
seen from United States

seen from United States
seen from China
seen from United States
seen from United States

seen from Malaysia
seen from United States
seen from United States
seen from Malaysia
seen from United States
seen from United States
seen from Brazil
seen from China

seen from United Kingdom
seen from Malaysia

seen from United States
seen from China
seen from China
seen from Ireland

seen from United States
22 Reszta jest milczeniem, albo 2B or not 221B
Kochani moi, przeprowadzki przeprowadzkami, praca pracą, festiwale festiwalami - ale na sztukę czasami człowiek musi (inaczej się udusi. True story). Jak wiecie lub nie, zostaję w Londynie. Wkrótce powinien przybyć ostatni transport moich zabawek z Glasgow. Klamka zapadła. Rozsądek pokonany ostatecznie. Nie żebym jakoś specjalnie narzekała na taki obrót spraw.
Jak wiadomo nie od dziś, wszędzie dobrze, ale w teatrze najlepiej - szczególnie, kiedy teatr ów masz gdzieś blisko domu, grają w nim same gwiazdy, sztuka jest jedną z tych ulubionych, a bilety są jeszcze dostępne w dniu spektaklu (no dobra, to był czysty fart. JAK ZAWSZE. Co poradzę). Poza tym media dudnią i trąbią, wszędzie kontrowersje, gdzieniegdzie inwersje (sporna kwestia umiejscowienia słynnego monologu chociażby). Cała ta otoczka sprawia, że najzwyczajniej w świecie nie masz prawa nie pójść na takąż sztukę. Mowa tu oczywiście o szeroko komentowanym Hamlecie prosto z londyńskiego Barbican Centre. Ktoś może miał okazję zobaczyć transmisję na żywo w czwartek. Mi jakoś zupełnie przeszła ona koło nosa. To powiedziawszy, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Dorzućmy do tego szczyptę tymczasowej bezsenności, tonę najczystszego szczęścia, garść tego fairy dust który unosi się w powietrzu w Mieście Cudów - et voila - nim się obejrzymy, lądujemy w teatrze wypełnionym po brzegi w oczekiwaniu na “the most hotly anticipated Hamlet in living memory”. Tak wyszło. Pierwsze wrażenia jak najbardziej pozytywne. Nie byłam nigdy wcześniej w tej konkretnej sali, acz estetycznie bardzo przypadła mi do gustu. Ledwo zarejestrowałam absolutny brak wolnych miejsc na widowni, a już przygasły światła, natychmiast zapadła pełna napięcia cisza, ten niezwykły moment w ciemności, tuż przed podniesieniem kurtyny.
Kind Of Blue
Z głośników/adaptera popłynęły pierwsze dźwięki Nature Boy. Hamlet przegląda stare winyle, w tle słychać “A little shy and sad of eye | But very wise was he”. Piątka z plusem za opening number (a z tyłu głowy mam flashback do początku Moulin Rouge!). Na marginesie, muzyka w całym spektaklu jest rewelacyjna, i to jak(ie) istniejące kawałki przemycono do scen, ale i te kompozycje towarzyszące ważnym monologom, budujące napięcie i zwiastujące w jakim kierunku rozwinie się sytuacja; ach, no i ten fortepian na cztery ręce, później już tylko na dwie (+ grabarz wymachujący kością ramienną przy akompaniamencie Sinatry, śpiewający take my hands | I’ll never use them sprawił, że poczułam silną potrzebę słuchania jazzu do czwartej nad ranem). Z zasłuchania wyrywa nas Horacy, krótka wymiana zdań niespodziwanie chwyta za serce, widać już że nasz Hamlet będzie raczej z tych romantycznych niż szalonych. Poloniusz zaprasza na ucztę, i pierwszy raz widzimy cały set. Och, piękności. Zdania są podzielone, moje jest takie - dawno nie widziałam tak pięknej, dopracowanej do ostatniego szczegółu scenografii. Przywykłam do tego minimalistycznego, symbolicznego stosowania pojedynczych rekwizytów czy mebli (łóżko = jesteśmy w sypialni; kominek = salon). A tu niespodziewanie pełen, ogromny, tak cudownie niebieski dwór, którego stan z końcem aktu pierwszego, bardzo dramatycznie zresztą, dopasowuje się do narastającego chaosu. Całości towarzyszą równie piękne kostiumy, od jedwabnych sukni Gertrudy, przez zaskakujący żółty sweterek Ofelii, po cokolwiek-na-niego-ubrano-było-cudne Klaudiusza. Jak by na to nie patrzeć, zdecydowaną większość tzw. “ekipy kreatywnej” pracującej nad (silną) techniczną stroną tego teatralnego przedsięwzięcia stanowią panie. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie potęgujące się niemiłe uczucie, że to tylko po to, by nadać koloru blado wypadającej produkcji.
#NotMyHamlet
Nie mówię, że zły. Widać było wielki, nieustanny, kolektywny wysiłek, żeby utrzymać giganta (trochę jednak na glinianych nogach) przy życiu. Bo niby wszystko jest na miejscu, każdy gra dobrze, lub chociaż poprawnie, ale jakby... osobno. Gdzie ten jeden organizm, który tworzą poszczególne postaci i wątki? Mamy też trochę zamieszania z przestawianiem kolejności scen, np. monologi pojawiają się znikąd w środku sceny zbiorowej (chociaż “to be or not to be” wróciło z początku nieco bliżej swojego właściwego miejsca). Bo to na pewno wygląda bardziej “filmowo”, czyli jak mniemam w zamyśle reżyserki (Lyndsey Turner) lepiej i może ciekawiej dla młodego widza szczególnie; ale slow motion...? I z każdą sceną czekałam, że może teraz ktoś wyjdzie poza tę ramę zachowawczości. Kilka razy prawie udało się to Cumberbatchowi, ale o nim później. Zacznijmy od drugiego planu, gdzie niewiele dobrego jest do powiedzenia. Poloniusz (Jim Norton) owszem, zasługuje tu na wyróżnienie, a i jego syn Laertes (Kobna Holdbrook-Smith) zaskakująco sprawił, że nie miałam go gdzieś (jak to zwykle bywa z tą postacią; po prostu za wiele dzieje się dokoła, żeby skupiać uwagę na jego problemach). Tu jednak, chyba głównie dzięki niemu, naprawdę dostrzegłam jak poraniony jest absolutnie każdy bohater Hamleta. Laertes nie ma matki, ma za to nadopiekuńczego ojca i pozbawioną rozsądku soistrę; całe życie pewnie troszczy się o Ofelię i chce zaimponować tatusiowi. Idzie w bój trochę może by uciec z tej sytuacji, trochę by zaspokoić własną próżność i potrzebę zaistnienia w oczach innych. Wraca do kraju by dowiedzieć się, że nie ma już komu imponować, a chwilę później spotyka swoją siostrę która z rozpaczy postradała zmysły - tę samą, kruchą, naiwną siostrę, z którą siadywał do fortepianu by pograć na cztery ręcę. Idźmy dalej - Rozenkranc i Gildenstern, dobrzy przyjaciele księcia, dają się wciągnąć w intrygę króla, która wkrótce doprowadzi do ich własnej śmierci. Rozdarci między wykonywaniem obowiązków umowy z Klaudiuszem a przyjaźnią szkolnego kolegi; w efekcie tracą cierpliwość pierwszego i zaufanie drugiego. Mogłabym tak dalej, ale nie planowałam analizy literackiej tekstu Shakespeare’a, a recenzję sztuki.
