me, trying 2 type changbin: changbib
seen from Germany

seen from Germany
seen from Germany
seen from Russia
seen from Taiwan
seen from Taiwan
seen from United States

seen from United States

seen from Philippines
seen from Spain
seen from United States
seen from Belarus
seen from United States
seen from Mexico
seen from China
seen from Bangladesh
seen from Malaysia
seen from Malaysia
seen from Malaysia
seen from China
me, trying 2 type changbin: changbib
trochę Alpharda na dobranoc
> kiedy Andromeda i Narcyza miały po kilka lat, miały monstrualnego wręcz crusha na swojego wujka. kazały mu obiecać, że nie ożeni się dopóki nie dorosną, a Alphard wziął to sobie chyba trochę za bardzo do serca.
> prawie wszystkie pomieszczenia w domu Alpharda i Feliba na suficie mają wymalowaną zaczarowaną mapę nieba. oczywiście, ma to swoje estetyczne i praktyczne zastosowania, które można by tłumaczyć bardzo poetycko, ale chodziło głównie o to, że Alphard lubi myśleć, że "wszystkie nadęte bufony z jego rodziną muszą teraz patrzeć jak szarga dobre imię rodu"
> Alphard dbał o to, żeby nigdy nikt z jego rodziny (łącznie z bratem) nie poznał żadnego jego chłopaka. Cygnus doskonale wiedział o jego orientacji, ale o Felibie dowiedział się zupełnie przypadkiem, kiedy akurat natknął się na niego w Ministerstwie. co ciekawe, znał go dużo wcześniej i pewien sposób nawet szanował, wiedział też o jego współpracy z Alphardem, ale dopiero kiedy podczas tej dłuższej rozmowy zauważył, że dziwnym trafem mężczyzna nosi dokładnie taki sam pierścionek, jaki wcześniej widział u starszego brata. reszty domyślił się sam.
> już po śmierci Alpharda, Felib i Syriusz nadal widywali się od czasu do czasu. podczas ostatniego takiego spotkania przed rokiem 1981, młodszy czarodziej zwierzył się, że niedawno się zaręczył i zamierzają wziąć z Remusem ślub możliwie jak najszybciej. Felib przyjął to z ogromną radością - tylko ona pozwoliła mu zignorować bolesne ukłucie w sercu, kiedy radził mu z tym nie zwlekać, a nawet proponował, że odda mu szaty, które oni sami z Alphardem mieli założyć na własny ślub ("Jest trochę zakurzona, ale to nie problem, wystarczy trochę...Co ja wygaduję? Przecież lepiej będzie ci pasować szata Alpharda...")
> już to pisałam (i będę powtarzać do znudzenia), ale Alphard śpiewający dzieciom "twinkle twinkle little star" na dobranoc bye
> ok więc mam taki headcanon że kiedy Peter uciekł a Syriusz nie miał się gdzie podziać i musiał się ukrywać zrobił sobie małą „podróż”
> kiedy wysyłała do Harry’ego listy „egzotycznymi ptakami” itd. tak naprawdę nie odpoczywał
> Syriusz Black odwiedzał cmentarze
> takie prawdziwe, z zimnym granitem wkoło i złowieszczo łypiącymi na niego marmurowymi oczami posępnych aniołów
> i takie które tylko dla niego były cmentarzyskiem
> w Dolinie Godryka spędził cały tydzień
> Łapa dniami i nocami leżał przy grobie Potterów nie mogąc zmusić się do podniesienia
> nic nie jadł, ledwie co pił, nie mógł spać, ale nie potrafił otworzyć oczu
> ludzie zaczęli zastanawiać się czy nie przegonić skamlącego psa
> odwiedził grób Marlene, Dorcas, Longbottomów i wielu innych zmarłych przyjaciół
> wreszcie opuścił Anglię
> podróż do Tybetu nie trwała długo (głównie dzięki Hardodziobowi)
> nie wystarczająco długo by Syriusz mógł sobie wszystko poukładać przynajmniej w głowie
> bał się tego co go tam spotka, bał się bo nie wiedział czy powinien to robić ale po tym wszystkim co wuj dla niego zrobił nie mógł przecież zrezygnować
