie ziółko i że zszokuję ten świat. A kolejny tysiąc razy wspominałeś o tym, jaka jestem silna i na pewno nie dam sobie w kaszę dmuchać. Tutaj troszkę się pomyliłeś, ale no cóż, każdemu zdarzają się błędy.
Znaczy się, obecnie myślę, że masz mocnego konkurenta. I ten konkurent przesiaduje ze mną wieczorami, pijąc Pepsi Zero z puszki, a ja ostatkiem sił zastanawiam się, jak do tego doszło i jak mam to zatrzymać.
Czy jestem niesprawiedliwa w swoich osądach? Być może. Czy jestem suką z piekieł? Być może. Czy mam za wysokie wymagania, choć w twoich oczach, nie jestem w stanie ich odwzajemnić? Być może. Ale skoro taka myśl pojawiła się w twojej głowie, to oznacza tylko jedno. Nie znałeś prawdziwej mnie, bo ci na to nie pozwoliłam.
Każda z tych żałosnych historyjek kończyła się szybciej, niż się zaczęła, bo ulatniałam się, zanim szambo wylało na dobre. Zawsze miałam jakiś powód, który przekreślał ich wszystkich w moich oczach. I wydawało mi się to całkiem rozsądne.
I siedzę sobie tak teraz, słuchając Cannons i myślę sobie, właściwie odkąd dzisiaj się obudziłam, że... Nie umiem znaleźć ani jednego powodu, który mógłby przekreślić Cię w moich oczach. A wierz mi, staram się to zrobić nieprzerwanie od 5:15, gdy obudził mnie dźwięk nowej wiadomości, którą mi wysłałeś (swoją drogą uważam to za zabawne, bo ja zawsze miałam wyciszony telefon i ktoś mógł dobijać się do mnie godzinami, a Ty jesteś pierwszą osobą w moim życiu, od której powiadomienia chcę słyszeć i widzieć). Chyba wolałabym, żeby jednak jakiś powód się pojawił. Bez tego wiem, iż mam przejebane i przepadnę na dobre. Ale myślę o Tobie, jako osobie i widzę same green flagi, a to się nigdy, kurwa, nie zdarzyło. Mówię to całkiem na serio. Ja mam radar w głowie i w oczach, zdroworozsądkowe podejście i u mnie nie występuje coś, co ludzie nazywają noszeniem różowych okularów, zauroczeniem, ani zakochaniem się. Ja w inny sposób klasyfikuję ludzi w głowie, ja po prostu wiem, czy jesteś moim człowiekiem, czy może jednak za chwilę każę ci palić wroty. I przeraża mnie to. Naprawdę mnie to, kurwa, przeraża. Nikt, w całym moim zjebanym życiu, nie brzmiał dla mnie jak mentalny, ciepły przytulas. Jesteś jak ciepły i milusi koc, który otula mnie po ciężkim dniu. Wiecie, o czym mówię. Na pewno czasami czujecie przy kimś, że to wasza osoba, szyta na miarę.
Mam za sobą wiele pochmurnych dni, w których nienawidziłam albo siebie, albo kogoś innego. Ostatnie trzy lata spędziłam na odbudowaniu samej siebie, swoich marzeń, pragnień i swojego spojrzenia na świat. Musiałam dotknąć niebezpiecznej granicy, jaką jest szpitalne łóżko, by dotarło do mnie, jak poważna jest moja sytuacja i jak bardzo chcę, by moja życiowa iskra nie zgasła.
Pamiętam ten dzień, w którym Cię poznałam. To był wrzesień, ciepły dzień, a ja kisnęłam w pracy, odliczając minuty do końca. Nie wiem, czego bardziej wtedy nienawidziłam - swojego losu, bo znowu postawił mnie w tak absurdalnym miejscu, siebie samej, bo nie umiem się ogarnąć, a może jakiegoś klienta, który zawraca mnie pytaniem o prozaiczną rzecz. Jakby... Przepraszam, nie mam ochoty rozwiązywać problemów innych ludzi, którzy sami nie potrafią tego zrobić. A Ty, bez żadnej ściemy, czajenia się, wszedłeś do środka, ubrany w śnieżnobiałą koszulę i ten cholerny garnitur i rzuciłeś coś w stylu "Jak wyglądam? Zajebiście, prawda?" - i wiesz, normalnie, gdyby był to ktoś inny, skrzywiłabym się i dowaliła jakąś ironiczną ripostę, ale patrzyłam na Ciebie i myślałam sobie "Chryste, a co to jest za wariat?". Niemalże od początku czułam, iż masz dobre serce. Obserwowałam Cię i widziałam siebie sprzed kilku lat - samego w obcym kraju, wśród obcych ludzi, którzy Cię nie rozumieją. Myślałam sobie "Nie no, nie będę mu tego utrudniać. Przeniósł się niemal 2 tysiące kilometrów do obcego państwa, nauczył się obcego, trudnego języka, nie będę jedną z tych chamskich szmaciur, która obdziera go z resztek godności, tylko dlatego, że nie jest Polakiem." - i to wyszło tak naturalnie, iż dopiero po wielu miesiącach to do mnie dotarło. Pokazałam mu przyjazną część siebie. Wiele ryzykowałam, owszem. Ale najwidoczniej opłaciło się. Wkurzałam się na ludzi i nadal się wkurzam, bo ludzie to gnidy, które mają czelność oceniać Cię, a we mnie od razu budzi się demon, który zmiótłby ich wszystkich z powierzchni tego miasta. Niczego tak bardzo nienawidzę, jak momentu, w którym ktoś skacze z pyskiem do moich bliskich i jestem w stanie w odpowiedzi ukazać swoją najgorszą, najniebezpieczniejszą twarz, jaka w ogóle istnieje. A wierzcie mi, nawet mnie ta wersja przeraża.
Złamałeś moje wszystkie bariery. Kupiłeś mnie tym, jak łapiesz mój sarkazm w locie. Niewielu ludziom się to udaje, a ja zawsze doceniam, gdy ktoś jednak mnie zrozumie. Przez nawet jeden, jedyny moment we mnie nie zwątpiłeś - i ja w Ciebie też nigdy nie wątpiłam. Jako jedyny dostrzegłeś moje złote serce - wiesz, że ja go nie okazuję byle komu. Chciałabym, żeby wszyscy wiedzieli, jaką osobą jesteś. By wiedzieli, że jesteś ostatnią i jedyną osobą, o tak diamentowym sercu, jaką przyszło mi spotkać.
I przeraża mnie to wszystko, bo wiem, że zapewne nie jestem w stanie dorównać Ci w żaden sposób. Halo, ja jestem małym szajbusem, z bardzo surowym spojrzeniem na świat i innych ludzi. A Ty... To po prostu Ty, całym sobą. I tak jakoś, od dwóch lat, krążysz w pobliżu, widząc we mnie coś, czego nawet ja sama nie widzę i podziwiam Cię za to, by trzeba być chyba ślepym, albo głupim, widząc we mnie wartość. Albo totalnie zakochanym, czego ja nie chcę przyjmować do wiadomości.
I cały myk polega na tym, że ja, kurwa, nie umiem z tym walczyć. Ja nie chcę z tym walczyć, choć próbuję, odkąd obudziłam się o 5:15. Nawet jeśli wiem, że będę tego żałować.
Więc rozpal ten ogień, Słonko.
Najwyżej po raz kolejny zostaną ze mnie same zgliszcza.