Wracając więc do postaci: Laertes, owszem, wyróżnił się na tle reszty kolegów z powiedzmy “drugiego planu”. Leo Bill jako Horacy ląduje w skali powyżej średnej, ale nie zachwyca. Mało wiarygodna wydaje mi się relacja tego studenciaka z plecaczkiem i w koszuli w kratę z naszym dystyngowanym księciem. Ostatecznie pozostaje w oczach widzów jedyną pewnie postacią, z którą da się utożsamić i współczuć, co poniekąd jest połową sukcesu. Ofelia (Sian Brooke) nie wywołała u mnie jednego drgnięcia powieki, nie czułam absolutnie nic. Szokuje to trochę (a mnie szczególnie, wierzcie), bo że tak powiem ta postać jest napisana tak, by jej żałować. Jedynym sensem istnienia Ofelii w Hamlecie jest to, by jej współczuć i płakać jak się już dziewczyna utopi (SPOILER ALERT, z 400 lat przeterminowany). Shakespeare potrzebował jej też po to, by wyrwać księcia z ukrycia kiedy ten dowiaduje się na cmentarzu, że to ona spocznie w świeżo wykopanym grobie (nawiasem jedna z tych scen, gdzie wszyscy zagrali dobrze, i nadzieja na katharsis się narodziła w mem sercu na nowo). Koniec. Kropka. Jeśli nawet w tak sprzyjających warunkach widzowie nie są poruszeni, wiedz że coś się dzieje. Szaleństwo Ofelii nie było tak znowu szokujące, może dlatego, że już wcześniej wydawała się dość rozchwiana emocjonalnie, więc i porównanie “przed” i “po” wypadło nieciekawie. Podobnie zawiodła mnie srodze królowa-matka (Anastasia Hille) z jej przeciętną interpretacją. Bo, o bogowie starzy i nowi, kobieta straciła męża, miłość jej życia, syn wpadł w depresję którą ta generalnie olewa, i właściwie wbija mu nóż w plecy wychodząc za Klaudiusza. Spodziewalibyśmy się jakiegoś buzującego pod skórą niepokoju, rozdarcia widocznego w jej zachowaniu gdy nikt inny nie patrzy. Ale nie. Jej opanowanie, a nawet zupełna beztroska w obliczu rozwoju wydarzeń jest niewytłumaczalna, biedny William się w grobie przewraca. OK, sukienki ma piękne, ale to by było na tyle jeśli o plusach tej Gertrudy mowa. Nawet w bardzo emocjonalnej, gorzkiej scenie konfrontacji z Hamletem jest nieobecna; czasem wydawało mi się, że Cumberbatch bardziej niecierpliwi się tym jej graniem na ćwierć możliwości niż Hamlet wszystkimi haniebnymi występkami Gertrudy. W jednej z moich ukochanych wersji tej sztuki (H. w reżyserii Jana Klaty), mamy ten cudownie odegrany dialog. "Czy wiesz, że ciężko obraziłeś ojca?", na co natychmiast Hamlet powtarza jak echo "Czy wiesz, że ciężko obraziłaś ojca?". Z ust Gertrudy pada: "Twoja odpowiedź jest całkiem bez sensu." - i tu reakcja syna, brzmiąca jak zarzut: “Twoje pytanie jest całkiem bez serca." Tak trochę to wyglądało z Gertrudą wg Hille, hamletowe oskarżenie wybrzmiewa tym ostrzej, że całkiem bez serca wydaje się tu nie tylko to pytanie, ale całe jej zachowanie w tej ekstremalnie trudnej sytuacji.
Dwóch gniewnych ludzi
Niespodziewanie przebłyskiem czystego talentu okazał się teatralny weteran, którego pewnie pamiętamy głównie jako Mance’a Raydera z Gry o Tron (albo jak w moim przypadku z przeuroczego filmu Miss Pettigrew Lives For A Day; jest tam też Amy Adams i Lee Pace grający pianistę, jeśli jeszcze nie widzieliście to pora najwyższa to zmienić). Ciaran Hinds grać potrafi rewelacyjnie, to jeden z niepodważalnych faktów na których zbudowana jest nasza cywilizacja. Niespodziewane było tylko to, że postacią z którą najbardziej będę sympatyzować przed antraktem będzie Klaudiusz. Zwykle król przedstawiany jest jako głupiec na wysokim stołku, mający władzę i kobietę spoza własnej ligi właściwie przypadkowo; inną opcją jest skupienie się na tym, jak to niecny i zły do szpiku kości jest ów bratobójca, przez co zbliża się on drastycznie do własnej karykatury. Klaudiusz w wykonaniu Irlandczyka jest przede wszystkim człowiekiem - dobrze mu się wiedzie, roztacza swój urok i zdobywa szacunek (a nawet sympatię!) zarówno towarzystwa w Elzynorze, jak i widowni; pewny siebie przywódca, nonszalancki, nosi się wyjątkowo dobrze i zdaje być oazą spokoju. Zdecydowanie nie jest tym pociesznym idiotą, którego jedynym życiowym osiągnięciem było otrucie własnego brata. Wreszcie mamy postać z krwi i kości, czarno-białą z wszystkimi szarościami po drodze. Kiedy pada na kolana i zdaje się złamać pod ciężarem winy, modli się w samotności - wierzymy każdemu słowu. W sekundzie monolog zmienia kierunek i wiemy już, że Klaudiusz jest niebezpieczny i zdecydowany zrobić wszystko by chronić swoje interesy. Hinds jest w tym tak wyważony, że nikt nie ośmieli się oskarżyć go o przesadę i przemianę w niemal komiksowego villaina. Od przerwy do końca nasz Klaudiusz ujawnia stopniowo rysy na tym idealnym wizerunku, staje się agresywny i okrutny, ale nie wpada w żaden schemat Tego Złego. Przeciwnie, do samego końca, do ostatniej sceny mamy świadomego człowieka, skupionego na swoim celu, przekonanego o słuszności podjętych działań. Ciaran Hinds podźwignął moim zdaniem całą obsadę, wszyscy wydawali się jakoś bardziej starać kiedy mieli z nim do czynienia. Och, czy ja mówiłam jak on wspaniale operował głosem (a raczej intonacją)?