> nie bez trudu znalazł dom o którym tyle się kiedyś nasłuchał; mały lecz pełen światła, osamotniony, cichy i przede wszystkim z wielkim ogrodem
> Felib już na niego czekał, jego siwe, przerzedzone włosy opadały na surowe czoło ale wzrok był łagodny
(> kiedy ostatni raz go widział Syriusz był tylko dzieckiem
> Merlinie jak on się zmienił
> jednocześnie nie zmienił się wcale
> nie dorósł, nie postarzał się
> nie miał na to okazji
> po prostu zniszczał jak stara zabawka)
> nie potrzebował wiele żeby uwierzyć w jego niewinność i za to Syriusz był mu wdzięczny
> za to Syriusz był wdzięczny Alphardowi
> potężne ramiona zamknęły go w szczerym uścisku – zdecydowanie jednak słabszym niż w przeszłości – i młodszy mężczyzna nie mógł już dłużej powstrzymywać łez
> płakał jak dziecko i żaden z nich nie powiedział ani słowa (może dlatego że w oczach starszego mężczyzny również zbierały się już łzy)
> Felib nalegał na to żeby Syriusz odpoczął, zjadł coś albo przynajmniej usiadł na chwilę ale nie protestował kiedy Black zadecydował że najpierw musi „zobaczyć się” z Alphardem
> Alphard Black został pochowany dwa razy
> pierwszy raz na cmentarzu w ogromnej krypcie – jak zdrajca i Black – kiedy jego rodzeństwo zdecydowanie bardziej interesowało to że na ceremonii pojawiły się ich wyrodne dzieci a Andromeda i Syriusz pocieszali się wzajemnie pod wielkim dębem
> i jedyną osobą której na tym pogrzebie brakowało był właśnie Alphard
> czy raczej jego ciało
> drugi raz pochowany został tylko z trzema świadkami – tym razem jak należy – tutaj, w Tybecie
> w miejscu o którym jeszcze miesiąc wcześniej, tuż przed jego śmiercią, myśleli jak o domu a nie cmentarzysku
> chcieli wyprowadzić się jak najszybciej, bez słowa uciec od szaleństwa wojny i zasad jakimi rządził się ich doczesny świat
> zwlekali jednak zbyt długo
> o tamtym i wielu innych dniach Felib i Syriusz rozmawiali tej nocy aż do świtu
> oczywiście że Syriusz mógł tam zostać ale kiedy tylko dostał wiadomość od Harry’ego o jego niepokojących snach nie był już dłużej w stanie usiedzieć na miejscu
> Felib zrozumiał to z bólem serca – w końcu obaj zawsze tacy byli
> miał tylko nadzieję że Syriusz nie zapłaci za to tak wysokiej ceny
> (pomylił się)
> kiedy Kingsley – jako przewodniczący grupy poszukującej zbiegłego mordercy – zapytał półżartem Syriusza gdzie by się teraz schował żeby mógł skierować tam pogoń Łapa bez namysłu ale ze smutnym uśmiechem plączącym się na poszarzałych ustach odpowiedział mu że pewnie do Tybetu (i tu mamy kanon bo Kingsley faktycznie skierował poszukiwania Syriusza na Tybet)
Tybet, 1994
Fragmenty rozmowy Syriusza i Feliba, która miała miejsce pewnej letniej nocy po ucieczce Blacka z Azkabanu (wakacje przed czwartym rokiem Harry’ego w Hogwarcie) (to jest * ten * moment).
Właściwie brak tu fabuły, bo chciałam je kiedyś ładniej połączyć, ale doszłam do wniosku, że nie doda im to głębi, więc...Here we are.
~~~
- Pamiętasz przecież Alpharda. On był...po prostu czarujący. Jego uroda była naprawdę niecodzienna. Niespotykana. Nigdy nie widziałem kogoś takiego i to nie chodziło przecież nawet o to jak wyglądał, tylko jak można było się przy nim poczuć. On był...Czy może powinienem raczej powiedzieć, że to ja byłem...a ja byłem zakochany. Pamiętasz Alpharda...
- Nie – przyznał Syriusz. Nie krył w głosie goryczy, ale wiedział, że nie musi tego robić. – Szczerze mówiąc niewiele twarzy już pamiętam.
- Rozumiem – Felib pokiwał nieznacznie głową, na której zatrzęsły się siwe włosy. - Wiesz, nadal mam zdjęcia. Mogę je przynieść, jeśli tylko chcesz.
