Dziś po raz pierwszy przyniosłam do domu florystyczne cuda na papierze. To mój najpiękniejszy nabytek z Po-Dzielni, która wcale nie tylko ubraniami stoi.
Dwa zestawy roślinnych pocztówek zostały wydane w 1965 i 1967 roku przez Biuro Wydawnicze „Ruch” w Warszawie. Flora Puszczy Białowieskiej i Rośliny Ozdobne. No i jeszcze te wolne ptaki, odmieńcy z południa - czyli obrazki cytryn, pomarańczy, daktyli, oliwek, bananów. Razem 59 pocztówek.
Wzruszają podpisy na niektórych kartkach - widać, że ktoś z najwyższą starannością tkał nazwy gatunkowe, najpierw na brudno ołówkiem, z liniami pomocniczymi, by litery były równe, a potem mazakiem na czysto. Nazwy, które mogłyby oznaczać egzotyczne choroby albo drinki, ewentualnie imiona drag queen: „KAPTURNICA DRUMMONDA”, „DYPTAM JESIONOLISTNY”, „DARLINGTONIA KALIFORNIJSKA”, „HELIAMFORA ZWISŁA” (!).
Po co ktoś podpisywał je odręcznie, skoro na rewersie umieszczono małym drukiem nazwę gatunkową po polsku i po łacinie? Może z powodu słabego wzroku? Albo to były dla kogoś karteczki edukacyjne i w ramach ćwiczeń powtórzenie nazwy pomagało ją utrwalić? Albo ktoś zachwycał się tymi kartkami i zależało mu na osobistym wkładzie-w-rzecz, na zostawieniu swojego śladu w przedmiocie. Ile z tych gatunków ten ktoś widział na żywo? Jak kartki trafiły do Po-Dzielni?
Na wielu z nich zostały maleńkie ślady po szpilkach, a więc obrazki wisiały na jakiejś ścianie. Ktoś patrzył na nie (nawet pół wieku temu) i może wyobrażał sobie w swojej kuchni te egzotyczne owoce, których nigdy nie smakował. W polskim bloku (i nie-bloku) w czasach słusznie minionych na pewno emocje wywoływała cytrynowa gałązka. Zresztą do dziś wywołuje - gdy na nią patrzę teraz, przypominam sobie letnie, włoskie powietrze i te cytryny na drzewku, w słońcu... i nagle znowu wierzę, że lato przyjdzie.