Drugim Gniewnym zostaje nasz bohater tytułowy. Przepełniony żalem i smutkiem nie radzi sobie z utratą ojca, co powoduje że zamyka się w swoim świecie, do którego dostęp mają nieliczni (pierwsza scena bardzo trafnie ustawiła nam tło dla tej postaci). Ponoć na etapie previews słynny monolog wrzucono na sam początek sztuki. Krytyka spadła na głowę biednej reżyserki, więc wrzuciła go na miejsce po kilku spektaklach. I tu myślę dużo straciła, po pierwsze uginając się pod tym co jej dyktują gazeciarze; po drugie bo uważam że ze wszystkich zmian, które wprowadziła do kolejności scen, ta jedna miałaby sens - dużo sensu - z tym Cumberbatchowym Hamletem. Bezbłędnie wpasowałoby się w klimat wypowiedziane na wstępie, niemal w roli prologu: “To die, to sleep | No more--and by a sleep to say we end | The heartache, and the thousand natural shocks | That flesh is heir to”. Książę ewidentnie nie radzi sobie z sytuacją, w jakiej się znalazł. Reakcją jest nieco zdziecinniała nadpobudliwość, rozproszenie i fochy, cechujące rozpieszczone maluchy. Z Hamletem Benedicta mam jednak kilka problemów. Nie do końca wiadomo, w jakim kierunku zmierza - mamy całą zabawę w wojnę i wszystkie dziecinne zachowania, ale to już po tym jak zdeklarował się udawać niepoczytalnego. Czasem próbuje podejść nas emocjonalnie i przybiera postawę złamanego, słabego romantyka, który użala się nad sobą i wie, że nie podoła zadaniu (=pomszczenia ojca). I ten Hamlet jest dla mnie bardziej autentyczny, chociaż wciąż zagrany zachowawczo, poprawnie, bez ryzyka. Z drugiej strony są momenty, kiedy powinien puścić wodze i wyjść poza bezpieczne granice - jak zauważył mój kompan, “he didn’t really lose it”. I tego mi właśnie brakowało. Nie zrozumcie mnie źle, myślę, że Cumberbatch zagrał dobrze, używając palety swoich aktorskich możliwości, ale wszystko było jednak bardzo ostrożne, “w granicach rozsądku” - jedno określenie które nie powinno się znaleźć w charakterystyce scenicznego Hamleta. Może stało się tak, bo zabrakło odpowiedniego kierunku jasno wyznaczonego przez reżyserkę? Czasem odnosiło się wrażenie, że miota się, bezskutecznie próbując za wszelką cenę nadać scenie jakąś spójność, której często brakowało; Dania widocznie jest więzieniem after all. Miał kilka naprawdę dobrych momentów, jak choćby wyżej wspomniana konfrontacja z matką, albo spotkanie z Laertesem nad grobem - pierwszy raz chyba uwierzyłam Hamletowi krzyczącemu “I loved Ophelia”; wcześniej zawsze wydawało mi się, że tak naprawdę, szczególnie na tym etapie jego pogarszającej się sytuacji, nie dbał o nią wcale, że zapomniał kim była i tym bardziej - kim była dla niego; to zdanie było więc zazwyczaj pustą kwestią, która opadała głucho na ziemię nie niosąc ze sobą żadnej treści. W tej wersji Hamlet do samego końca nie popada w faktyczne szaleństwo, a po prostu gra wariata by kupić sobie więcej czasu. Pozwalamy mu umrzeć, co robi z żalem i gracją, a reszta, jak wiemy, jest milczeniem.
Ostateczny werdykt? Na pewno to przedstawienie różniło się od wszystkich innych Hamletów których widziałam. Czy warto obejrzeć (bo na pewno będzie jeszcze grany w kinach z National Theatre)? Oczywiście, że warto - właśnie dlatego, że to coś innego niż znamy, że nawet jeśli ktoś mówi, że mu się nie podobało, to nie jest jakaś uniwersalna prawda, i możesz mieć własne zdanie. Wróć, co ja tu dywaguję: masz szansę zobaczyć kawałek sztuki, a już najlepiej londyńskiej - idź. Koniec dyskusji. A może dopiero początek? Zapraszam na fejsa i ćwierkacza, chętnie posłucham co macie do powiedzenia.
PS Podobało mi się, że ludzie są zdolni koczować przez pół nocy na chodniku, żeby dostać bilety do teatru. #mojemiasto <3 PPS Nie podobało mi się, że ciężar całej produkcji i promocji wokół sztuki skupił się na osobie Benedicta. A byłam wręcz oburzona, kiedy na końcu on jako jedyny kłaniał się indywidualnie (wiecie, zwykle jest wspólny ukłon całej obsady, i później dwójkami-trójkami, każdy dostaje swoją ekstra porcję zachwytu i wiwatów od widowni. A tu tylko jemu pozwolili/kazali. Ech czekałam na Ciarana, nie doczekałam się). PPPS Mam komputer. Tj. takie coś z klawiaturą. Wreszcie. Piszę! Wreszcie. Do zobaczenia wkrótce!
18 Gdzie mi tu w tych ciżemkach, czyli paniom nie wypada
Zapewne obiło się Wam o uszy w tym całym okołowyborczym zamieszaniu, że w Cannes poważna afera. A o co takiego? O buty. Nie, nie przesłyszeliście się, buty właśnie są na językach wszystkich komentatorów i osobistości świata filmu. Sytuacja ma się następująco: odbywa się premiera filmu podczas tegoż słynnego festiwalu, ochrona nie chce wpuścić na projekcję paru pań. Powód? Na czerwonym dywanie obowiązują szpilki. Jeśli komuś przyjdzie do głowy założyć płaskie buty, to zostanie zawrócony do swojego hotelowego pokoju. Oczywiście organizatorzy zamiast się ukorzyć zwalają winę na standardy panujące na innych tego typu imprezach. Bijacz, pliz. A w ogóle to poczytajcie o tym u Zwierza, mi ręce opadły. Ale z drugiej strony tak mi to boleśnie przypomniało, jak bardzo wielu rzeczy nadal paniom “nie wypada” - i jak często, paradoksalnie, decydują o tym panowie.
Feministą być
O co się tak naprawdę, w szerszym kontekście rozchodzi? Ano o tę wiecznie aktualną dyskusję, która właściwie w XXI wieku nie powinna już mieć miejsca: dlaczego kobiety nadal mogą mniej niż mężczyźni? Nie mówię tu o jakiejś wzburzonej, agresywnej, antymęskiej rewolucji - to chyba mamy za sobą (druga połowa XX wieku). Bawi mnie np. dorabianie żeńskich końcówek do każdego zawodu, bo zsarmaciały język polski nie nadąża za nowoczesnością - tak więc mamy psycholożki, magisterki, antropolożki i kto tam wie kogo jeszcze. Mam tu na myśli raczej nowo pojęty feminizm, który często sam siebie określa mianem równości/zrównania (z panami); pod względem chociażby płacy za dokładnie taką samą pracę - jak wspomniał kiedyś John Oliver w jednej ze swoich genialnych pogadanek, w Stanach na każdego dolara, którego zarabiają mężczyźni, kobieta (na tym samym stanowisku) otrzymuje 70 centów. Czy ma to jakiekolwiek logiczne uzasadnienie? Konia z rzędem, i pół królestwa temu, kto znajdzie w tym sens. (Btw, generalnie polecam bardzo oglądać Last Week Tonight z Johnem Oliverem). Nie wspomnę już o sytuacji kobiet powracających z urolpów macierzyńskich do pracy - jeśli w ogóle jest do czego wracać.
