Wiedźmak, kot Eskela
seen from Russia
seen from United States

seen from United States

seen from Russia

seen from United Kingdom
seen from Singapore
seen from Türkiye
seen from United States
seen from South Africa
seen from Kazakhstan
seen from Russia
seen from United States
seen from China
seen from United States

seen from Malaysia
seen from China
seen from China

seen from Germany

seen from United Kingdom

seen from Philippines
Wiedźmak, kot Eskela
LAST NIGHT I WAS BRAVE. I went to a gig on my own I made new friends I wore an outfit is never normally wear and damn I looked cute.
Bury Wilk
Część czwarta
Eskelowi towarzyszył kociak, którego wyratował z rzeczki Ploszki. A może to kociak uratował Eskela? Skórzany wór z potopionym rodzeństwem kotka ocalił wiedźmina przed utonięciem, zaś Eskel ocalił kociaka od losu, jaki spotkał resztę miotu. Pamiętał, że zanim stracił przytomność, próbował wsunąć zwierzątko za pazuchę kurtki, chcąc podzielić się z nim ostatkiem ciepła. Chłopi, którzy znaleźli Eskela, uznali go za trupa, ale gdy zbierali się do odejścia, kociak, ukryty za pazuchą wiedźmina obudził się i zaczął słabo miauczeć. Chłopi wzięli kwilenie za oznakę życia Eskela i zabrali go, wraz z wciąż ukrytym kociakiem, do chaty zielarki. Tak więc ratowanie było co najmniej obopólne. Człowiek i zwierzę zawdzięczali sobie dokładnie tyle samo.
Kotek nie odstępował wiedźmina na krok. Zwijał się do snu na poduszce, w zagłębieniu pomiędzy ramieniem a szyją Eskela, kompletnie ignorując wiedźmińską wibrację, tak znienawidzoną przez pozostałych przedstawicieli gatunku felinae. Inna sprawa, że wibracja Eskela była podczas choroby i rekonwalescencji znacznie słabsza niż zazwyczaj. Teraz, kiedy wiedźmin wstawał z łóżka, kociak plątał mu się pod nogami, a kiedy wiedźmin siadał na przypiecku, kociak natychmiast wdrapywał mu się na kolana. Tutaj układał się wygodnie i zaczynał mruczeć, pracowicie ugniatając łapkami Eskelowe spodnie. Był mały, rudawo-bury, prążkowany, z ogonkiem chudym jak ogryzek ołówka i zamglonymi, niebieskawymi oczkami. Tomira karmiła go rozwodnionym mlekiem, twarożkiem z żółtkiem jaja, kurzymi sercami i żołądkami, posiekanymi w drobniutką kosteczkę i rozmoczonym chlebem. Eskela, w tym samym czasie, karmiła głównie rosołem, twierdząc, że po tak ciężkiej chorobie bardziej „zawiesiste” jadło mogłoby mu zaszkodzić. Mimo, że wyróżniany kulinarnie, kociak i tak wolał towarzystwo wiedźmina.
– Nazwij go jakoś – mówiła Tomira. – Nie możesz wołać na niego Kot.
– Mój przyjaciel wszystkie swoje konie nazywa Płotka – parował Eskel.
– Ale nie nazywa ich Koń, prawda?
– W gruncie rzeczy woła na nie Ryba.
– Rybka. Płotka to bardzo mała rybka.
– Ty go nazwij – westchnął Eskel. – Ja nie mam do tego głowy.
– A ja mam na głowie pracę! A zresztą, to jest twój kot!
– I jak ja mam cię nazwać, Kocie? – pytał Eskel, delikatnie drapiąc kociaka pomiędzy uszami i pod, nadstawianą ochoczo, bródką ozdobioną białą łatką, jakby mały zanurzył pyszczek w śmietanie. – Burek? Nie, to psie imię. Mruczek?
– Co drugi pies to Burek, co drugi kot to Mruczek – wtrąciła Tomira. – Bądź oryginalny.
– Ja nie jestem oryginalny. Ja jestem bardzo prostym wiedźminem.
– To nazwij go z wiedźmińska.
– Czyli jak?
– Bo ja wiem. Nie macie jakichś wiedźmińskich nazw?
– Nie dla kota. Koty zazwyczaj trzymają się od nas z daleka.
– O, widzisz. To jest niezwykły kot i musisz mu nadać niezwykłe imię.
– Może „Kot, Który Się Wiedźminów Nie Lękał.”
– Trochę trudno będzie ci go zawołać po imieniu.
– To i tak bez sensu, Tomiro. Przecież nie zabiorę kota na szlak. Nie powinien się do mnie przyzwyczajać. – Eskel spochmurniał nagle. Delikatnie zdjął kociaka z kolan, ostrożnie odczepiając jego drobne, ale ostre jak chirurgiczne igły pazurki od materiału własnych spodni, i postawił go na pokrytej słomą polepie. – Może zostać u ciebie?
– Bo czarownica to bez kota ani rusz? – zakpiła Tomira, ale nagła zmiana nastroju Eskela nie przeszła niezauważona. Kiedy wspomniał szlak, w jego głosie wymieszały się dwie sprzeczne emocje – niechęć i zarazem przejmująca tęsknota.
– Bo „kot wiedźmina” to oksymoron.
– Co?
– Antylogia. Epitet sprzeczny. Taka figura retoryczna.
– Nie popisuj mi się tu, zwykły wiedźminie – zaśmiała się zielarka. – Bo jeszcze pomyślę, żeś zełgał z tą prostotą.
– Wiedźmak – powiedział Eskel po dłuższej chwili milczenia.
– Hę? – mruknęła Tomira.
– Wiedźmak – powtórzył Eskel. – Jak ja. Bo ja przeszedłem Próbę Traw, a on Próbę Wody. I obu nas trudno zabić. I dookoła nas wszyscy... – Eskel urwał nagle, odwrócił twarz tym swoim dziwnym gestem, jakby coś próbował ukryć. – Wiedźmak, płatny zabójca myszy i szczurów! – rzucił. – Założymy spółkę – Wiedźmin i Wiedźmak – deratyzacja i demonstryzacja. Dwa w cenie jednego.
– Wróżę wam świetlaną przyszłość – powiedziała Tomira. Uśmiechnęła się, ale i ona posmutniała. Rzeczywistość przez krótki czas błąkała się gdzieś, daleko, po zamarzniętym lesie, ale teraz powróciła. Świat był złym miejscem, w którym „świetlana przyszłość” także jawiła się antylogią. W Redanii pod rządami Radowida przyszłość nie rysowała się bynajmniej jasno.