~~~
- Co noc powtarza się ten sam koszmar – dłoń zadzwoniła pustym szkłem o stół, a Felib wbił nieobecne spojrzenie w dal. Dużo czasu już minęło, odkąd mógł się do kogoś odezwać, ale tak było w porządku, bo Syriusz od dawna nie słyszał brzmienia ludzkiego głosu; takiego naprawdę ludzkiego, nie przerywanego śmiechem szaleńca ani szlochem desperata, niebędącego pożegnaniem, czy krzykiem. - Noc w noc, kiedy tylko sen pozwoli mi już zapomnieć, gdzie jestem, czuję w ramionach ciężar jego martwego ciała. Wygląda jakby spał; nie czuję nawet jaki jest zimny. I w momencie, kiedy ma już otworzyć oczy, zamiast niego budzę się ja. Każdej nocy...
Syriusz milczał. Czekał, aż wycie Dementorów ucichnie w jego głowie, żeby jego miejsce mógł w całości wypełnić głos drugiego człowieka.
- Wiesz co w tym wszystkim jest najgorsze? - starzec zwrócił na niego swojego ciemne, puste oczy. - Ja zmieniam się codziennie. On przez te lata nie postarzał się nawet o dzień. Nie miał szansy. Szaleniec…
Z gardła starszego mężczyzny wyrwał się krótki, chrapliwy śmiech.
Syriusz pomyślał o swoich własnych snach; o brudnych, przypominające te należące do marmurowych posągów, zimnych dłoniach Jamesa i Lily Potterów i o jego własnych - nieludzko poszarzałych, z dnia na dzień coraz bardziej przypominających szpony. Pomyślał, że doskonale wie, co Felib ma na myśli i zapragnął dołączyć do groteskowego śmiechu.
~~~
- Robił wiele rzeczy, których nie rozumiałem. - Felib ciągnął swój wywód; zupełnie niespójnie i przerywając sobie na długie, potwornie długie minuty (a może wręcz godziny?) upartego milczenia. Syriusz natomiast, nawet gdyby chciał, nie potrafił powiedzieć nic od siebie. Poza tym, miał wrażenie, że to już od dawna nie jest dialog, lecz rachunek sumienia; że starzec potrzebuje tej rozmowy dużo bardziej niż on. - Wiesz, kiedy pierwszy raz powiedziałem mu, że go kocham, on...Zresztą nieważne, to już nieistotne. - Od czasu do czasu, młodszy z mężczyzn miał ochotę przerwać, ale ze strachu przed pytaniem, którego nie potrafił zadać, nie otwierał nawet ust. - Człowiek mógłby dożyć i kilku setek lat, a nadal nie byłby na to gotowy. Śmierć zawsze przychodzi zbyt wcześnie, jeśli tylko nadal masz jakieś plany na kolejny dzień. Ale ty to wiesz. - To się zgadzało. Syriusz doskonale o tym wiedział.
Odwróceni plecami do niewielkiego okna, nie widzieli znikających na niebie gwiazd; tylko poświatę nieba, na które nie zdążyło wzejść jeszcze słońce, odbijającą się na przeciwległej ścianie, tańczącą z pobladłymi ze zmęczenia cieniami.
- Zrobił ze śmierci głupca. - Młodszy czarodziej dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, jak cichy stał się głos Felib w ciągu tej nocy. Zdawało mu się wręcz, że lada chwila zniknie i rozpłynie się w powietrzu ostatnia ludzka rzecz na świecie. - Nie bał się jej, nie próbował przechytrzyć, a ona, w momencie, w którym mi go odebrała, tak naprawdę uchroniła swój najpiękniejszy klejnot przed niszczeniem. Nieważne, co dzieje się z nim teraz, dla świata, dla mnie, zawsze będzie już dokładnie taki, jakim go zapamiętałem.
Syriusz milczał; nie pytał jakiego Alpharda zapamiętał łkający u jego boku staruszek, ani nie zastanawiał się jakim zapamiętał go on sam. Był zbyt zmęczony, żeby myśleć o czymkolwiek.
Za to mógłby dać się zabić, żeby tylko ktoś choć raz pomyślał o nim w ten sposób.
(Felib wspomina o * tym * wyznaniu)
- Miły chłopak.