Światełko w tunelu
W tym posępnym duchu pozostając, muszę przyznać, że coś na horyzoncie zaczyna przebłyskiwać. Szczególnie w ostatnich latach bardzo aktywnie w kampanię przeciwko nierówności włączają się artyści - jako ci, którzy faktycznie mają posłuch (szczególnie u ludzi młodych), w przeciwieństwie do polityków i aktywistów. Powoli do mody wchodzi przyznawanie się do bycia feministą/-ką (zobaczcie wywiady z holiłódzkimi aktorkami, albo ich przemowy na wszystkich galach z nagrodami), podkreślanie jak ważne jest dla prawidłowego rozwoju społeczeństwa i kultury dopuszczenie większej liczby kobiet do głosu. Prawda, sama prawda i tylko prawda. Nie możemy oczekiwać, że kolejne pokolenia dostaną pełny obraz świata (przekazany przez media, film, muzykę, literaturę…), jeśli tak mniej więcej połowa ludności nie będzie w nich odpowiednio wyczerpująco (albo wcale) reprezentowana. Dlatego też raduje się dusza na akcje takie jak zainicjowana przez wspaniałą Emmę Watson He For She. Aktorzy i inni artyści tłumnie wyrażają swoje wsparcie dla idei równości, fotki z hasztagami i wywiady na ten temat idą w świat, wszystko gra. Chociaż…
Mów do mnie jeszcze
… są kwestie, które pozostawiają panie w ich położeniu z lat czterdziestych, w najlepszym wypadku. I tak, zatrzymując się jeszcze przy tych aktorach i nieszczęsnych galach, mamy niesławne najazdy kamery od stóp do głów aktorek na oskarach (i bezcenne oburzenie Blanchett “czy zrobiłbyś takie samo ujęcie, gdybym była mężczyzną?”), i te bezsensowne pytania o to, co masz w torebce i jak długo się szykowałaś na oskary (Julianne Moore), i ci wołający o facepalm dziennikarze na konferencjach prasowych (pytający Downeya Jra o proces aktorski i budowanie postaci w Avengersach, a Scarlett o to jak się jej biegało na planie w czarnym, obcisłym stroju).
Nie wiem, czy to moda, czy jakiś poważniejszy trend wśród naszych ekranowych idoli, ale myślę, że im więcej pierwszych stron kolorowych gazet krzyczy do nas, że coś z tym trzeba przecież zrobić (a obok dokleja zdjęcie naszego ukochanego aktora w koszulce z napisem “tak wygląda feminista”), tym lepiej. Dla wszystkich. Mam nadzieję, że dożyję festiwalu w Cannes, gdzie po czerwonych dywanach paniom będzie można chodzić nawet boso. A już na pewno żaden facet - czy dyrektor imprezy, czy ochroniarz - nie będzie miał w tej kwestii nic do powiedzenia.
16 Apokalipsa, czyli Marvel po raz drugi
Zakładając tego bloga tak sobie po cichu marzyłam, że wywoła on raz na czas jakiś ferment. A może nawet nie tyle ferment, co ożywioną dyskusję. Bo ja sobie tu siedzę i piszę, w swoim zacisznym, przytulnym kątku internetu - a ktoś mnie czyta, i chce coś od siebie dopowiedzieć. Dostałam ostatnio maila ze świetnym tekstem, który koresponduje z moją poprzednią notką z wrażeniami po Age of Ultron. Ninejszym, za zgodą autora (choć bez przyzwolenia na ujawnienie jego tożsamości), publikuję dzisiaj pierwszy gościnny tekst w historii Kulturki. Mam nadzieję, że będzie więcej takich śmiałków. I obiecuję, że nie rzucę Wam nigdy żadnej chały - a raczej rzetelne wpisy, pod którymi sama chętnie bym się podpisała. Słowem, dałabym Znak Jakości Ku jak stąd do Narnii. Piszcie wiec śmiało na [email protected]. I zapraszam do lektury.
Polecam, pozdrawiam - Ada
~~~
J***ć Marvela
Kończy się era superbohaterów. Tutaj przeczytacie o tym po raz pierwszy.
Nie minął nawet miesiąc od premiery filmu Avengers: Age of Ultron, a marvelowski behemot zarobił już w światowym Box Office ponad miliard dolarów. Obejrzałem dwa razy w kinie, moja rekomendacja brzmi: nudy, nie oglądajcie. Choć zarzekam się, że to mój ostatni raz, wiem że w lipcu ustawię się w kolejce po bilety na Człowieka Mrówkę, a miesiąc później będę razem z przepoconymi fanami oglądał reboot Fantastycznej Czwórki. Co gorsza, przed premierą Ultrona zbingowałem w dwa dni pierwszy sezon Daredevila – serialu wyprodukowanego przez Netflix i Marvela (znakomity) a następnie pochłonąłem prawie 2 godzinny finał drugiego sezonu Agents of SHIELD osadzonego w marvelowskim uniwersum (cymesik). Nadto wiem, kto umrze a kto nie w trzeciej części Kapitana Ameryki (której premiera w marcu przyszłego roku), kto jest na liście kandydatów do roli nowego Spider-Mana i dołączam się do hejtu na Suicide Squad za pomocą anonimowego konta na Reddicie. Ciekawostka: w życiu nie przeczytałem żadnego komiksu, dlatego pytam: kto zawinił? Co poszło nie tak? Gdzie byli rodzice?
Cofnijmy zegar o 7 lat. 2008 rok – drugoplanowy aktor z Przyjaciół Jon Favreau, wraz z powracającym z odwyku i hollywoodzkiego wygnania Robertem Downeyem Jr, pod okiem nieznanego nikomu producenta Kevina Feige wypuszczają na ekrany kin pierwszego Iron Mana. Zapomnijcie o Supermanie, Batmanie i Spider-Manie – tak naprawdę zawsze chcieliście zobaczyć właśnie jego – człowieka w blaszanej zbroi. Siedem lat temu, nikogo nie obchodził Tony Stark, a z Ajron Mana śmiał się początkujący polityk Paweł Kukiz. Filmy o superbohaterach nadal kojarzyły się z kiczowatym Batmanem i Robinem Joela Schumachera, ale po X-Menach Bryana Singera i Spider-Manie Sama Raimiego, kumaci wyczuwali, że coś się dzieje. Film Favreau nie miał budżetu, scenariusza i opowiadał historię zawodnika do tej pory grzejącego ławkę w drugoligowym zespole rezerw Marvela. Na papierze nie miał żadnych szans powodzenia. Nic bardziej mylnego – charyzma grającego (czy na pewno?) tytułową rolę Roberta Downeya Jr. zachwyciła publiczność i krytyków. Znak firmowy produkcji studia Marvel – scena po napisach zapowiadała więcej. Samuel L. Jackson ostrzegał Robeta Downeya Jr. i miłośników kina – stałeś się częścią większego uniwersum, choć jeszcze o tym nie wiesz.
W ciągu 7 lat studio Marvel wyprodukowało 11 filmów i 3 seriale telewizyjne, tworząc najbardziej dochodową franczyzę w historii kina pod względem zysków z Box Office wyprzedzając Harry’ego Pottera i agenta 007. Ponadto nakręciło popyt na filmy o superbohaterach, na który musiały odpowiedzieć inne studia. W efekcie, w ciągu najbliższych 5 lat na ekrany kin na całym świecie wejdzie ponad 30 filmów o superbohaterach a w odbiornikach telewizyjnych pojawi się kilkanaście seriali ze spandeksem w roli głównej. O tym jak daleko zaszliśmy w uwielbieniu dla herosów najlepiej świadczy fakt, że w Vancouver trwają zdjęcia kinowej adaptacji losów Deadpoola – schizofrenicznego wyszczekanego najemnika, który doskonale zdaje sobie sprawę, że jest bohaterem komiksu. Ponadto nosi obcisły czerwony strój, maskę, dwie katany, a celem jego poczęcia na kartach komiksu było wyśmianie innej komiksowej postaci: Deadshota z DC Comics.