Myśli Eskela znów zbłądziły na szlak, a zaraz potem do Kaer Mohren. Jeśli miał jakiś dom, była nim Twierdza Starego Morza w górach Kaedwen. Jeśli miał ojca, był nim Vesemir, jeśli miał braci, byli nimi Geralt, Lambert, Cohen, Leo i inni. Większość z nich już nie żyła, a w Kaer Mohren mieszkał wyłącznie wiatr.
– Gdybym umarł – pomyślał Eskel – zostaliby tylko Geralt i Lambert. I Ciri. Moja mała wataha.
Ale nie umarł. Dziwiło go to. Niejasno pamiętał procesję zadawanych mu obrażeń i był niemal pewien połamanych żeber, nie wspominając już o kościach łokciowej i promieniowej, które, jak wspominał, popękały ze słyszalnym trzaskiem. Tomira potwierdziła otwarte złamanie, ale dziś, po ledwie ośmiu dniach od wydarzeń w Zasiółku, kości były zrośnięte, a ręka odzyskała niemal pełną ruchomość. Jeśli doznał jakichś obrażeń wewnętrznych, nie pozostał po nich ślad, poza ogólnym uczuciem rozbicia i osłabienia. Wiedźmini goją się szybko, ale nie aż tak szybko. Osiem dni temu, kiedy wypełzł z rzeczki Ploszki na pokrytą lodem łachę nieopodal mostu, był pewien, że z tych tarapatów nie zdoła się wykaraskać. Nie myślał wtedy zbornie i logicznie, ale czuł chłód nadciągającej śmierci i wiedział, że nie zdoła jej się wymknąć. Chciał odgonić ją igni, lecz nie udało mu się nawet złożyć znaku.
– Myślałam, że wiedźmini zimują w siedliszczach – podjęła zielarka, jakby czytając mu w myślach. – A na szlak wyruszają wiosną.
– Nikt już nie zimuje w Kaer Mohren – rzucił Eskel. Wiedźmak próbował wdrapać mu się na buty, skrobał pazurkami po cholewkach. Eskel zwalczył ochotę, by mu pomóc we wspinaczce.
– Mało was zostało – powiedziała cicho Tomira. – Tak was mało, a potworów tak wiele. Trupojady mnożą się na pobojowiskach, strach podjeść do byle bajora, bo aż roi się w nich od utopców. Po wioskach wyją upiorne psy, a w lasach polują straszydła. Chyba blisko już do krańca świata. Chyba naprawdę nadchodzi koniec, to białe zimno i białe światło z przepowiedni Itliny.
– Wierzysz w przepowiednie?
– A ty?
Potrząsnął głową, ale nie zaprzeczył.
– No widzisz.
– To skomplikowane – rzucił Eskel. – Gdybym ci powiedział, że przepowiednia Itliny była prawdziwa, ale już się raczej nie spełni, uwierzyłabyś?
– Zapytałabym, skąd masz takie informacje.
– Z pierwszej ręki. – Uśmiechnął się po swojemu, leciutko, ładnie. – No, może z drugiej. Ale z tymi potworami masz rację. Wyroiło się tego po wojnie co niemiara. Chodzi toto nażarte, pewne swego, silne jak nigdy przedtem. Szczególnie trupojady, ale nie tylko. W ciągu ostatnich kilku miesięcy trafiłem na więcej reliktów niż wcześniej przez dziesiątki lat. No, i są jeszcze mutacje, nowe potwory, jakieś krzyżówki. Pod Zasiółkiem... – Zawahał się, urwał.
– Potrafię rozpoznać rany zadane ręką człowieka – cicho powiedziała Tomira. – Napatrzyłam się na rany od miecza, kiścienia, włóczni, topora. Wiem, jak wyglądają stłuczenia zadane lagą, czy siekierą. Albo nabitą gwoździami deską.
Podniosła na wiedźmina spojrzenie intensywnie niebieskich oczu.
– Czy nie tak było? – spytała. – Czy te potwory pod Zasiółkiem to nie byli przypadkiem ludzie?
– Moi zleceniodawcy... – mruknął Eskel – ...okazali się niełaskawi. A ja niepotrzebnie się pospieszyłem. Chciałem tylko odebrać zapłatę i wyjechać z tej zapomnianej przez bogów dziury.
– Oni cię wynajęli? – Tomira uniosła brwi. – A ja myślałam, że napadli cię bandyci.
– Wieśniacy wynajęli mnie na utopce, ale okazało się, że to nie utopce, a jakaś nowa odmiana bagienników – powiedział Eskel. – Szybsze, sprytniejsze, dużo większe i diablo niebezpieczne. Na skórze miały takie... jakby brodawki... produkujące cuchnącą wydzielinę; nie żeby te cholery normalnie pachniały fiołkami, ale to było po prostu ohydne. Okazało się, że wydzielina jest toksyczna. Nigdy w życiu nie spotkałem się z czymś podobnym.
Tomira bezwiednie zmarszczyła nos.
– Powinienem był się wycofać – ciągnął Eskel. – Powinienem był się przygotować, a nie, jak mawia jeden mój znajomy krasnolud, pchać się tam na pełnej kurwie, z ogniem i mieczem. Ale ten cały Zasiółek... ci ludzie... Chciałem tylko zrobić swoje i wyjechać stamtąd jak najprędzej. Dałem się potargać i podtruć trupojadom, ledwie dowlokłem się do wioski, a tam... Eh, co tu dużo gadać. Zwyczajna śpiewka. „Bieda, panie wiedźmin, niechajcie zapłaty, bo dziecki głodne, baby swarliwe, nieurodzaj na polach i na grad się zbiera.”
Machnął ręką.
– Pewnie bym spuścił z ceny, za bardzo byłem zmęczony, żeby się z nimi targować, ale... Bagienniki poszarpały mi kurtkę, buty mi ciekły, eliksiry się kończyły, Wojsiłek potrzebował nowych juków... Powiedziałem „nie”. „Umawialiśmy się na sto koron, robota warta była dwieście, nie próbujcie mnie oszukać.” We łbie mi się kręciło, nawet nie usłyszałem, jak mnie zaszli od tyłu. Dostałem po karku i tyle tego było. Ocknąłem się w wodzie pod mostem. A potem już tutaj, u ciebie.