Felib rzucił niewinne stwierdzenie w głąb pokoju, mając nadzieję, że przeciśnie się przez otwarte drzwi, przemknie obok drżącego płomienia świecy, którego anemiczne światło próbuje pobudzić opierające się o ściany cienie do nieśmiałego tańca. Jego słowa odbiły jest jednak tylko echem od ciszy, która, pomimo dochodzącej ze starego odtwarzacza melodii, osiadła ciężko na eleganckim salonie, niczym zmarszczka na zatroskanym czole. Można by pomyśleć, że oprócz startej płyty i kilku krążących po skrzypiącej podłodze kłębów kurzu, pokój jest pusty. Kiedy jednak Felib zajrzał do środka z dwoma kieliszkami czerwonego wina w dłoniach, przekonał się, że w wielkim, obitym czerwonym suknem fotelu, w dokładnie takiej samej pozycji, w jakiej go tam zostawił, siedzi czarnowłosy mężczyzna z twarzą zwróconą ku oknu i oczyma wpatrzonymi w ciemność.
Sprawiał wrażenie, jakby niczego nie słyszał; jakby wcale nie wiedział, że tu jest i był doszczętnie pogrążony we własnych myślach. Odpowiedział jednak na wcześniejsze słowa swojego narzeczonego, kiedy ten postawił przed nim na stoliku krwawiący pod bladym światłem gwiazd trunek.
- Miły - brzmiała lakoniczna odpowiedź. Natychmiast podniósł do ust kieliszek, nadal unikając wzroku ukochanego.
Felib uniósł wyczekująco brew.
- Nie polubiłeś go.
Alphard milczał przez chwilę zbierając myśli.
- To nie tak. Dzieciak jest naprawdę miły. Po prostu...
- Nie polubiłeś go.
Mężczyzna nie spuścił wzroku kiedy wbiły się w niego stalowe tęczówki. Czasem ciężko było rozgryźć Alpharda, zwłaszcza, gdy on sam nie potrafił siebie rozgryźć. Niemniej, jego przeczucia - jakby nieuzasadnione nie było - sprawdzały się niemalże bez wyjątku. Niemalże.
- Co ci się w nim nie spodobało? - próbował drążyć temat. Black był niezwykle czujnym obserwatorem, być może dostrzegł coś, czego od sam nie zauważył. - Był spięty, to prawda. Ale kto by nie był? Nie wydaje mi się, żeby popełnił jakikolwiek błąd; sprawiał wrażenie grzecznego, dobrze wychowanego i inteligentnego młodzieńca. Co najważniejsze; wyglądało na to, że Syriuszowi na nim zależy.
To prawda, pomyślał Alphard. Co do tego nie miał najmniejszych wątpliwości. Już sam fakt, że jego chrześniak zdecydował się przedstawić swojego chłopaka członkowi rodziny, świadczył o tym, jakim zaufaniem go darzył. I ile po tym związku oczekiwał. Właśnie to zmartwiło Alpharda najbardziej. Niemniej, przez cały wieczór nie znalazł najmniejszego zarzutu dla Remusa Lupina.
Ale czy nie znał już kiedyś kogoś, kto bez potknięcia przechodził przez wszystkie jego kontrole, wszystkie analizy, nie dał się przejrzeć na wylot?
- Powiedziałbym, - w międzyczasie ciągnął drugi mężczyzna uśmiechając się przekornie - że zachował się wręcz lepiej od ciebie. Oczywiście, nie mam tu na myśli twoich manier. Ktoś z zewnątrz mógłby też pewnie stwierdzić, że byłeś miły. Niemniej, nie powiesz mi, że umyślnie nie traktowałeś biedaka z taką rezerwą, prawda? Nie liczyłbym też na to, że umknęło to uwadze Syriusza...
Alphard nic nie mówił. Myślał tylko gorączkowo.
- Nie zachowywałeś się tak przy Jamesie...
Felib obserwował zmiany na twarzy ukochanego rozpaczliwie próbując złapać się czegoś, co popchnie tę rozmowę na właściwy tor. Wszystkie mięśnie w ciele Alpharda zdawały się być boleśnie spięte, a kłykcie pobielały mu, kiedy dłonie zaciskały się na drewnianej ramie fotela.
Mężczyzna zaniepokoił się widząc jak bardzo Blackowi nie jest w tym momencie do śmiechu, jednocześnie zaczął niepokoić się o swojego chłopaka.
- Alphard - poczekał, aż srebrne oczy zwróconą na niego uwagę - Proszę, powiedz mi, co się dzieje?
W milczeniu, jakie między nimi rosło było coś kojącego, pełnego zrozumienia i zmuszającego emocje do wyciszenia. Trwali tak jakiś czas patrząc sobie w oczy i szukając w nich odbicia świec, czekając, aż z burzy zostanie tylko rześkie powietrze.
