09 There’s no place like London, czyli w teatrze najlepiej
Na wstępie przepraszam i kornie na kolana padam – wybaczcie, że tak długo kazałam czekać na nowy tekst. Wiele się złożyło na taki obrót spraw (m.in. podróże małe i duże, studia, goście, święta, bycie perfekcyjną panią domu… takie tam). W każdym razie – jestem, pamiętam, piszę.
W ramach miesiąca kwietnia propaguję dobrą muzykę, pod każdą postacią. Na fejsie codziennie pojawia się jakiś bliski memu uchu/sercu śpiewający artysta. Mapril trwa, dziś przenosimy się w trochę inne rejony, niebezpieczne może, nieznane pewnie wszystkim, a może i (niesłusznie!) pogardzane – dzikie ostępy musicalu. Zróbmy może mały KEJS z jednego z moich ulubionych, a cudownym zrządzeniem losu i prawdopodobnie z woli bogów widzianym ostatnio w Londynie Golibrodzie (co za piękne słowo! prawie tak piękne jak rubaszny. Rubaszny Golibroda. Rubaszny Sarmata. Sorry, poniosło mnie.) z Fleet Street.
Przypadek? Nie sądzę
Punktem wyjścia niech będzie może uwaga, że nie jest tak, jak się może wydawać – niestety, choć bardzo bym chciała, nie wożę się po Londynie co dwa tygodnie. Nie ma co ukrywać, że jest to raczej długo planowana i dość kosztowna wyprawa, która zawsze – tak wyszło – wiąże się z jakimś arcykulturalnym wyższym celem, czytaj: koncertem, wystawą lub spektaklem, którego nie uraczę nigdzie indziej w świecie. Zwykle pewnie z artystą, którego znam z telewizji/filmu/skądśtam, i z nabożną niemal czcią śledzę jego poczynania. I jak już się dostanę do, powiedzmy, teatru w którym akurat gra, nie ważę się prawie oddychać, żeby nie uronić ani słowa z jego fantastycznego występu. Normalni, rozsądni ludzie kupują bilety na takie właśnie z dawna wyczekiwane wydarzenia kilka miesięcy wcześniej. I to jest bardzo dobra taktyka, choćby dlatego, że można zaoszczędzić nawet kilkadziesiąt funtów. Ja z czystego lenistwa i nieogarnięcia świata tego nie robię, i idę zupełnie na żywioł. Tak było tym razem – celowałyśmy w The Ruling Class z najlepszym płaczącym faunem wśród Szkotów, i najlepszym Szkotem wśród płaczących faunów, Jamesem McAvoyem (i, o dziwo, gdybyśmy się uparły, to jeszcze by się udało wbić, no czary). Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło; niespodzianie, dzięki randomowemu tweetowi (już nigdy nie powiem złego słowa na Ćwierkacza!), znalazłyśmy informację o czymś, na co czaiłyśmy się od dłuższego czasu: otóż English National Opera gra chyba mój ulubiony, a może i najlepszy w historii musical, Sweeney Todd. Padłam prawie z wrażenia widząc w obsadzie wspaniałą Emmę Thompson (Pani Lovett). Klamka zapadła, wskoczyłyśmy w autobus czerwony, wpadłyśmy do kas za pięć spektakl i zasiadłyśmy w loży za trzema Emmo-entuzjastycznymi Szkotami (wszędzie są, ja nie wiem o co tu chodzi). Światła przygasły, i się zaczęło. Siedziałam na brzegu fotela z ciarkami na plecach i chyba łzami w oczach; i wiedziałam po pierwszym numerze, że ten spektakl wart był każdych pieniędzy.
Sondheim kontra reszta świata
Jeśli nie wiecie, o czym Sweeney Todd opowiada, to powinniście przemyśleć swoje życiowe wybory. Jeśli na liście „zanim umrę, muszę…” jest miejsce dla jednego musicalu widzianego na żywo, to jest nim Sweeney Todd. Jeśli ktoś kiedyś będzie narzekał, że Sweeney Todd jest słaby, dajcie znać, dopadnę delikwenta i chętnie pomogę mu zmienić zdanie. Musical tenże wybitny skomponował parę dekad temu bezapelacyjnie najlepszy broadwayowski kompozytor w historii, czyli Stephen Sondheim. Może się komuś obiło o uszy przy okazji West Side Story (spoko, nic wielkiego, tylko z dziesięć Oskarów, i z pindzisiąt innych nagród), do którego to pisał nasz Stefan libretto. I o co tyle hałasu z tym Sondheimem? Jest skończonym artystą, w sensie – kompletnym. Pełnowymiarowym. Samowystarczalnym. Nikt nie pisze tak jak on. Nikt nie brzmi, tak jak on. To jest to, co napisał. To jest, jego kopnięta harmonia. Jego orkiestra. Jego soliści. Jego chóry. Charakterystyczny, wyrazisty, wyjątkowy styl, natychmiastowo rozpoznawalny. I każdy „akord jak syk węża, jak zgrzyt żelaza po szkle”, no dosłownie. Koledzy po fachu mówią o nim, że zrewolucjonizował Broadway. Pisze rewelacyjne libretta, wykreowane przez niego postaci dostają pełen profil psychologiczny, głębię jakiej nie znały wcześniejsze „cukierkowe” produkcje. Oczywiście inni kompozytorzy zazdroszczą mu tych milionów nagród, ale twierdzą, i to jest cytat, że „niestety nie każdy może być Sondheimem”. Ostatnio może ktoś widział w kinie Into the Woods. Tak, to też Stefan. Ja pierwszy raz usłyszałam to nazwisko przy okazji premiery filmu Tima Burtona (Sweeney Todd, 2007) – a tam muzyka trzymająca w napięciu od pierwszych sekund do samego końca, i wspaniała obsada (Depp, Rickman, Spall). Świetny, mroczny klimat przeplatany humorem. Ale ta muzyka, cudo! Czego chcieć więcej?