– Często ci się to zdarza? – spytała Tomira.
– Obrywać? – uśmiechnął się lekko.
– Hmm – kiwnęła głową. – Często próbują cię oszukać?
– A ciebie?
– Wystarczająco często, żebym nikomu nie ufała.
Eskel poruszył się, siadając wygodniej.
– Nikomu? – spytał. – Ale mnie wzięłaś po dach.
– Taki mam zawód – oznajmiła zielarka. – Ludzi leczę.
– Nie jestem człowiekiem – powiedział Eskel.
– To i lepiej.
– Nie masz o ludziach zbyt dobrej opinii.
– W poprzedniej wiosce łowcy czarownic puścili mi z dymem cały dobytek, a mnie chcieli spalić na stosie. Ktoś musiał tych łowców na mnie napuścić. Pewnie jeden z tych wieśniaków, którym sprzedawałam ziółka na kaszel, na kolkę i na pryszcze. Moja opinia o ludziach jest taka, pojmujesz, że sporo jest nawet dobrych, większości wszystko jedno, ale do czynienia złego starczy paru skurwieli.
Podniosła się gwałtownie ze stołka, podeszła do ściany i zaczęła energicznie zrywać pęczki suszu, rozwieszone na sznurku pod niskim okapem wklęśniętego dachu. Eskel milczał. O ludziach miał podobną opinię, co Tomira. Szczególnie teraz, po wydarzeniach w Zasiółku. Nad ludzkie od dawna przedkładał towarzystwo zwierząt i przedmiotów nieożywionych – książek, mieczy, zbroi, butelek przepalanki i... Nieważne.
Prawdziwy wstrząs Eskel przeżył zaraz po przebudzeniu, kiedy wpierw dotknął, a potem ujrzał odbicie własnej twarzy. Przyzwyczaił się już do blizn. Określały go równie mocno, jak wiedźmińskie mutacje. Były... nie potrafiłby i nie chciał ująć tego w słowa, ale z pewnością były ważne. Zaognione nawet po upływie dziesięcioleci, ściągające skórę, krzywiące nos i wargi, obrzmiałe, głębokie i martwe. Nie dostrzegano go spoza nich, okrywały go niczym rycerski hełm. A teraz stopniały, wygładziły w blade szramy na skórze, w białe linie przecinające wargi, ale już ich nie zniekształcające. Przypominały wyraźny, jasny tatuaż na policzku, wargach i brodzie. Do prawej połowy twarzy powróciło czucie, często w nadmiarze, w postaci uporczywego mrowienia, jakie występuje w zdrętwiałych przez długi czas kończynach. Ustąpił obrzęk. Eskel przesuwał językiem po łuku podniebienia, obcym i gładkim, po wewnętrznej stronie dziąsła, po znów prostych zębach. Jak to było możliwe? Spłyciły się stare blizny na jego przedramionach, na klatce piersiowej, na nogach. Nie zniknęły zupełnie, ale uległy pmniejszeniu. Uparcie pchały mu się na myśl słowa „nowo narodzony.” To było głupie. Nie narodził się na nowo, bo wszak nie umarł. A nawet Geralt, wracający z zaświatów, nie powrócił oczyszczony ze świadectw dawnych walk.
Oczyszczony? A może okradziony? Eskel miał na ten temat co najmniej mieszane uczucia.
Podobnie mieszane uczucia miał w stosunku do czarodziejki, która „znała go od dziecka” i opowiedziała Tomirze liczne historie z jego życia. Ponieważ Marita mówiła zielarce o rzeczach, o których nie wiedział nikt, poza samym Eskelem. Nikt, nawet Lambert, nawet Geralt. Marita była drugą niespodzianką, drugim znakiem zapytania, nie dającym mu spokojnie zasnąć.
A jednak najbardziej zaskoczyły go sny. Wiedźmini śnią, podobnie jak wszyscy ludzie, elfy, krasnoludy i niziołki, jak wszystkie stworzenia obdarzone rozumem. Jednak wcześnie uczą się swych snów nie pamiętać. Są na to techniki zasypiania, jest medytacja, jest potworne zmęczenie po walce, po eliksirach. Niektórzy uczeni twierdzą, że sny są koniecznie dla higieny umysłu, że są stanem, w którym mózg kataloguje i porządkuje wszystko, z czym zetknął się na jawie. Być może to prawda, ale nawet jeśli tak jest, pamięć koszmarów jest wiedźminom zupełnie zbędna. Oni żyją koszmarem na jawie. Wielką niespodzianką było więc dla Eskela to, że nie tyle zaczął śnić, co, że zaczął owe sny zapamiętywać. Miał nadzieję, że ta męcząca przypadłość wkrótce minie, podobnie jak osłabienie i ból mięśni.
Wiedźmak znudził się skrobaniem w buty Eskela i zwinął się w kłębuszek pomiędzy nimi. Oddychał cichuteńko i szybko. Mężczyzna pogłaskał go jednym palcem. Opuszka palca ledwie się mieściła pomiędzy uszami kociaka, ozdobionymi ciemniejszymi pędzelkami. Wiedźmiak uchylił ślepia i miauknął.
– Lubią cię zwierzaki – powiedziała Tomira, układając susz na stole.
– Nie lubią – zaprzeczył cicho Eskel. – Większość się mnie boi. Wojsiłek... Mój koń... – urwał, zacisnął zęby. – Muszę po niego wrócić – mruknął.
– Do Zasiółka? – upewniła się Tomira.
Skinął głową.
Zielarka milczała przez chwilę, a jej milczenie było wystarczająco znaczące. Eskel poczuł gniew, ściskający krtań i opasujący żebra. Wieśniacy z Zasiółka ukradli mu konia, wiedźmińskie miecze, skrzynkę z eliksirami, pieniądze i kamienie, a w zamian obdarowali go zdradą, pogardą i bólem. Sam jeszcze nie wiedział, czym się im odpłaci.
– Kiedy odzyskasz siły, dam ci krasnoludzki sihil – powiedziała Tomira.
Podniósł na nią zaskoczony wzrok.
– Ludzie płacą mi w naturze. – Wzruszyła ramionami. – Nie ich wina, że pola tego roku obrodziły zbroją, orężem i trupami. Pewnikiem będziesz potrzebował miecza, a to dobra stal. Owinęłam go w naoliwione szmaty i trzymam pod podłogą.
– Myślałem...