Miejmy to z głowy: nie jestem hejterem. Kiedy ludzie na ulicy pytają mnie, który z filmów Marvela powinni obejrzeć odpowiadam: Pierwszego Iron Mana, pierwszych Avengers, Drugiego Kapitana Amerykę i Strażników Galaktyki. Reszta filmów to wypełniacz, choć ma swoje momenty (zakończenie pierwszego Kapitana Ameryki, rola Toma Hiddlestona w jedynce Thora). Sukces Marvela okazał się przekleństwem współczesnego kina. Ze względu na pewność zysku bez względu na walory artystyczne filmu (o czym świadczy Ultron) największe studia filmowe wolą inwestować pieniądze w superprodukcje o herosach, niż fundować oryginalne pomysły. Wynika to po części z faktu, że koszty kampanii reklamowej filmu niebędącego częścią franszyzy są zbyt wysokie. Aby zwrócić uwagę widowni na oryginalny pomysł studio musi wydać więcej pieniędzy niż wynosi budżet reklamowanej produkcji. Nawet jeśli Twoja sąsiadka zda sobie sprawę, że ktoś gdzieś nakręcił Whiplasha, nie przełoży się to na końcowy wynik ze sprzedaży biletów, bo dotarcie do powszechnej świadomości nie oznacza że ktoś to kupi (czyt. pójdzie do kina). Kasa Misiu, kasa. Efektem jest superbohaterski rozkład jazdy obejmujący daty premier do 2020 roku włącznie, powrót Gwiezdnych Wojen na ekrany kin (nowy film spod szyldu Star Wars będziemy mieli przyjemność oglądać w rocznych odstępach czasowych), a także zalew remaków, rebootów, sequelów i prequelów filmów na które chodzili do kina Twoi rodzice. Na marginesie, naprawdę powinieneś obejrzeć Whiplasha. Sąsiadka też.
Żyjemy w złotej erze telewizji – każdy ogląda Grę o Tron, widział Breaking Bad, trwa przy Walkind Dead i na jakimś etapie ekscytował się Dexterem. Filmy Marvela stały się tym samym: mającym swoje lepsze i gorsze odcinki serialem z rozbuchanym budżetem. Ja też pójdę do kina, choć nie spodziewam się wiele. Ultron był dla mnie wielkim znakiem ostrzegawczym. Widziałem jak studio zaczyna tracić odwagę w opowiadaniu oryginalnych historii o ciekawych postaciach, rozmienia się na drobne i powoli staje się karykaturą samego siebie sprzed kilku lat. Mam dość kolejnych zmartwychwstań i pozorowanych śmierci, chcę żeby ktoś naprawdę umarł na ekranie. W komiksach nikt nie pozostaje martwy, z wyjątkiem wujka Bena – śmierć bohatera była zawsze narzędziem na poprawę spadających wyników sprzedaży. Zabijano i wskrzeszano między innymi: Kapitana Amerykę, Wolverine’a i Spider-Mana. Mam też dość ratowania świata. Przeżyliśmy w ciągu tych siedmiu lat dwie inwazje obcych, powrót nazistów, kataklizmy na skalę światową i zagrożenie eksterminacji połowy ludzkości. Może Kelvin Feige (ojciec chrzestny studia Marvel) zamiast zatrudniać Benedicta Cumberbatcha w kolejnej roli socjopatycznego geniusza ratującego świat powinien opowiedzieć historię tego jak Hawkeye naprawia traktor na swojej farmie?
Jak Tony Stark w Avengers Age Of Ultron, jestem zmęczony. Nie chcę patrzeć jak moi ulubieni bohaterowie stają się powoli coraz bardziej jednowymiarowi, nudni i nijacy. Superbohaterska bańka pęknie i nastąpi to prędzej niż później. Dajcie nam jeszcze parę filmów w stylu Strażników Galaktyki, parę postaci takich jak Winter Soldier, a nawet seriali pokroju Netflixowego Daredevila. Zanim film o Dziewczynie-Wiewiórce zgasi światło na sali w której bawili się Wonder Woman z Thorem chcę jeszcze choć raz wyjść z kina z głupawym uśmiechem, jak po tej scenie 7 lat temu.
DISCLAIMER: Tego tekstu NIE napisał mój brat.
11 Nie taki pop straszny, czyli wszyscy jesteśmy snobami
Próbowałam sobie ustalić, kiedy to ludzkość zaczęła postulować, że to, co powszechnie znane to samo zło i badziewie. I nie wiem. Bo jakby na to nie patrzeć, zwykle w historii było tak, że albo artysty niedoceniano i wręcz wrogo podchodzono do jego twórczej “inności”, a dopiero pokolenia później go odkrywano (patrz: van Gogh chociażby), albo jak już się raz pokazał jako zdolna bestia, to pokochali go wszyscy i zostawał celebrytą (patrz: Mozart-maskotka dworu).
Haendluj z tym
Ale trzymajmy się może muzyki, bo przecież wciąż Mapril. Po tym Mozarcie było wielu innych gwiazdorów, których muzyka była absolutnie fenomenalna, mimo tego że stali się znani. Później jak to szło, Beethoven, Liszt, Mahler, Gershwiny-nieGershwiny, wszyscy wielcy bluesa i jazzu, no nawet Beatlesi i Stonesi. Wszyscy oszałamiająco znani i uwielbiani, wszyscy piekielnie zdolni i wnoszący coś nowego do tego pięknego wielobarwnego świata muzyki. Coś mi się nie wydaje, żeby często z ust padało: “Boże ci Beatlesi tacy beznadziejni, kto tego w ogóle słucha?”. To ja się pytam, bo mi chyba umknęło: od kiedy słuchanie czegoś, co jest jak najbardziej mainstreamowe, stało się obciachem? I czy popularne automatycznie znaczy złe/gorsze/nieciekawe?
Krótka bajka o snobach
Bo jakby nie było, to co teraz wydaje się nam tak bardzo pro i ponad, czyli np. chodzenie do opery albo filharmonii (oba polecam jak najbardziej), przecież dawniej było rozrywką motłochu. Od weneckiego La Fenice, po Szekspirowski Globe - jak ziemia długa i szeroka, na spektakle, sztuki, opery i koncerty chodzili wszyscy. Dosłownie wszyscy. Motłoch zwykły, rozgadany, często pijany i rozkrzyczany, prowadzący głośne dyskusje nie tylko z innymi widzami, ale i aktorami/śpiewakami na scenie. Często wyrażający swoje nieprzychylne opinie na temat akcji czy muzyki w trakcie trwania spektaklu. Po to przecież wprowadzono np. uwertury do oper - żeby wszyscy się wreszcie choć trochę przymknęli, i dało się rozpocząć przedstawienie. Później nauka języków przestała być obowiązkiem, i trudno było wysiedzieć na trzygodzinnym popisie - nawet jeśli w wykonaniu najlepszych wokalistów, to niezrozumiałym z uwagi na obce słowa. (Tak swoją drogą powstał musical i parę innych gatunków wcześniej - żeby każdy mógł zrozumieć, o co chodzi, zaczęto używać języków narodowych). I gdzieś niepostrzeżenie, w tzw. międzyczasie - ludzie zaczęli się chlubić tym, że chodzą do opery. Rozrywka dla mas awansowała do rangi “kultury wysokiej”. I tak to chyba wszystko się zaczęło.
