Cześć, zaczynam swoją przygodę na instagramie i byłoby mi bardzo miło jakbyście zajrzeli na moje konto. Staram się połączyć to co lubię najbardziej, czyli zdjęcia, podróże i literaturę. Może moje zdjęcia nie są najlepsze, ale każdy od czegoś zaczyna 😁
Autokar kontra samolot - czym dotrzesz do Florencji szybciej, wygodniej i taniej
Co tam u was? Bo ja siedzę sobie na balkonie i co jakiś czas odrywam oczy z ekranu laptopa, żeby zerknąć na Apeniny. Wiedzcie, że to jest mój pierwszy wieczór we Florencji, kiedy tak sobie siedzę i piszę. Miną wieki, zanim zdążę się nasycić tym widokiem.
Nie wiem, czy mogę to nazwać przeprowadzką. Fajnie to brzmi, ale trochę za bardzo ostatecznie. Tak jakbym planował zasadzić tu drzewo, spłodzić syna i otworzyć budkę z krakowskimi kreplami. A ja nie zapuszczam tu żadnych korzeni! Przeciwnie – nie wiem, czy się tu przyjmę. To miasto mnie onieśmiela. Opowiem wam, jak tu trafiłem.
Co byś wybrał; półtorej godziny w przestworach czy czternaście godzin w autokarze?
Postawiłem na to drugie, Wyruszyłem w rejs z asfaltowym żeglarzem. Jakbyś się chciał wybrać do Włoch autokarem, nie wstydź się. Wcale nie oszalałeś. To rozwiązanie ma swoje „za” i „przeciw”. Sam ocenisz, czy te „za” są na tyle dobre, że „przeciwy” nie mają większego znaczenia. Pewno dotarła do ciebie wieść gminna, z której wywnioskowałeś, że:
że podróż samolotem jest szybsza
że jest mniej uciążliwa
ale że w zamian swoje kosztuje, a autokarem zaoszczędzisz.
Czy podróż samolotem jest szybsza? Stanowcze „tak, ale”
Właściwy lot trwa półtorej godziny, a podróż autokarem planowo powinna wyrwać z twojego życiorysu siedemnaście godzin. Trudno to zestawiać, autokar samolotu nie prześcignie i w bezpośrednim porównaniu wypada po prostu smętnie.
Tylko pamiętaj, że sam lot to tylko wisienka na torcie, a do niego dochodzą godziny ukryte, które spędzisz na podróży na lotnisko, z lotniska i na czekaniu przy odprawie. Nie lecisz do Florencji, tylko na lotnisko w Bolonii, z którego tak czy siak jedziesz autokarem i to zajmie ci kolejne kilka godzin.
Moi współlokatorzy, którzy lecieli samolotem, wyszli z domów w okolicach 7:30, a we Florencji byli o 15:30. W sumie dotarcie na miejsce zajęło im osiem godzin.
Ja wyszedłem z domu po 16, a na miejscu byłem o 11:30 następnego dnia. Podróż, ze wszystkimi dodatkami zajęła mi coś w okolicach dziewiętnastu godzin, czyli trochę więcej, niż powinna, ale w zestawieniu z lotem już nie tak tragicznie. Po prostu, przebiegała nie od samego rana do popołudnia, tylko od popołudnia do rana następnego dnia. Całą noc przespałem jak suseł.
Trudno w ten sposób obiektywizować uciążliwość, ale w tym punkcie nadrabia autokar.
Kiedy Magda Gessler nawiedziła Zawiercie ze swoją rewolucją i lektor miał zamknąć to miasto w lakonicznym opisie, opisał je jako „mało malownicze”. Jeżeli byłeś w Zawierciu, nie powinny bawić cię żarty z Sosnowca. Nie wpadłbym na to, że istnieje połączenie Zawiercie-Florencja, a tu proszę! Było coś surrealnego w autokarze podstawiającym się pod anonimowym przystankiem autobusowym w mało malowniczym Zawierciu.
Gdybym wybrał samolot, czekałaby mnie wyprawa na najbliższe lotnisko. Musiałbym polegać na uprzejmości dobrodzieja, który by mnie tam zawiózł, albo dotrzeć tam samemu. Więc albo jestem zależny od czyjejś uprzejmości i czyjegoś wolnego czasu, albo taszczę wielkie bagaże, przesiadając się z jednego środka transportu do drugiego. To jest kłopot, zwłaszcza kiedy do portu lotniczego masz daleko. W tym wypadku, bardziej komfortowym rozwiązaniem jest autokar, który praktycznie podstawia ci się pod dom.