– Że będę próbowała cię powstrzymać? – dokończyła za niego. – Pokrzywdzili cię i jesteś w prawie. Czy chcesz się mścić, czy tylko odebrać, co twoje, z mieczem będziesz miał większe szanse.
Przedtem miał aż dwa miecze – srebrny i stalowy – i także był w prawie. Był też wiedźminem, podczas gdy wieśniacy byli tylko ludźmi. Nie powinni go zaskoczyć, ani pobić. Popełnił błąd. Od tak dawna nie popełniał błędów, że stracił całą czujność. Tak długo był w drodze, że dał się pokonać zmęczeniu, zniecierpliwieniu i rutynie.
– Ty też byłaś w prawie – rzucił cicho. – W Białym Sadzie. Zdradzili cię tam.
– I co, miałam ich wytruć? – spytała ostro. – Przekląć? Zakraść się nocą i zaciukać ich nożem?
Wzruszyła ramionami.
– Ja im podziękowałam, Eskel – powiedziała. – Za naukę. Za gorzką polewkę. Mieszkałam kiedyś za wsią, a teraz mieszkam głęboko w lesie. Gadałam kiedyś z ludźmi, a teraz zatrzaskuję przed nimi drzwi. Opłatę ściągam z góry, a jak zbiera mi się na litość, to liczę do stu i czekam, aż mi przejdzie.
Ciemnoniebieskie oczy zielarki zamigotały. Odrzuciła na plecy gęste, brązowe włosy. Nosiła je rozpuszczone, jak czarodziejki. Sięgały jej za ramiona, a ich końce spłowiały od słońca, ale wiły się naturalnymi, gęstymi falami, otaczając zarumienioną z gniewu twarz. Miała perkaty nos, wyraziste brwi i drobne zmarszczki w kącikach oczu. Nosiła proste odzienie – wąskie spodnie i luźną bluzę pod wełnianą kamizelą. Na szyi miała sznur drobnych bursztynów, a na kamizeli, wyszyte czerwoną nicią kiście jarzębiny. Pachniała lipowym kwieciem, rumiankiem i miętą. Cała chata przeszła tymi zmieszanymi zapachami – świeżą, radosną wonią lata.
– Wciąż jeszcze liczysz do stu? – spytał Eskel. – Bo ode mnie nie wzięłaś z góry.
Prychnęła pogardliwie.
– Ty byłeś tak potłuczony, że i liczenie do stu nie pomogło.
– Czyli, że się nade mną ulitowałaś?
– Żałość była patrzeć. A opłatę ściągnę i tak.
Obejrzała się przez ramię z uśmiechem, który utworzył dwa miękkie dołki w jej policzkach. Niebieskie oczy migotały zawadiacko.
Eskel odwrócił wzrok. Ale nie na długo.
Lipowe kwiecie, mięta i rumianek.
Przyszła do niego nocą, pachnąc jak łąka i jak wiatr przeczesujący korony drzew. Przyszła do niego i przytuliła się w poszukiwaniu ciepła. Potem przychodziła już co noc, a Eskela co noc zaskakiwały jej odwiedziny. Co noc pieścił ją delikatnie w obawie, że spłoszy ją, albo sam się przebudzi. I co noc delikatność przechodziła w ogień, czułość w pożądanie.
Nie pamiętał, kiedy było mu tak dobrze. Chyba nigdy. Chyba z nikim.
HermitsUnited - BURY WILK 3
– Zacznij od tła i ubrań. Twarze zostaw na koniec. Ciało na podmalunku z ziemi zielonej, rozjaśniaj różem z bielonego cynobru, ale podmalunek ma prześwitywać. Zaczynaj od cieni i zmierzaj ku światłom. A oczy maluj na samym końcu. Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie zaczynał od oczu.
– Kiedy...
– I znów wszystko wysmarowane klajstrem! Eskel! Ojciec i tak już krzywo patrzy na całe to „malarstwo”. Mógłbyś przynajmniej nie roznosić kleju i gipsu po domu.
– Kiedy...
– I kto to, w ogóle, ma być? Elmira? Saya?
– Ja tak z głowy...
– Eskel, z głowy to będziesz sobie malował, jak opanujesz podstawowe techniki i anatomię. A ty ciągle tylko oczy, kły i potworzyska jakoweś. Jakieś syreny, jakieś wodnice. Syreny, mój kochany, też muszą mieć zachowane proporcje. A jeśli chodzi o technikę, to ważny jest sposób w jaki trzymasz...
– ...ten miecz! To nie jest wierzbowa witka, a ty nie poganiasz kóz! Jeszcze raz dasz go sobie wytrącić, a polecisz na Mordownię i będziesz po niej biegał aż do rana!
– Kiedy mnie...
– Nie jęcz, Eskel. Jęczący wiedźmin to rzyć wołowa jest, a nie wiedźmin.
– Kiedy mnie coś tak chrupnęło...
– Chrupnęło mu, mistrzu Vesemirze. Ja też słyszałem. Pewnie ma nadgarstek złamany, albo co.
– Na szczęście wiedźmin posiada dwa nadgarstki, prawda, Eskel? No, dalej, miecz w garść i stawaj mi tu. Nie, nie z Geraltem. Geralt to twoja niania jest, zaraza, a tobie trzeba przeciwnika. Vladdy, bywaj mi tu, chłopcze. Eskel, coś ty taki...
– ...blady? Znów ci duszno? Poczekaj, usiądź, oddychaj spokojnie. Eskel, oddychaj spokojnie, zaraz przyniosę lekarstwo. Nie panikuj, chłopcze, to wszystko od tej farby. Mówiłam ci, żebyś nie spędzał całych dni w pracowni. Eskel? Eskel! Eske...
Zupełnie, jakby znalazł się w innym świecie. Jakby dwa światy przenikały się właśnie tutaj, jakby nastąpiła Koniunkcja Sfer, a on znalazł się dokładnie na przecięciu dwóch, odrębnych krain. Jak pięknie byłoby umieć to namalować. W górze widać słońce; blady krążek złota. Cienie drzew na brzegu. Cień kadłuba łodzi. Woda ma taki kolor... taki kolor... Jakie to głupie, że zawsze zaciskał powieki, kiedy próbował nurkować. W tym świecie jest tak pięknie. Tak chłodno, i lekko i pięknie. Jak gdyby ktoś rozpostarł mu nad głową zielono-złote niebo. Tylko w płucach pali coraz bardziej. Tak pali. Tak boli...