- Po prostu – Alphard odpowiada wreszcie po minutach długiego milczenia. Wzdycha, kiedy wypuszcza ciężko powietrze z płuc. Jego twarz staje się nagle dużo starsza i Felib rozumie jak zmęczony jest jego narzeczony - Bardzo się zawiodłem na mojej pierwszej miłości. Byłem w wieku Syriusza, a już byłem gotowy oddać całą swoją duszę; zakopać rozum, przestać jeść i oddychać, wyrzec się zmysłów. Powierzyłem serce niewłaściwej osobie i nie zostało mi z niego nic oprócz pokruszonych kawałków. - Felib nie był pewny, czy w oczach Alpharda odbijają się gwiazdy, czy z ich nieprzeniknionej tafli błyszczy coś jeszcze innego. Słuchał uważnie, starając się nie uronić ani słowa, czując jak lodowatą dłoń zaciskającą się gniewnie na jego żołądku. Tymczasem, kiedy ten sam gniew na cały świat, który w ten sposób próbował strącić z nieba jego gwiazdę, napierał na jego wzrok, Alphard kontynuował - Musiały minąć wieki, zanim ktoś je wreszcie pozbierał. Nie chcę, żeby Syriusz cierpiał tak samo.
Three times Alphard felt asleep waiting for Felib and one time he didn't
Zostań jeszcze tylko chwilę, dzwonił mu w głowie skrzekliwy głos Knoxa, kiedy szurając gniewnie swoimi eleganckimi butami po ubłoconym chodniku łączącym bramę, przed którą się aportował, z drzwiami wejściowymi do spowitego w cieniu dworu, przeklinał w duchu współpracownika, zauważając mdłe światło, które pomimo późnej pory, wypadało z jednego z okien na parterze.
To zajmie najwyżej godzinę, zaklinał się Knox, jestem pewien, że narzeczona ci wybaczy.
Jak się jednak okazało, jedna godzina zamieniła się w trzy, a skoro drugi czarodziej nie zamierzał go o tym informować zawczasu, Felib zdecydował się nie tłumaczyć, że jego "narzeczona" to "narzeczony".
W swoim rozdrażnieniu starał się jednak nie narobić hałasu zrzucając niewygodne buty i ciskając płaszcz w kąt. Był głodny, zmęczony i sfrustrowany, ale najbardziej doskwierała mu złość na całe cholerne Ministerstwo Magii, bo wiedział doskonale, że choćby spóźnił się i czterdzieści godzin, Alphard i tak czekałby na jego powrót.
Szykując się już do przeprosin, pokonał prędko odległość dzielącą go od salonu, w którym spodziewał się zastać mężczyznę w stanie ogólnej irytacji. Przekraczając jednak próg, musiał przystanąć i dać sobie chwilę na oddech.
Czarodziej uśmiechnął się do obrazka, który zastał.
Być może liczył skrycie na to, że zanim sam położy się spać, będzie mógł wypić z ukochanym kieliszek rumu i ponarzekać na wszystko - na Knoxa, na Ministerstwo, na cały dzień tak daleko od domu - komuś kto zrozumie go bez słów, ale musiał przyznać, że widok Alpharda skulonego w kłębek na ogromnym fotelu, drzemiącego jak dziecko nad powoli dogasającą świecą, również nie był najgorszym zakończeniem dnia, jakie mógł sobie zaplanować.
-----
Z czasem zaczął przyzwyczajać się do swojego nowego, nieregularnego trybu pracy. Zadań było coraz więcej, a kompetentnych ludzi coraz mniej, więc chcąc nie chcąc, Felib musiał przełknąć gorycz i zaakceptować zmiany, a także ich wpływ na życie poza Ministerstwem.
Jak się szybko okazało, sam nie miał z tym większego problemu w przeciwieństwie do Alpharda, który uparcie i bez względu na wszystko zdecydował się czekać codziennie na powrót narzeczonego.
Black odszedł z pracy w Ministerstwie wiele lat temu ("z powodów zdrowotnych" jak brzmiało oficjalne oświadczenie) i, aż do teraz, Felib nigdy nie myślał inaczej niż, że to tylko i wyłącznie na jego korzyść. Ostatnio jednak zaczął zastanawiać się, czy nie lepiej byłoby znaleźć mu jakieś zajęcie, które go całkowicie pochłonie.
Naturalnie coś takiego już istniało; kiedy tylko miał czas - lub zdarzało się, że nawet go nie miał - Alphard poświęcał się muzyce.