Do stacji w Gliwicach zjechało kilka pomniejszych sindbadzików, a tam już czekał Sindbad ogromny, piętrowy, majestatyczny.
Byłem pod wrażeniem, zwłaszcza że pod nogami miałem tyle miejsca, że spokojnie przemyciłbym swoją rodzinę trzy pokolenia do tyłu, krowę czempionkę i wszystkich moich czytelników, czyli ty też byś się zmieścił.
– Dokąd pan zmierza? – trochę filozoficznie zagaja do mnie babeczka z fryzurą na wokalistkę Arcade Fire. Odpowiedziałem, że na studia. Wyjaśniłem, na jakie i na jak długo, chociaż nie pytała i raczej mało ją to obchodziło. Zapowiadała się podróż w całkiem sympatycznym, nielicznym towarzystwie z tyłu górnego piętra autokaru. W tym momencie zakotwiczył następny sindbadzik, a z niego wysypało się mrowie ludzi. Z jakiegoś powodu, każdy wybierał się do Włoch.
Koło mnie dosiadł się luj.
Rozwalił się jak pan na włościach. Nawijał przez telefon o tym, że znalazł pracę w Austrii i miał jechać z jakimś kolegą, ale ten zachlał i ma dołączyć przy następnej okazji. Szybko pobiegłem schować do luku duży, podręczny bagaż. Miał siedzieć koło mnie i cała drogę raczyć mnie polskimi słodyczami i plątaniną powerbanków. A tak ustąpił Błażejowi, który wyrusza rozsławiać nasz naród ciężką pracą fizyczną. Stwierdziłem, że skoro mam z nim spędzić tyle czasu, może dobrze byłoby nawiązać jakąś relację. Może będzie miał coś ciekawego do powiedzenia.
Jak tylko skończył rozmawiać, a ja zbierałem się, żeby podać mu rękę, obsługa wyrzuciła go z autokaru.
– Współpasażerowie zgłosili podejrzenie, że jest pan pod wpływem alkoholu. Niepokoi ich pana zachowanie. Czy pił pan alkohol?
– Tak, piłem wczoraj – odpowiedział zdezorientowany.
– Zgodnie z regulaminem, tere fere morele, nie może Pan kontynuować podróży. Przykro nam, ale musi Pan opuścić pokład.
– Czy dostanę swoje bagaże?
– Tak, po wyjściu z autokaru.
– Super.
I sobie poszedł.
Ja tam nic od niego nie poczułem i nie zauważyłem, żeby zachowywał się jak pijany (czy niespełna rozumu). Ot, Błażej jak Błażej, z całym szacunkiem dla wszystkich Błażejów, którzy to czytają. To nie o was.
Ta pani od fryzury z Arcade Fire gruchała na cały autokar, że to nie jej wina, że wyrzucili Błażeja. „Wcale się nie skarżyłam” – męczyła wszystkich pasażerów i przynajmniej kilkanaście osób, z którymi przeprowadziła co do słowa taką samą i równie długą rozmowę.
Nie wiem, ile załogi pozostałoby na pokładzie, gdyby kazać dmuchnąć w alkomat wszystkim pasażerom.
– Ej, myślisz, że jak zjemy te cukierki, to nie będzie czuć gorzały? – mruczy jeden pan do drugiego. Odwracam się, a panowie wyszczerzają się do mnie w porozumiewawczym uśmiechu: jakbyśmy trwali we wspólnej konspiracji i jakby ich zachowanie miałoby budzić mój podziw.
Był jeszcze siwy chłop w czerwonej koszulce Fila i sztruksowej kurtce.
Wciąż kręcił się po autokarze. Stał nad jedynym pasażerem, który chciał go słuchać i coś tam do niego pierdział. Dukał wulgarne historie i wtajemniczał cały autokar w meandry swojego życia prywatnego. Wszyscy wiedzieli o jego byłej żonie, alimentach, żółtych papierach i mogli recytować na wyrywki najdrobniejsze szczegóły z ostatnich czterdziestu lat jego życia.
– Proszę Pana – jedyna odważna zwróciła się do niego podczas postoju. – Wciąż podkreśla Pan, jaki to nie jest dobroczynny, a całą drogę przeszkadza Pan pasażerom. Wszyscy próbują spać. Proszę zachować ciszę.
Chłop się obruszył. Zaczął obrażać ją, a potem ogół pasażerów. Nikt się nie odezwał, ja zresztą też nie.