– Eskel! Eskel! Vellim! Maya! Doerrenthe! Dalej, Eskel, walcz!
– Ultramaryna, cynober, siena, ochra, a nie niebieski, zielony, brązowy i sraczkowaty. Taka jest różnica pomiędzy malarstwem, a...
– … trucizną! Uważaj, chłopcze! Póki co, możesz sobie najwyżej mięty uwarzyć, albo pokrzywy. Od pokrzyku i ciemiężycy trzymaj ty mi się z daleka!
– Vellim! No, dalej, Eskel. Nie poddawaj mi się teraz. Walcz. Walcz, Eskel. Walcz o życie.
Tak boli.
– Nie zaznasz spokoju! Nie zaznasz miłości! Co mi odebrałeś, tobie będzie odebrane! Każda, którą pokochasz, każdy, z kim się zwiążesz, każda rzecz i miejsce, na którym będzie ci zależało, zamieni się w popiół i krew, i w śmierć ponad wszystkim! Nie będziesz miał domu, nie zaznasz wytchnienia! A kiedy śmierć zabierze ci wszystko, upomni się wreszcie o ciebie! Ale tylko wtedy, na sam koniec! Przeklinam cię, Eskelu z Loc Gwyn!
– Zabierzcie ją stąd! Zabierzcie ją natychmiast! Co z chłopcem?
– Eskel? Eskel?!
– Doerrenthe! Aviva! Taron Anede!
– Jeszcze tylko odrobinę... Jeszcze odrobinę...
– ...różu na sam czubek nosa. Nie ma się z czego śmiać, zobaczysz, jak wyskoczy z portretu... Z czego się śmiejesz, Eskel? Z czego się śmiejesz, chłopcze?
– Za tydzień zdejmiemy rękę z temblaka i sprawdzimy, czy nadgarstek już zrośnięty. A teraz łap miecz w lewicę i zaczynamy – parowanie, unik... Z czego się śmiejesz, dzieciaku? Co w tym śmiesznego?
– Wszystko zamienia się w popiół i w krew – mamrocze Eskel, próbując stłumić śmiech. Nie ma w tym nic śmiesznego. Wszystko go boli i tak trudno złapać oddech. – Mam krew w ustach. Swoją i innych. Wszystko zamarza. Geralt... Geralt zamarza. Mistrz Vesemir... Leży twarzą do ziemi. Szron na włosach. Lód, wszędzie lód. Za mną, przede mną. Każdy umiera. Jestem sam. Jestem sam.
– O, żesz, zaraza! Geralt, leć mi po mistrza Orwena! Tylko żywo! Niech przyniesie eliksiry! Powiedz mu, że Eskel znów... Powiedz, że chodzi o Eskela!
Jak zimno.
– Gdzie... gdzie ja jestem?
Głos szeleszczący jak suche liście. Tomira ledwie go wychwyciła w zawodzeniu zimowego wiatru na zewnątrz. Tak bardzo pogrążyła się w pracy i w myślach, że przez moment nie wiedziała nawet, kto zadał pytanie. Poderwała się nagle, rozsypując lipowy susz na blat stołu i na podłogę.
Oczy wiedźmina były otwarte. I cóż to były za oczy! Złote i zielone, i pomarańczowe, przejrzyste jak bursztyn i pożyłkowane niczym agat mszysty, z pionowymi źrenicami, teraz, w półcieniu, rozwartymi tak szeroko, że niemal pochłaniającymi tęczówki. Powiodły za nią niepewnie, źrenice zwęziły się, gdy wiedźmin skupiał wzrok na jej twarzy.
– Jesteś w moim domu, wiedźminie – powiedziała Tomira, starając się zachować spokój, chociaż serce tłukło się jej w piersi jak usidlony ptak. Z radości? Z czegoś więcej? – Byłeś ranny.
– Jesteś... medyczką...?
Bardzo powoli składał słowa; wypowiadał je ostrożnie, niemal z wysiłkiem. Głos skrzypiał mu w gardle, załamywał się.
– Zielarką.
Spojrzał jej prosto w oczy.
– Dziękuję... zielarko.
– Nie ma za co, wiedźminie. Mam na imię Tomira.
Chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował i uśmiechnął się tylko do niej – leciutko, ze smutkiem. To był bardzo ładny uśmiech.
– Zaparzę ci ziół, wiedźminie – powiedziała.
Poruszył dłonią, spoczywającą na posłaniu.
– Eskel – wychrypiał.
– Wiem – rzuciła zielarka. – Eskel z Loc Gwynn albo z Białomorza. Wiedźmin ze szkoły wilka w Kaer Morhen, płatny zabójca potworów.
– Loc Gwynn? – ochryple powtórzył mężczyzna. – Skąd... Skąd to... wszystko...
– Po pierwsze – gadasz przez sen – powiedziała Tomira. – A po drugie – przez ostatnich kilka dni nasłuchałam się opowieści o tobie i twoich przygodach.
– Ja opowiadałem? – zdziwił się wiedźmin. – Przez sen?
– Nie. Ty głównie majaczyłeś, wiedźminie. Opowiadała czarodziejka, która cię leczyła.
– Czaro... czarodziejka? Jaka? Kto?
– Marita.
– Mari... – głos wiedźmina załamał się, przeszedł w bez-dźwięk.
– Dam ci ziół, Eskel. Nic już nie mów.
– Nie znam... czarodziejki... o tym imieniu...
– Za to ona znała cię doskonale. – Tomira wsypała do kubka rumianek, szałwię i tymianek i sięgnęła do ustawionego na piecu garnuszka z wodą, przesunęła go nad otwarty płomień. – Ciebie i tego drugiego Wilka, Geralta z Rivii. Wiesz, że go spotkałam? Dwa razy. Za drugim dosłownie ściągnął mnie ze stosu. To było w Białym Sadzie, pod Wyzimą. Dorwali mnie łowcy czarownic. Niektórzy ludzie myślą, że wiedźmini istnieją już tylko w bajkach i klechdach, a ja spotkałam aż dwóch w przeciągu niespełna roku. To się zwie szczęściem.
– Jest tu... jeszcze...?