The Demon Barber of Fleet Street
Wracając do Todda – opowieść to oparta na wiktoriańskim opowiadaniu/miejskich legendach, różne są teorie. W każdym razie niesłusznie skazany GOLIBRODA ( <3 ) Benjamin Barker, wraca po dwudziestu latach do Londynu, by zemścić się za swe cierpienia i złączyć się ponownie ze swoją rodziną. Okazuje się jednak, że w domu nikt go nie wyczekuje – na miejscu nasz protagonista znajduje niezupełnie normalną panią Lovett, która raczy go „the worst pies in London”, po czym opowiada mu historię jego najbliższych: zhańbiona zona otruła się arszenikiem, a córkę wziął na wychowanie ten sam człowiek, który skazał głównego bohatera na piekło, bezwzględny sędzia Turpin. Tu Benjamin niczym Gustaw-Konrad deklaruje, że Baker umarł, i od teraz nazywać się będzie Todd. Sweeney Todd. I będzie miał swoją zemstę na Turpinie. Czy to brzmi w ogóle jak temat na musical? A skąd! I tu właśnie wracamy do geniuszu naszego Stefana. Jeśli ktokolwiek mógł to przerobić na musicalowe libretto, to tylko Sondheim. I jak mu to wyszło!
Wszędzie dobrze, ale w teatrze najlepiej
Jak już chyba ustaliliśmy, Sweeney Todd jest musicalem który absolutnie należy zobaczyć. Jeśli nie ma akurat w pobliżu żadnego teatru grającego to kultowe dzieło, to szczerze polecam wspomniany już film Burtona. Reżyser ewidentnie czuje klimat i bardzo wiernie przenosi spektakl na filmową taśmę. Jest jednak coś tak wspaniale osobistego, intymnego wręcz, w przeżywaniu spektaklu granego przez aktorów na scenie, kilka metrów od miejsca w którym siedzisz; w zasadzie tyczy się to chyba wszystkich sztuk performatywnych – wytwarza się wtedy to przedziwne połączenie, nić porozumienia czy nawet wzajemnego oddziaływania artystów i widzów. Także jeśli tylko macie szansę, wzywam, zaklinam, proszę i błagam – idźcie do teatru. Jeszcze lepiej, idźcie do teatru na musical (ejże, przecież oni tam jednocześnie tańczą, grają i śpiewają, umiesz tak? Ja nie, więc mogę tylko siedzieć na widowni i się rozpływać w zachwytach). A już w ogóle, jak ktoś dziś w Londynie to jeszcze zdąży na ostatniego Todda z Emmą. Ja to bym się przeszła jeszcze raz. Albo osiemnaście.
Sweeney Todd jest dziwaczny, okropny czasem, creepy as hell jak to mówią, obrzydliwy, przezabawny, wzruszający, mroczny i poplątany. I uwielbiam go całym sercem, znam na pamięć (pewnie i od tyłu) każdą linijkę. O musicalach jeszcze na pewno napiszę, bo to przecież taka niedoceniana forma. Może nawet szczególnie w Polsce, bo cholernie trudno przełożyć libretta na nasz piękny ojczysty język – tak, żeby nadal miały sens, były jakoś naturalnie akcentowane i pasowały do muzyki. Dlatego kapelusze z głów dla warszawskiej Romy, teatru Baduszkowej w Gdyni, Rozrywki w Chorzowie, Muzycznego w Gliwicach – że im się chce, że próbują przebić się z tą niełatwą misją do szerszego grona odbiorców.
A mnie to się marzy teatr muzyczny z prawdziwego zdarzenia w Krakowie. Może kiedyś, kto wie?
Bilijony uścisków,
Ada
PS Dziś wieczorem, jak już się nie załapiecie na tę Emmę w ENO, to zawsze można spróbować podpatrzyć czerwony dywan po Olivierach (najważniejsze teatralne nagrody w UK, a może na świecie – obok amerykańskich Tony). Trzymamy wszyscy kciuki za nominowanego do nagrody dla najlepszego aktora (którym przecież jest, no ba) Jamesa McAvoya. Nagrodę specjalną dostaje nasz ulubiony prezydent Stanów Zjednoczonych, Kevin Spacey.
PPS IDŹ DO TEATRU!