“Słuchałem ich zanim byli znani”
Czekajcie, nie mówię, że Ci, którzy do opery zaglądają są jakimiś zadufanymi w sobie pseudo-melomanami (chociaż - takie przypadki też się zdarzają, wystarczy się przejść od czasu do czasu do Filharmonii albo Słowackiego w Krakowie). Tak tylko staram się zrozumieć, czy to podejście do powiedzmy opery, zaklasyfikowanej do “kultury wysokiej”, wypływało po części ze zwykłej ludzkiej chęci pokazania, że jest się oryginalnym. I nie robi tego, co cała reszta. Stąd też płynnie przechodzimy do hipsterów, którzy - przepraszam - ale strasznie mnie bawią. Widziałam jakoś niedawno ten wywiad z Edem Sheeranem w TVN (generalnie, “dziennikarzom” tej stacji powinno się zakazać rozmawiania z jakimkolwiek “zachodnim artystą”, bo za każdym razem kończy się to tak potworną żenadą, że aż boli... Chyba mam pomysł na kolejny wpis ;). Ręce mi opadły, kiedy dziewczyna przeprowadzająca rozmowę z brytyjskim chłopcem z gitarą przyznała, że nie wie kogo się w Polsce słucha, bo ona “nie lubi mainstreamu” - postanowiła pochwalić się niewiedzą przed jednym z największych popowych artystów świata, który od razu zapytał “czyli nie lubisz mojej muzyki?”. Ed jest przemiłym gościem i obrócił sprawę w żart, ale facepalm pozostawił czerwony ślad na mem czole chyba na parę godzin. I jeszcze pewnie jej za ten wywiad zapłacili. Kawał dobrej, dziennikarskiej roboty.
Trochę mnie zniosło na niebezpieczne wody, ale z moich obserwacji wynika jasno, że no nie ma takiej siły we wszechświecie, która by mnie umiała przekonać, iż popowi artyści są beznadziejni, albo gorsi, bo są popowi. W sensie, popularni. Albo, że jakiekolwiek znaczenie dla świata ma fakt, że słuchałeś artysty X zanim robiła to cała reszta. Brawo, otrzymujesz medal z ziemniaka. Albo że Artysta X stał się niegodny Twojej uwagi po tym, jak “się sprzedał” i “zaczęli puszczać jego piosenki w radiu”. Szok, niedowierzanie, świat się kończy - ale to zwyczajnie nie ma dla mnie sensu.
PS Dzięki jeszcze raz za wsparcie, wypełnienie ankiety i przemiłe słowa, które z niej wyczytałam :) oceny mam dostać do końca tygodnia, ale nie ma znaczenia jakie będą - ja tam mam wielką radochę z każdego z Was, i mam nadzieję, że czasem czytając moje wywody też się uśmiechniecie. Tak trochę, kącikiem jednym chociaż.
10 In with the old, czyli po co komu ten Tidal
Jeśli jakimś przypadkiem ktoś z Was interesuje się nieco nowymi technologiami, a już szczególnie kiedy się wiążą z muzyką, to pewnie nazwa Tidal brzmi znajomo. Może nawet szłyszeliście to słówko już wcześniej. Ja pierwszy raz natknęłam się na nie dwa tygodnie temu, kiedy to miało miejsce wydarzenie przedziwne – premiera (tak jakby) nowego serwisu streamingowego, który należy do artystów. I ma jakąś przeboską jakość dźwięku. I ekstraśne dodatki, exclusive content, curated editorial, takie tam gadżety. Ale o co w sumie chodzi?
Pantera zeżarła Szwedów
Rok temu szwedzka firma Aspiro wystartowała z nowym serwisem streamingowym o nazwie Tidal. Za określoną stawkę na miesiąc (lub rok) można było uzyskać dostęp do – uwaga – rewelacyjnej jakości dźwięku (ponoć jak z CD). Wait, what? Wiecie, że przy przenoszeniu nagrania na nośnik traci ono trochę ze swojej jakości, ponieważ musi zostać skompresowane, coby się dało wcisnąć na winyl (lub coś mniejszego; im mniejszy nośnik, tym większa kompresja = tym gorsza jakość dźwięku). Tak było kiedyś przynajmniej, z analogowymi nagraniami. Później przyszły cyfrowe i wszyscy artyści starej daty podnieśli raban, że jak to, że co to, że paskudne i beznadziejne te płyty CD! A teraz zachwycamy się jakością dźwięku, jaką można było dostać na takim krążku. Historia zatoczyła koło. Albo półkole, nie wiem. W każdym razie, to właśnie ten dodatkowy, ekskluzywny content i porażająca jakość muzyki miała odróżnić Tidal od innych serwisów streamingowych (Spotify, Beats). To urzekło widocznie właściciela Project Panther Bidco, która to firma przejęła wkrótce Aspiro. Aha, należy dodać, że Panterę posiada niejaki Jay-Z. I zaraz zaczął rozkminiać, jak to dalej rozegrać.
Artysta artyście wilkiem
30 marca odbyła się re-launchowa konferencja prasowa, na której zaprezentowano nowy Tidal (w absolutnie dziwaczny sposób, co to się tam nie działo, kogo to tam nie było). W skrócie, artyści-współwłaściciele tegoż biznesu stanęli w rządku jak na szkolnej akademii i wyglądali, jakby nie wiedzieli do końca po co tam są. Wśród skazańców byli między innymi: Jay-Z, Beyonce, Kanye West, Nicki Minaj, Madonna, Rihanna, Jack White czy Alicia Keys. No i wszystko pięknie, wszystko ładnie, przemowy, podpisy, pamiątkowe foteczki. Tylko teraz przyjrzyjmy się, czym tak naprawdę różni się Tidal od reszty serwisów oferujących odsłuchiwanie muzyki za drobną opłatą. W zasadzie spełnia wszystkie podstawowe funkcje, które znamy ze Spotify. Nowością są faktycznie premierowe teledyski od topowych artystów, albo specjalnie przez nich przygotowane playlisty. Jak o superdźwięk chodzi, to można go mieć od 20 dolarów/miesiąc. A jak się nie chce tyle płacić, można uzyskać dostęp za dyszkę – ale tu jakość dźwięku wraca do standardowego poziomu. Czyli chyba tyle z tych fajerwerków. Choć idea to zacna (by artyści zarządzali takim serwisem, bo wszystkie inne płacą im jakieś marne grosze od liczby odtworzeni, no to w końcu mogliby mieć wpływ na rozwój tej działki rynku), to została już publicznie skrytykowana przez innych muzyków. Lily Allen powiedziała, że Jay-Z zabrał z sobą najpopularniejszych artystów i wrzucił na wyłączność subskrybentom Tidal. Dodatkowo dostęp do serwisu Jaya jest droższy niż do tych konkurencyjnych – to zdaniem artystki wpłynąć może na rozwój piracenia muzyki przez fanów. Marcus Mumford (z Mumford & Sons) stwierdził niedawno, że na tidalowym modelu biznesowym ucierpią mniejsze zespoły. Rzekł był: “Kiedy mówią, że [Tidal] należy do artystów, maja na mysli tych bogatych, którym się dobrze powodzi. Nie chcę opowiadać się za Spotify, Beats, Tidal czy czymkolwiek innym. Chcemy, by ludzie słuchali naszej muzyki w dogodny dla nich sposób, a jeśli nie chcą za to płacić, niespecjalnie się tym przejmuję.