– Czarodziejka? Nie. Dwie noce temu zerwała się nagle, powiedziała, że ściąga na nas nieszczęście, a potem otworzyła portal i... wiuuu... Tyle ją widziałam. Tobołek zostawiła, siwą klaczkę, dwie książki. Spieszyła się, jakby ją gnały demony Gonu. – Woda w w garnuszku zaczęła bulgotać, więc Tomira owinęła palce szmatką i ściągnęła go na bok. Ostrożnie zalała susz w glinianym kubku. – Pytałam, czy wróci, rzekła, że nie. Powiedziała tylko, by cię od niej przeprosić. Że chciała pomóc. Ale przecie pomogła. Uratowała ci życie.
– Jak... wyglądała? – Eskel zignorował ostatnie słowa zielarki. Być może nie zdawał sobie sprawy z tego, jak blisko śmierci balansował przez kilka ostatnich dni i nocy.
– Ruda, blada, piegowata. Chuda i mała jak trzynastolatka. – Tomira dosłodziła wywar miodem i wróciła z nim do chorego, dmuchając do wnętrza kubka. – Odziana jak wieśniaczka, ale kiedy zaczęła rzucać te swoje czary... ho, ho... Mało mi chatki nie rozniosło.
– I... opowiadała o...
– Nie teraz, wiedźminie – stanowczo urwała Tomira. – Ledwoś ślepia otworzył. Kładź głowę na poduszkę, nie siłuj mi się z pledami. Masz leżeć i odpoczywać. Gdzie z łapami? Przecież taki słaby jesteś, że kubka nie utrzymasz. Ja ci podam naparu, jak tylko przestygnie. Ja ci podam, mówię, nie protestuj. Jeszcze mi podziękujesz.
– Już... dziękuję – zachrypiał wiedźmin.
– To było w przenośni – zaśmiała się Tomira. – A nie w przenośni, to mi jeszcze zapłacisz. Zielarki, podobnie jak wiedźmini, nie pracują za darmo.
HermitsUnited - BURY WILK 2
Zielarka uchyliła drzwi na tyle, by przepuścić piegowatą czarodziejkę, ale zamknęła je przed nosem Radka. Nie obraził się, wiedział, że miała na sercu jego dobro bardziej niż własne. Dwie wiedźmy i płatny zabójca potworów pod jednym dachem to i tak odrobinę za wiele.
Uzdrowicielka zrobiła kilka kroków w głąb chaty. Zapach suszonych ziół uderzył ją w twarz, zawiercił w nosie. Z trudem opanowała kichnięcie. Okna były małe i przesłonięte szmatami albo deskami, większość światła pochodziła z kuchennego paleniska i od kilku kopcących świec. Łóżko stało wysunięte na środek izby. Łatwiej było przez to dotrzeć do chorego, zadbać o jego potrzeby, umyć go, zmienić opatrunki. Pomieszana z wonią ziół i dymu nuta choroby była ledwie uchwytna; pachniało głównie czystością i naturalną apteką. Uzdrowicielka posłała zielarce spojrzenie pełne uznania. W tak prymitywnych warunkach młoda kobieta stworzyła całkiem przyzwoity szpitalik.
Wiedźmin leżał na plecach, liczne poduszki pod jego głową i ramionami unosiły go do pozycji pół siedzącej. Twarz zwróconą miał na bok, uzdrowicielka słabo widziała ją w półcieniu. Włosy... Radko miał rację, nie były białe. Na poduszce, w zagłębieniu pomiędzy ramieniem a twarzą wiedźmina zwinął się w kłębek mały kociak – szarobure, chude stworzonko, mniejsze niż połowa dłoni mężczyzny. Uzdrowicielka zmarszczyła brwi. Koty i wiedźmini byli niczym dwa, nie przystające do siebie kawałki łamigłówki. Koty nienawidziły tej subtelnej wibracji, jaka nieustannie przepływała przez ciała wiedźminów. Na widok wiedźmina koty wyginały grzbiet w pałąk, po czym uciekały, prychając i bucząc jak opętane. Kocie mruczenie i wiedźmińska wibracja były odpychającymi się kawałkami magnetytu, przeciwległymi biegunami świata, ogniem i wodą.
Uzdrowicielka okrążyła łóżko i pochyliła się nad mężczyzną. Jej ramiona skuliły się na moment, westchnęła cicho, boleśnie.
– Eskel.
– Znacie go, pani? – spytała zielarka.
– Znam. – Uzdrowicielka uniosła głowę. Oczy miała pociemniałe. – Od małego.
– Jesteście...
– Tak, jestem – przerwała uzdrowicielka. – Kiedy go znaleźli?
– Dwa dni temu – powiedziała zielarka. – Nie odzyskał przytomności. Podałam mu jaskółki, ale...
– O, hej, stop, chwileczkę! – Uzdrowicielka poderwała obie ręce. – Znasz się na wiedźmińskich eliksirach, zielarko?
– A, gdzie, czarodziejko – odparła zielarka. – Nie znam się. Jak i my się nie znamy.
Przez chwilę obie kobiety patrzyły na siebie jak... cóż, jak kot na wiedźmina, potem twarz uzdrowicielki złagodził uśmiech.
– Wybacz – powiedziała. – Takie czasy.
– Jakbym nie wiedziała. – Zielarka wyciągnęła przed siebie szorstką, spracowaną dłoń. – Mam na imię Tomira.
Czarodziejka zamknęła jej palce w swojej drobnej, miękkiej dłoni.
– Marita – rzuciła krótko. – Wracając do eliksirów...
– Dostałam fiolkę od pewnego wiedźmina. – Tomira potrząsnęła głową. – Miałam wtedy pacjentkę z urazem czaszki. Wiedźmin powiedział, że jaskółka może pomóc. Dawkowałam ją ostrożnie, a mimo to... Dziewczyna przeżyła, ale nie wróciła do siebie. Więcej z tego wyszło nieszczęścia niż pożytku. Zostało mi trochę eliksiru na dnie fiolki. Pewnie za mało.
– Hmm. – Czarodziejka obróciła się w stronę rannego mężczyzny. – Być może ta resztka jaskółki utrzymała go przy życiu. Pozwolisz, że go zbadam?
Tomira wzruszyła ramionami i splotła ręce na piersi.
– Jedna rana – mruknęła. – Nie wiedziałam, od czego zacząć.
Czarodziejka rzuciła okiem na zgrabne opatrunki i uśmiechnęła się pod nosem. Wysupłała z kieszeni zawieszony na łańcuszku mleczny kamyk, zacisnęła go w pięści, przesunęła ręce nad ciało wiedźmina. Uśmiech szybko zgasł na jej ustach. Powoli przesuwała dłonie nad ciałem mężczyzny, lokalizując urazy, te płytkie, te poważne i te zabójcze. Kiedy dotarła nad twarz wiedźmina, kociak śpiący na poduszce obudził się i spojrzał na nią błękitnymi, ledwie co otwartymi ślepkami. Dłonie uzdrowicielki drżały. Pod opatrunkiem z liści i płótna krył się ból, ale w głębi czaszki mężczyzny czaiła się śmierć.