Cały dom pełen był instrumentów, na których widok Felib mógł jedynie unosić brwi i czekać aż jego chłopak - ku swojej ogromnej radości - odkryje przed nim ich tajemnice. Wszystkie korytarze, wszystkie pokoje ich starego dworku zawsze wypełniały dźwięki muzyki, dzięki której jego duże przestrzenie wydawały się mniej puste.
Nie zdziwił się więc wcale, kiedy wracając późną nocą, zastał drugiego czarodzieja śpiącego z głową opartą o klawiaturę fortepianu. Ze swoimi czarnymi, rozrzuconymi na białych klawiszach włosami, anielskim spokojem malującym się na twarzy i kartkami pełnymi nut, które dla Feliba wyglądały zupełnie jak jakiś obcy język, tworzył obrazek, który sam prosił się o najpiękniejszą ramkę.
------
- Fifi…?
Felib parsknął, słysząc zdrobnienie, jakie jakiś czasu temu Alphard upodobał sobie ze zdecydowanie zbyt dużym entuzjazmem, jak na gust drugiego czarodzieja.
Kiedy po powrocie do domu znalazł narzeczonego rozciągniętego na kanapie obłożonej miękkimi poduszkami, z otwartą gdzieś w środku powieścią opartą na piersi i gramofonem cicho wygrywającym jakąś smętną melodię, zdecydował, że nie ma serca go budzić. Ukląkł jedynie przed pogrążoną we śnie postacią, skupiając się na jej równomiernym oddechu i ostrożnie, tak żeby go nie obudzić, wsunął ręce pod jego kolana i plecy i uniósł delikatnie.
Alphard narzekał zawsze na różnicę ich wzrostu, choć w rzeczywistości nie była ona tak duża, a on sam zdecydowanie nie miał na co narzekać ("Nie po to kupuję wysokie obcasy, żebyś nadal wyglądał jak cholerne drzewo!"). Felib uśmiechał się wtedy tylko rozbawiony reakcjami czarnowłosego czarodzieja, a w chwilach takich jak te, kiedy musiał wnieść śpiącego narzeczonego po schodach, aż do sypialni na końcu korytarza, był wręcz wdzięczny losowi za to małe udogodnienie.
- Śpij dalej - zachęcił, kładąc budzącego się mężczyznę do łóżka, żeby samemu wrócić do łazienki.
Nie był zbytnio zdziwiony, kiedy zatrzymała go dłoń zaciskająca się słabo na jego rękawie.
- Muszę się przebrać, habibi. I umyć - wytłumaczył cierpliwie, pochylając się nad ukochanym i gładząc jego miękkie włosy.
- Zostań ze mną…- prosił Alphard, a jego uśmiech stawał się coraz bardziej przytomny - Tylko chwilę.
Więc został, a kiedy ułożył się już na łóżku, momentalnie oplotły go ramiona drugiego mężczyzny i nawet gdy ten już na powrót zasnął, Felib nie mógł zmusić się do opuszczenia miejsca, które w tamtej i w każdej innej chwili zdawało mu się najbezpieczniejsze na świecie.
-----
Niepokój ścisnął jego gardło swoimi lodowatymi palcami i poczuł, że coś nie jest tak, jak powinno być, jeszcze zanim przeszklone kolorowymi witrażami drzwi ich wspólnego dworku zdążyły w pełni się przed nim uchylić.
Mężczyzna rozglądał się, analizując wnikliwie, z pewną dozą podejrzliwości każdy centymetr własnej rezydencji, jakby dziś wyjątkowo miał wcielić się w rolę gościa, który widzi ją pierwszy raz, a jego głównym zadaniem jest zdać raport przed lustrem z wszystkich jej szczegółów. W rzeczywistości nie potrafił jednak dostrzec niczego, co miałoby sugerować, że jest to jakieś zupełnie inne miejsce niż to, które tego samego ranka opuścił.
Uderzyła go cisza, ale potrzebował chwili, żeby to zrozumieć; wypełniła jego uszy, rozsadzała czaszkę swoim diabolicznym, niespokojnym wyciem, w którym co chwila przebrzmiewał jej rozpaczliwy śmiech graniczący z wołaniem o niemożliwą pomoc.
- Alphie! - zawołał, powoli zdejmując wyjściowy płaszcz. Nie musiał tego robić; mężczyzna siedział prawdopodobnie w jednym z pokoi ich wspólnej rezydencji, przeglądając stare książki i wystarczyło zajrzeć tu i tam, żeby znaleźć go skulonego w fotelu z kieliszkiem wina. Mimo to, chcąc jak najszybciej zobaczyć swojego ukochanego i pozbyć się dławiącej go guli, Felib powtórzył niemalże z dziecinnym uporem. – Alphard!