Prawda leży tam, gdzie leży
Głosy wśród internautów są podzielone; jedni są za i popierają wzniosłą wizję plus lepszą jakość, inni bombardują artystów-przedsiębiorców za chowanie się w otoczce „nowej formuły” konsumowania digital music, podczas gdy tak naprawdę Tidal niewiele (wcale?) nie różni się od Spotify czy innych takich. Co prawda kusi ten ekskluzywny content (przepremierowe piosenki i teledyski, making-ofy wszelkiego rodzaju), ale inni kontrują mówiąc, że pewnie i tak spokojnie znajdzie on szybko drogę do szerokiej publiczności. Niektórzy dają temu projektowi pół roku, inni się kłócą, że ci wszyscy artyści-udziałowcy-współwłaściciele-ktoichtamwie za wiele zainwestowali, i zbyt dużo mają do stracenia, dlatego będą pompować kolejne grube hajsy w ten projekt.
Czas pewnie pokaże w którą stronę pójdzie Tidal. I generalnie cała muzyka cyfrowa. W końcu w 2014 roku po raz pierwszy od lat mieliśmy sytuację, w której sprzedaż digital music spadła, zrównawszy się z dochodami z tej “tradycyjnej” na przeróżnych nośnikach (46% - 46%). Ciekawe to zjawisko, może ludzie zamiast kupować i „posiadać” muzykę zadowalają się coraz chętniej streamowaniem? Jedno jest pewne, times they’re a-chaingin’, i kto się nie dostosuje do zmian ten pójdzie na dno. Albo zeżre go pantera czy jaka inna dzika zwierzyna.
Bilijony uścisków, Ada
09 There’s no place like London, czyli w teatrze najlepiej
Na wstępie przepraszam i kornie na kolana padam – wybaczcie, że tak długo kazałam czekać na nowy tekst. Wiele się złożyło na taki obrót spraw (m.in. podróże małe i duże, studia, goście, święta, bycie perfekcyjną panią domu… takie tam). W każdym razie – jestem, pamiętam, piszę.
W ramach miesiąca kwietnia propaguję dobrą muzykę, pod każdą postacią. Na fejsie codziennie pojawia się jakiś bliski memu uchu/sercu śpiewający artysta. Mapril trwa, dziś przenosimy się w trochę inne rejony, niebezpieczne może, nieznane pewnie wszystkim, a może i (niesłusznie!) pogardzane – dzikie ostępy musicalu. Zróbmy może mały KEJS z jednego z moich ulubionych, a cudownym zrządzeniem losu i prawdopodobnie z woli bogów widzianym ostatnio w Londynie Golibrodzie (co za piękne słowo! prawie tak piękne jak rubaszny. Rubaszny Golibroda. Rubaszny Sarmata. Sorry, poniosło mnie.) z Fleet Street.
Przypadek? Nie sądzę
Punktem wyjścia niech będzie może uwaga, że nie jest tak, jak się może wydawać – niestety, choć bardzo bym chciała, nie wożę się po Londynie co dwa tygodnie. Nie ma co ukrywać, że jest to raczej długo planowana i dość kosztowna wyprawa, która zawsze – tak wyszło – wiąże się z jakimś arcykulturalnym wyższym celem, czytaj: koncertem, wystawą lub spektaklem, którego nie uraczę nigdzie indziej w świecie. Zwykle pewnie z artystą, którego znam z telewizji/filmu/skądśtam, i z nabożną niemal czcią śledzę jego poczynania. I jak już się dostanę do, powiedzmy, teatru w którym akurat gra, nie ważę się prawie oddychać, żeby nie uronić ani słowa z jego fantastycznego występu. Normalni, rozsądni ludzie kupują bilety na takie właśnie z dawna wyczekiwane wydarzenia kilka miesięcy wcześniej. I to jest bardzo dobra taktyka, choćby dlatego, że można zaoszczędzić nawet kilkadziesiąt funtów. Ja z czystego lenistwa i nieogarnięcia świata tego nie robię, i idę zupełnie na żywioł. Tak było tym razem – celowałyśmy w The Ruling Class z najlepszym płaczącym faunem wśród Szkotów, i najlepszym Szkotem wśród płaczących faunów, Jamesem McAvoyem (i, o dziwo, gdybyśmy się uparły, to jeszcze by się udało wbić, no czary). Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło; niespodzianie, dzięki randomowemu tweetowi (już nigdy nie powiem złego słowa na Ćwierkacza!), znalazłyśmy informację o czymś, na co czaiłyśmy się od dłuższego czasu: otóż English National Opera gra chyba mój ulubiony, a może i najlepszy w historii musical, Sweeney Todd. Padłam prawie z wrażenia widząc w obsadzie wspaniałą Emmę Thompson (Pani Lovett). Klamka zapadła, wskoczyłyśmy w autobus czerwony, wpadłyśmy do kas za pięć spektakl i zasiadłyśmy w loży za trzema Emmo-entuzjastycznymi Szkotami (wszędzie są, ja nie wiem o co tu chodzi). Światła przygasły, i się zaczęło. Siedziałam na brzegu fotela z ciarkami na plecach i chyba łzami w oczach; i wiedziałam po pierwszym numerze, że ten spektakl wart był każdych pieniędzy.
Sondheim kontra reszta świata
Jeśli nie wiecie, o czym Sweeney Todd opowiada, to powinniście przemyśleć swoje życiowe wybory. Jeśli na liście „zanim umrę, muszę…” jest miejsce dla jednego musicalu widzianego na żywo, to jest nim Sweeney Todd. Jeśli ktoś kiedyś będzie narzekał, że Sweeney Todd jest słaby, dajcie znać, dopadnę delikwenta i chętnie pomogę mu zmienić zdanie. Musical tenże wybitny skomponował parę dekad temu bezapelacyjnie najlepszy broadwayowski kompozytor w historii, czyli Stephen Sondheim. Może się komuś obiło o uszy przy okazji West Side Story (spoko, nic wielkiego, tylko z dziesięć Oskarów, i z pindzisiąt innych nagród), do którego to pisał nasz Stefan libretto. I o co tyle hałasu z tym Sondheimem? Jest skończonym artystą, w sensie – kompletnym. Pełnowymiarowym. Samowystarczalnym. Nikt nie pisze tak jak on. Nikt nie brzmi, tak jak on. To jest to, co napisał. To jest, jego kopnięta harmonia. Jego orkiestra. Jego soliści. Jego chóry. Charakterystyczny, wyrazisty, wyjątkowy styl, natychmiastowo rozpoznawalny. I każdy „akord jak syk węża, jak zgrzyt żelaza po szkle”, no dosłownie. Koledzy po fachu mówią o nim, że zrewolucjonizował Broadway. Pisze rewelacyjne libretta, wykreowane przez niego postaci dostają pełen profil psychologiczny, głębię jakiej nie znały wcześniejsze „cukierkowe” produkcje. Oczywiście inni kompozytorzy zazdroszczą mu tych milionów nagród, ale twierdzą, i to jest cytat, że „niestety nie każdy może być Sondheimem”. Ostatnio może ktoś widział w kinie Into the Woods. Tak, to też Stefan. Ja pierwszy raz usłyszałam to nazwisko przy okazji premiery filmu Tima Burtona (Sweeney Todd, 2007) – a tam muzyka trzymająca w napięciu od pierwszych sekund do samego końca, i wspaniała obsada (Depp, Rickman, Spall). Świetny, mroczny klimat przeplatany humorem. Ale ta muzyka, cudo! Czego chcieć więcej?