– Zaraza! – wyrzuciła cicho czarodziejka.
– Krwawi do wnętrza mózgu – potwierdziła diagnozę Tomira. – Być może także do wnętrza ciała. Jeśli przyłożyć mu ucho do piersi, słychać jak w płucach szumi i trzeszczy. Mogę opatrzyć rany, potrafię nastawić kości, ale tu trzeba magii.
– Magia to za mało. – Czarodziejka przysiadła na skraju łóżka i delikatnie nakryła dłoń mężczyzny własną dłonią. Ledwie wyczuwalna wibracja musnęła jej palce. Eskel był taki słaby.
– Potrzeba cudu – dokończyła czarodziejka.
Miała taki cud w zanadrzu; cud czekający na to, by się wydarzyć; ale przeznaczony był dla kogoś innego. Skarb na dnie skrzyni, przechowywany na najczarniejszą porę. Okupiony wielkim cierpieniem. Ochrzczony łzami i krwią. Cud niepewny, cud, za który trzeba zapłacić przeogromną cenę.
Zapragnęła wyjść z chaty zielarki w mroźne popołudnie i iść przed siebie tak długo, aż z jej pamięci zniknie obraz umierającego wiedźmina. Wiedziała jednak, że prędzej doszłaby na kraniec świata, niż zdołała zapomnieć.
Prawda była taka, że ów cud był niematerialny; sięgnięcie poń nie oznaczało jego utraty. Istniało jednak ryzyko tak wielkie, że całą wolą opierała się przed jego podjęciem.
Cud mógł się nie spełnić.
A wówczas umarłby nie tylko Eskel, ale także jej nadzieja.
– Muszę się przygotować – powiedziała cicho czarodziejka. – To zajmie mi resztę wieczoru, może nawet całą noc.
Schowała do kieszeni kamyk na łańcuszku i obróciła się do zielarki.
– Czy znajdzie się miejsce, w którym mogłabym się zdrzemnąć, odpocząć? – spytała.
Tomira skinęła głową.
– Odpocznijcie – powiedziała. – Obudzę was na kolację.
Czarodziejka zasypiała na twardym posłaniu mając w uszach płytki, bolesny oddech wiedźmina. Na szczęście nauczyła się, jak nie dawać przystępu koszmarnym snom.
– Ciaśniej.
Tomira stęknęła z wysiłku, próbując mocniej dociągnąć pas i zapiąć go na kolejną dziurkę. Oddech wiedźmina spłycił się jeszcze bardziej i zamienił w ledwie słyszalny szmer. Szczęśliwie mężczyzna nie odzyskiwał przytomności. Krępowanie skórzanym pasem złamanej i niedawno co nastawionej ręki mogłoby mocno mu się nie spodobać.
– Ciaśniej, zielarko – powtórzyła czarodziejka. – Czeka nas ciężka noc. I ciężki dzień. I, być może, kolejna ciężka noc.
Odstawiła na blat stołu ostatnią z trzech butli. Płyn wewnątrz był zielonkawy, klarowny i zdawał się musować lekko, niczym drogie wino z Beauclair.
Wywary z traw, powiedziała czarodziejka. Dobre sobie. Tomira widziała składniki, jakich czarodziejka użyła, aby uwarzyć swoje eliksiry, i z całą pewnością nie miały one wiele wspólnego z trawami. Skorocel, czyli babka lub psi języczek, i trujący przestęp były jej przynajmniej znajome, podobnie jak alrauna, czyli korzeń mandragory; ale już blady ochłap mięsa przypominający wilczy jęzor, nadgniły gruczoł, wypełniony treścią, z którą czarodziejka obchodziła się wyjątkowo ostrożnie, czy cuchnący płyn w zalakowanej buteleczce należały do sztuki nieznanej Tomirze – do dziedziny magii.
Na polecenie czarodziejki, zielarka podała Eskelowi wywar z hakorośli, a potem otworzyła żyłę wiedźmina i wstawiła w nią wymoczoną w spirytusie kaniulę. Marita podwiesiła u powały pierwszą butlę z przejrzystą, nieco opalizującą zawartością. Podłączyła wężyk do kaniuli, zatrzymała się na moment i wyszeptała coś, co zabrzmiało jak modlitwa. Także Tomira pomodliła się szybko do Melitele.
– Zielarko... – odezwała się czarodziejka. – Tomiro – poprawiła się natychmiast. – Cokolwiek by się nie działo, nie przerywaj podawania wywarów. A będą się działy rzeczy straszne. Próba Traw jest...
– Słyszałam o Próbie Traw – przerwała Tomira. – W Ellander, w świątyni. Mówiło się, że zabija więcej niż połowę chłopców, którzy zostają jej poddani. Matka Neneke mówiła też, że receptura wywarów z traw zaginęła, i że nikt nie tworzy już nowych wiedźminów.
– Neneke miała rację. – Czarodziejka uśmiechnęła się słabo. – Ale od tamtego czasu świat poszedł naprzód. Czy też stoczył się w przepaść. I pewne sprawy, które na zawsze powinny były pozostać uśpione, otworzyły paskudne ślepia. O ile możesz wybaczyć mi poezję.
– Kiedy zejdzie perz... – czarodziejka machnęła ręką w stronę butli zawieszonej nad posłaniem wiedźmina – ...otwieraj kolejne zawory. Jeśli przerwiesz proces, wiedźmin umrze. W mękach. Ja będę czarami podtrzymywać jego procesy życiowe.
– Próbom Traw poddawało się wyłącznie chłopców – wtrąciła Tomira.
– Ostatnimi czasy pewna czarodziejka użyła wywarów z traw celem zdjęcia klątwy z elfiego wiedzącego. Zapewniam cię, że ów elfi wiedzący był bardziej niż dorosły. Eskel przeszedł już raz Próbę Traw i wiedźmińskie mutacje. Jego szanse są znacznie większe niż w przypadku jakiegokolwiek innego człowieka, czy elfa.
– A może lepiej... – Tomira zawahała się na moment. – Może lepiej dać mu odejść w spokoju.