Alphard jednak nie odpowiadał, a ciszy, jaka zdawała się opaść klątwą na cienie na korytarzach, nie przerywał nawet szmer.
Jego kroki na skrzypiącej podłodze, którym nie towarzyszył najcichszy dźwięk, zdały się nagle potwornie niezgrabne i mało taktowne. Nogi same poniosły go w głąb korytarza. Idąc pospiesznie, zaglądał do pokoi, próbując przypomnieć sobie każde umówione spotkanie, o którym ostatnio mówił mu ukochany; wszystkie jednak wydawały się puste i nienaruszone. Nie powinien wychodzić do ogrodu, przeszło mu przez myśl, kiedy jego wzrok mimochodem zahaczył o szumiące za oknami wierzby na tle szarego nieba, robi się zimno. Dopiero światło wypadające zza uchylonych drzwi niewielkiego gabinetu tuż przy schodach prowadzących na piętro sprawiło, że ciężar, który nie wiadomo kiedy się tam pojawił, zaczął ustępować z jego zmęczonych barków. Jego oczy złagodniały, a wargi drgnęły w delikatnym, ciepłym uśmiechu. Alphard musiał zasnąć skulony w wielkim, obitym szkarłatem fotelu, z kocem niechlujnie zarzuconym na ramiona, a książka, którą czytał, z pewnością wypadła mu z dłoni, gubiąc stronę, na której zakończył.
Drzwi nie skrzypnęły, kiedy je otwierał, a podłoga nie zdradziła jego kroku, miałby więc idealną okazję do tego, by bezszelestnie podejść do śpiącego mężczyzny, gdyby tylko przesunięty aż pod ścianę fotel nie był pusty. Z kolei nieco bardziej niż zwykle wysunięty do okna był niewielki, kawowy stolik, zajmowany teraz przez częściowo opróżnioną już kryształową butelkę i pusty kieliszek.
- Czy ktoś tu jest? - pytanie zostało rzucone w głąb korytarza, ale Felib sam nie wiedział, kto miał mu odpowiedzieć oprócz ciszy.
I wtedy go zauważył.
Zwinięty nienaturalnie na dywanie w kolorze krwi, z włosami rozrzuconymi wokół głowy na kształt grzywy albo wyjątkowo wymyślonej korony i twarzą zwróconą ku oknu, za którym malowała się już ciemna, bezgwiedne i nieprzenikiona noc, leżał Alphard w swojej pięknej, podszytej srebrną nicią szacie.
Wstań, habibi, miał ochotę krzyknąć Felib, ale słowa uwięzły mu w gardle. Wstań, bo się przeziębisz. Zabiorę cię do łóżka, tam będzie ci cieplej. Proszę, obudź się...
Ale Alphard się nie obudził.
-------
Ostatnia część fragmentami jest wzięta żywcem z "Icarusa" yeah przyznaję się I'm a lazy bitch
You have married an Icarus
Kalila powoli odeszła od tonącego w karmazynowej poświacie wychodzącego na zachód okna jej pięknego salonu. Z trudem przyszło jej oderwanie wzroku od zasnutego czerwienią i złotem nieba, nie dlatego, że widok w ten sposób zachodzącego słońca był dla niej czymś nowym, niedostępnym, niepowtarzalnym – odkąd tylko pamięta, dzień zawsze kończył się tutaj w ten sam, niepokojąco spokojny w swej krwawej oprawie, sposób – ale dlatego, że wiedziała, że gdy tylko się odwróci, będzie musiała spotkać się ze zmęczoną, zbolałą twarzą młodszego brata, który tylko w ciągu ostatni paru tygodni musiał postarzeć się o kilka dobrych lat.
Felib natomiast zdawał się nie dostrzegać niczego, co działo się w tym momencie za oknem; Kalila mogłaby się wręcz założyć, że mężczyzna nie zobaczyłby nawet jej, gdyby stanęła naprawdę blisko. Jego palce błądziły bez sensu po brzegach porcelanowej filiżanki, w której zalegała nietknięta, zimna już herbata imbirowa. Ciemne kosmyki opadły mu na czoło – przez chwilę Kalila zastanawiała się, czy gdy widziała go uprzednio, również tu i ówdzie przetykały je srebrne pasma - przysłaniając szeroką zmarszczkę formującą się na czole.