The Demon Barber of Fleet Street
Wracając do Todda – opowieść to oparta na wiktoriańskim opowiadaniu/miejskich legendach, różne są teorie. W każdym razie niesłusznie skazany GOLIBRODA ( <3 ) Benjamin Barker, wraca po dwudziestu latach do Londynu, by zemścić się za swe cierpienia i złączyć się ponownie ze swoją rodziną. Okazuje się jednak, że w domu nikt go nie wyczekuje – na miejscu nasz protagonista znajduje niezupełnie normalną panią Lovett, która raczy go „the worst pies in London”, po czym opowiada mu historię jego najbliższych: zhańbiona zona otruła się arszenikiem, a córkę wziął na wychowanie ten sam człowiek, który skazał głównego bohatera na piekło, bezwzględny sędzia Turpin. Tu Benjamin niczym Gustaw-Konrad deklaruje, że Baker umarł, i od teraz nazywać się będzie Todd. Sweeney Todd. I będzie miał swoją zemstę na Turpinie. Czy to brzmi w ogóle jak temat na musical? A skąd! I tu właśnie wracamy do geniuszu naszego Stefana. Jeśli ktokolwiek mógł to przerobić na musicalowe libretto, to tylko Sondheim. I jak mu to wyszło!
Wszędzie dobrze, ale w teatrze najlepiej
Jak już chyba ustaliliśmy, Sweeney Todd jest musicalem który absolutnie należy zobaczyć. Jeśli nie ma akurat w pobliżu żadnego teatru grającego to kultowe dzieło, to szczerze polecam wspomniany już film Burtona. Reżyser ewidentnie czuje klimat i bardzo wiernie przenosi spektakl na filmową taśmę. Jest jednak coś tak wspaniale osobistego, intymnego wręcz, w przeżywaniu spektaklu granego przez aktorów na scenie, kilka metrów od miejsca w którym siedzisz; w zasadzie tyczy się to chyba wszystkich sztuk performatywnych – wytwarza się wtedy to przedziwne połączenie, nić porozumienia czy nawet wzajemnego oddziaływania artystów i widzów. Także jeśli tylko macie szansę, wzywam, zaklinam, proszę i błagam – idźcie do teatru. Jeszcze lepiej, idźcie do teatru na musical (ejże, przecież oni tam jednocześnie tańczą, grają i śpiewają, umiesz tak? Ja nie, więc mogę tylko siedzieć na widowni i się rozpływać w zachwytach). A już w ogóle, jak ktoś dziś w Londynie to jeszcze zdąży na ostatniego Todda z Emmą. Ja to bym się przeszła jeszcze raz. Albo osiemnaście.
Sweeney Todd jest dziwaczny, okropny czasem, creepy as hell jak to mówią, obrzydliwy, przezabawny, wzruszający, mroczny i poplątany. I uwielbiam go całym sercem, znam na pamięć (pewnie i od tyłu) każdą linijkę. O musicalach jeszcze na pewno napiszę, bo to przecież taka niedoceniana forma. Może nawet szczególnie w Polsce, bo cholernie trudno przełożyć libretta na nasz piękny ojczysty język – tak, żeby nadal miały sens, były jakoś naturalnie akcentowane i pasowały do muzyki. Dlatego kapelusze z głów dla warszawskiej Romy, teatru Baduszkowej w Gdyni, Rozrywki w Chorzowie, Muzycznego w Gliwicach – że im się chce, że próbują przebić się z tą niełatwą misją do szerszego grona odbiorców.
A mnie to się marzy teatr muzyczny z prawdziwego zdarzenia w Krakowie. Może kiedyś, kto wie?
Bilijony uścisków,
Ada
PS Dziś wieczorem, jak już się nie załapiecie na tę Emmę w ENO, to zawsze można spróbować podpatrzyć czerwony dywan po Olivierach (najważniejsze teatralne nagrody w UK, a może na świecie – obok amerykańskich Tony). Trzymamy wszyscy kciuki za nominowanego do nagrody dla najlepszego aktora (którym przecież jest, no ba) Jamesa McAvoya. Nagrodę specjalną dostaje nasz ulubiony prezydent Stanów Zjednoczonych, Kevin Spacey.
PPS IDŹ DO TEATRU!
08 Mapril, czyli dzielmy się muzyką
Spostrzegłam dopiero niedawno, że wśród moich pinterestowych tablic brakuje chyba tej najważniejszej: muzycznej. Nie do końca wiem, jak się to stało - w tym całym aktualnym zamieszaniu (do którego dochodzi ogarnianie pięciu tysięcy platform społecznościowych jednocześnie), jakoś musiało mi to umknąć. A wokół muzyki właśnie kręci się moje życie, albo przynajmniej tak było zanim zaczęłam wręcz obsesyjnie przykładać się do studiów (wolałabym uniknąć przegapiania dedlajnów; mam takie oto mocne postanowienie poprawy od ostatniej sesji). Dlatego też, aby zadośćuczynić moim ciężkim przewinieniom, pomyślałam sobie, że można by tak spróbować poświęcić muzyce dużo więcej czasu. Taki miesiąc, na przykład. Może by tak zainaugurować muzyczny kwiecień (a kto wie, może nawet music april?).
Mapril
Tak mi bardziej leży, niż Miecień. I będzie z tego lepszy hasztag, myślę. Co z tym Maprilem się wiąże? Otóż pomyślałam, że tyle jest o muzyce do powiedzenia, i to z tak różnych perspektyw, że mając te moje trzy notki na tydzień powinnam przynajmniej jedną poświęcić na jednego z ulubionych artystów, kolejną na promowanie nowej muzyki, i jeszcze jedną na jakiś inny randomowy (ale wciąż z muzyką się łączący) temat - tu może wpaść wszystko, od nowego serwisu streamingowego po analizę koncertów brandenburskich - no dobra, tu przegięłam trochę. Ale o muzyce klasycznej/poważnej, jak najbardziej, chętnie napiszę.Albo o musicalach. Lub koncertach, co to się dzieją licznie i wszechobecnie.
Podaj dalej
Już szczytem moich marzeń byłoby, gdybyście podjęli tę inicjatywę i czasem podrzucili coś, co Waszym zdaniem zasługuje na podzielenie się ze światem - często wydaje się, że to przecież bez sensu, bo taki a taki artysta jest już na pewno wszystkim znany, więc po co to, na co, a komu, z czym do ludzi. A tu niespodzianka - mamy dziś tyle nieograniczonych źródeł znajdowania nowej muzyki, że ciężko to wszystko ogarnąć, i często nasz ukochany artysta/zespół, którego przecież słuchamy od lat jest kompletnie nowym odkryciem dla kogoś innego. Patrz: 95% muzyków z Australii (którzy są cudowni, a niedocenieni globalnie; czas to zmienić!). Dlatego szczególnie jak Wam się coś “rzuci na uszy”, dajcie znać. Najlepiej i najprościej podejrzewam będzie dorzucić temu czemuś hasza #mapril. Albo #kulturka, Sprawdzam je regularnie i byłoby fantastycznie znaleźć przy nich jakiś kawał dobrej muzyki.
To tyle ogłoszeń i inauguracji, pewnie widzimy się w sobotę (ale nic nie jest pewne w ten weekend, bo święta, i bo siostra przybyła z dalekiego kraju), ale jakoś przed końcem tygodnia dostaniecie piękną, pierwszą prawdziwie maprilową notkę. Let there be music!
Bilijony uścisków, Ada
PS Jestem na insta! Jestem na pintreście! Jestem na ćwierkaczu! Jestem na fejsie! Czemu Cię tam jeszcze nie ma