– Przysięgam, że jak się pan odezwie jeszcze raz, to pana…
I nie pamiętam, jakiego słowa użyła. Teraz mam wrażenie, że „zapierdolę”, ale może zachowała nerwy na wodzy i użyła łagodniejszego odpowiednika. Dodała jeszcze:
– … i nikt nie zdradzi, co zrobiłam, skoro wszyscy tacy cisi i spolegliwi .
Fajnie pojechała pasażerów Sindbada. Fajnie pojechała mnie. Ale przyznaj wytrwały czytelniku, że to obsługa powinna przejąć inicjatywę. No i finalnie przejęła. Zainterweniował kierowca i scena przypominała animację z Simsów.
Patrzyłem przez okno, jak Sims-kierowca grozi palcem Simsowi-chłopowi. Ten drugi tylko udawał skruszonego. Kiedy tylko usłyszał stłumiony szmer rozmowy, wyrzucił:
– Przepraszam bardzo! Państwa zachowanie mi przeszkadza! Proszę zachować ciszę!
Nie traktujcie ten anegdoty jako potwierdzenia dla tendencji. Z mojej rozmowy z pasażerami, wynikało, że często podróżują autokarem i takiego debila jeszcze nie spotkali. Tak było i nie będę ściemniał na swoim własnym blogu, że było inaczej.
Tak czy siak, komfort podróży oceniłbym wysoko.
Pokładowa ubikacja była całkiem wygodna i przypominała tę samolotową. Z jeszcze wygodniejszych można było skorzystać na kilku postojach. Jak już wspominałem, i wspomnę jeszcze raz, bo to jest ważne, miałem mnóstwo miejsca na nogi. Mogłem umilić sobie czas przy seansie Babci Gandzi. Jako człowiek, którego jedna recenzja została podliczona do bazy mediakrytyka, mogę wygłosić fachową opinię, że puszczenie tego akurat filmu było trafną decyzją. Z tytułową babcią utożsamią się starsi pasażerowie, a z gandzią ci młodsi, którzy noszą koszulki „po co chodzić, skoro można latać” kupione na Krupówkach.
Rozumiem, dlaczego kolejnym filmem było RV: Szalone Wakacje na Kółkach z Robinem Williamsem. Cały film rodzina jedzie autokarem. Oglądanie autokaru w autokarze, super ekstra koincydencja. Wytrzymałem cztery minuty, po czym stwierdziłem, że film jest beznadziejny i zacząłem słuchać nowego Comics Weekly.
Z istotniejszych braków, skonsternował mnie brak WiFi (w sindbadziku z Zawiercia nie dość, że było, to jeszcze działało!) i brak kontaktu, żeby podładować sobie telefon (nie wiem, czy coś takiego jest w autokarowym standardzie, ale bym się nie obraził).
Ile takie luksusy kosztują?
Koszt mojego biletu wyniósł mnie 209 złotych. Bez zniżki, w specjalnej ofercie dla tych, którzy płacą przez internet. Nie było żadnych ukrytych kosztów. W obu autokarach mogłem skorzystać z minibaru (głównie napoje i słodkości, większość kosztowała 4zł/1€, więc chyba rozsądnie.
Trudno powiedzieć, ile zapłaciłbym za lot, bo koszty zmieniają się z dnia na dzień. Uśredniając za sam lot, na czysto i bez kosztów dodatkowych, wybuliłbym cztery stówy. A pamiętajcie, że do tego dochodzą dodatkowe wydatki. Na przykład za bagaż rejestrowany. Do autokaru mogłem zapakować ogromną walizkę ważącą jakieś 26kg, całkiem dużą torbę, kolejną na laptop i jeszcze taką małą, podręczną. A mógłbym więcej, gdybym zdołał.
W ten sposób dotarłem tutaj, na balkon z widokiem na Apeniny. Do miasta, które będę poznawał przez kolejne miesiące. Nie będę ściemniał: tudominik.pl staje się blogiem monotematycznym. Będę opisywał moją relację z Florencją. To, jak mi się tu żyje, jak studiuje i co czuję postawiony w zupełnie nowych okolicznościach.
Jeżeli masz ochotę mi towarzyszyć, możesz polubić mój facebook, śledzić mnie na Instagramie i zasubskrybować na YouTubie. Zwłaszcza polecam to ostatnie, bo o ile oglądanie mojego ryja nie stanowiłoby dla ciebie przyjemności, Florencja powinna ci się spodobać.