Kobieta westchnęła ciężko; dla niej to też nie były łatwe dni i trudno było jej nie okazać słabości.
- Nie wygłupiaj się, Felib. – Kalila pochyliła się nad bratem, dotykając delikatnie jego kolana, po części by dodać mu otuchy, a po części, żeby przyciągnąć jego uwagę. - Jeśli nie chcesz jeść, powinieneś przynajmniej to wypić.
Jeszcze ostatni raz pomyślała dziś o zachodzie słońca za jej plecami, kiedy podniosły się na nią bursztynowe oczy nabiegłe krwią od zmęczenia i łez. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby miał spróbować się do niej uśmiechnąć, ale zamiast tego coś na jego twarzy rozjaśniło się tylko na chwilę, a później znów pociemniało.
- Tak mi przykro – jasnowidzka spuściła wzrok – Nie wyobrażam sobie nawet, co musisz teraz czuć…
- Myślisz, że to moja wina?
Z tymi słowami, Kalila poczuła, jak coś w jej klatce piersiowej zaczyna się kruszyć. Spojrzała na brata szeroko otwartymi oczyma i nie mogłaby sama sobie przysiąc jakie emocje malowały się teraz na jej twarzy. Tymczasem twarz jej brata pozostawała niezmiennie smutna i okrutnie poszarzała. Pomyślała, że przypomina jej teraz twarze męczenników na obrazach albo żebraków w najbrudniejszych zakątkach Omanu i zastanawiała się, czy tę rozpacz można jeszcze pogłębić. Jej wzrok przesunął się po porzuconej na stoliku filiżance i przeszło jej przez myśl, że w pewnym momencie potłuczona porcelana nie daje się już kruszyć na mniejsze kawałki.
- Gdybym tam był, Lila…- mężczyzna ciągnął swoim słabym, zachrypłym od żalu głosem – Może nie doszłoby...Cholera, za miesiąc bralibyśmy już ślub, wszystko było gotowe! Dlaczego on...Dlaczego nalegałem tak na ucieczkę...Alphard przecież nie chciał, a ja…
Słowa Feliba gubiły się zagłuszane przez zduszony szloch, próbując dogonić sens, którego w całej tej historii brakowało.
- Dlaczego mi to zrobił? - Oczy Feliba – ciemne, nagle prawie czarne i zupełnie jakby oderwane od obrazu jaki tworzył; od mokrych od łez policzków, pomiętej koszuli i siwych pasm we włosach – przeszyły Kalile na wylot zostawiając za sobą piekące rany. - Dlaczego mnie zostawił?
Tego samego ranka, zaledwie kilka godzin wcześniej, Felib pojawił się w drzwiach jej domu w taki sposób, w jaki nie widziała go już od bardzo dawna – samotnie. Już wcześniej dostała jego listy (straszne, straszne listy, z których wręcz lakonicznego tekstu biła bezradność), ale dopiero, kiedy na własne oczy zobaczyła rozbitą postać młodszego brata, dotarło do niej ich faktycznie znaczenie.
Alphard Black nie żył, a wszystko, co przy nim znaleziono to pusty kieliszek po winie. Żadnej wiadomości, żadnego listu. Żadnej leżącej na poduszce obrączki, mówiącej krótkie „zwracam”. Niczego, co uczyniłoby tę sprawę prostszą, ale Alphard Black w końcu nie był prostym człowiekiem, prawda? Co najwyżej kolejnym rozpuszczonym chłopcem, który popełnił samobójstwo we własnym domu…
- Pokochałeś prawdziwego Ikara, Felib. – Kalila nie chciała, by brzmiało to jak „a nie mówiłam”, czy „ostrzegałam cię, że ten chłopak złamie ci kiedyś serce”; jeśli jednak taki ton faktycznie pojawił się w jej głosie, młodszy czarodziej zdawał się tego nie dostrzegać. - Miał piękne skrzydła, ale poleciał zbyt blisko Słońca.
- Nie pamiętam już jak spojrzeć na Słońce bez niego…
El presidente de la FEMP asegura que "no se suprimirán municipios"
El presidente de la Federación Española de Municipios y Provincias (FEMP) y alcalde de Santander, Iñigo de la Serna, ha asegurado que en la próxima legislatura “no se suprimirán municipios, salvo aquellas fusiones que se den de manera voluntaria”.
En…
View Post