Jest weekend
Wczoraj lało przez cały dzień. Ciemno było. Buro. Tak samo jest dziś.
Olek był na animie więc stwierdziłem, że nie będę jechał do domu. Nawet jeśli chwilę poczekam to zabiorę go wcześniej niż Ania. Pojechałem więc do pobliskiej żabki. Wziąłem sobie kawę i wyglądałem przez okno gawędząc ze znajomą ekspedientką która przy okazji fotografuje i modeluje. Widzieliście ją pewnie na moich fotkach.
Po pół godziny byłem pewien, że już najwyższy czas. Wyszedłem z żabki. Rozejrzałem się ale nikogo nie było widać. Zadzwoniłem. Połączenie odrzucone. Za chwilę SMS: "O 16:30 koniec." Odpisałem: "To wracasz z matką" Matka kończyła pracę o 16:15. Pojechałem do domu. Rozebrałem się. Wziąłem aparat i zacząłem męczyć młodszego syna fotkami.
Po chwili usłyszałem jak wchodzi do domu żona. Pomyślałem wrócili. Szybko czas minął. Minął? Coś za szybko. Spojrzałem na zegarek - szesnasta dwadzieścia siedem. - Odebrałaś Olka? - Nie wiedziałam. Nie wzięłam telefonu. No to jadę po niego...
Ania od wczoraj chodziła przeziębiona. Kazałem iść jej się położyć i pojechałem po niego sam. Ot taki paradoks dobrej woli. Mnóstwo czekania bez sensu a potem i tak powrót.
To nic. Przynajmniej napiłem się kawy.
PS. Wszystkie fotki zrobione aparatem Sony ZV-1. Kogoś to w ogóle tu interesuje?
PS2. Post ma niestandardowy format dla tego bloga. Bo na taki eksperyment miałem ochotę. Nie wiem co będzie dalej.
