– Wiedźmini nie odchodzą w spokoju – powiedziała czarodziejka z niespodziewanie twardą nutą gniewu w głosie. – Nie umierają we własnych łóżkach. Oni giną na szlaku, rozchlastani pazurami, rozszarpani kłami, zmiażdżeni ciosem ogona oszluga, zatruci jadem bazyliszka lub archespora. Skazani na stos przez mściwego króla. Nadziani na chłopskie widły podczas pogromu...
Zamilkła, ukryła twarz za kurtyną rudych włosów.
– Ja nie pozwolę mu odejść – wyszeptała. – Nie mogę.
Stanęła pewniej, wyprostowała ramiona, odrzuciła włosy na plecy i uniosła dłonie przed siebie. Jej drobne palce o delikatnych, kwadratowych paznokciach drgnęły, przykurczyły się lekko, gdy czarodziejka zaczerpnęła magii gdzieś spod glinianej polepy i spod spoczywających pod nią kamieni, wprost z energetycznych żył świata. Skurcz bólu przemknął też przez twarz Marity, ale zignorowała go, uniosła dłonie jeszcze wyżej i rozpostarła je nad chorym.
– Otwieraj pierwszy zawór – zakomenderowała. – Obojętnie który. I, pamiętaj, nie przerywaj.
Wstrzymując oddech Tomira sięgnęła do butli i obróciła szklany kurek. Musujący płyn pociekł w dół wężyka, pęcherzyki powietrza popłynęły ku górze butli. Czarodziejka rozpoczęła inkantację.
A wiedźmin krzyknął.
Bez słów, bez myśli, bez zrozumienia – krzyknął głosem istoty, którą poraził ból o natężeniu przekraczającym wszelkie skale i wszelką odporność. Zatargał się w więzach, posłanie zatrzeszczało pod nim, grożąc załamaniem. Ciało Eskela wygięło się w łuk, zaszarpał głową, zrzucając opatrunki i odsłaniając potworne rany, które zmieniły jego twarz w ochłap sino-fioletowego mięsa. Szwy założone przez Tomirę puściły w jednej chwili, popłynęła świeża krew. Pogruchotane kości w prawym przedramieniu zachrupotały, przemieszczając się pod skórą i mięśniami.
Wiedźmin krzyczał. Nie przypominał istoty ludzkiej, nie przypominał istoty rozumnej. Był ucieleśnieniem agonii – całym cierpieniem świata skondensowanym w jednym, ochrypłym, bełkotliwym głosie. Tomira odruchowo podniosła ręce do uszu. Jakie to szczęście, pomyślała, że przeniosła się tak głęboko w las, tak daleko od ludzkich siedzib. Krzyk wiedźmina z całą pewnością ściągnąłby jej na głowę ciekawskich. Albo i niebezpiecznych.
Czarodziejka szeptem powtarzała słowa inkantacji; z jej wyciągniętych ponad targanym konwulsjami ciałem Eskela dłoni spływały smużki blasku. Eskel stracił na moment przytomność, opadł na posłanie, ale po chwili znów zaczął rzucać się po nim, niczym wyrwana z dna rzeki ryba. Jego krzyk przeszedł w chrypiący oddech, konwulsje przerodziły się w silne drżenie.
Tomira obserwowała poziom płynu w butli. Z całych sił błagała, by wywar schodził szybciej. Kropla po kropli, jękliwy, rzężący oddech po oddechu, jeden bolesny skurcz po drugim – czasu nie odmierzały już minuty, czy godziny, a całe epoki.
Przy drugiej butli Eskel do reszty stracił głos. Jego tętno, zwykle nad wyraz powolne, pędziło tak, że Tomira nie potrafiła policzyć uderzeń serca. Mimo tego jego skóra pobladła, stała się zimna i lepka, co mogło świadczyć o wewnętrznym krwotoku.
Przy trzeciej butli Eskel zamknął wreszcie oczy i ucichł. Nie drżał już, oddychał z rzadka, jego serce zwolniło, a ciało stało się zupełnie bezwładne. W izbie zielarki zapadła cisza, przerywana tylko ledwie słyszalnym szeptem czarodziejki. Kiedy ostatnie krople wywaru z traw spłynęły do żył wiedźmina, czarodzieja także zamilkła na chwilę i otarła grzbietem dłoni spocone czoło.
– Możesz teraz odpocząć, Tomiro – powiedziała. – Ja będę nad nim czuwała.
– Czy teraz...
– Chciałabym powiedzieć, że teraz już mamy z górki. – Rudowłosa czarodziejka zdobyła się na słaby uśmiech. – Ale to nieprawda. Póki co, udało się nam poluzować fragmenty łamigłówki. Muszę ją teraz delikatnie rozłożyć na części, tak, by się nie rozsypała. A potem złożyć ją na powrót; nie – ułożyć ją na nowo. Zupełnie... zupełnie na nowo...
– Zaparzę wam herbaty, pani – powiedziała Tomira. Nie rozumiała słów czarodziejki, ale wiedziała, że nie był to najlepszy czas na zadawanie pytań. Magia opływała poranione ciało wiedźmina, otaczając go ochronnym kokonem. Tomira podniosła z podłogi kociaka, tego samego, który trafił pod jej dach ukryty za pazuchą nieprzytomnego Eskela. Głaszcząc delikatnie przerażone stworzonko, wycofała się ku palenisku. Na nic innego nie mogła się teraz zdać. Do tego tylko została stworzona – do głaskania kotów i parzenia ziółek. Tłumiąc pusty śmiech wyczerpania zajęła się przyrządzaniem naparu.
Czytaj dalej>>
HermitsUnited - BURY WILK 1
Poprawiłam to i owo i wracam z opowieścią (opowiastką) o wiedźminie Eskelu. Bo go bardzo, ale to bardzo, lubię...:)
„W owych czasach pośród plemion nordlingów krążyło wiele opowieści o wyczynach nadludzi – bądź to magów, bądź wojowników, bądź też męczenników i bohaterów. Szczególnie popularne zdawały się być legendy o wiedźminach (a. wiedyminach, wiedźmakach), płatnych zabójcach wszelakich post-koniunkcyjnych potworów. Jak to się często zdarza, u korzeni podobnych legend może kryć się ziarno prawdy. Dowodem na to byłoby choćby odkrycie przez Luciusa Avera dzieł Juliana Alfreda Pankratza, wicehrabiego de Lettenhove („Ballady”, „Wilcza Zamieć”). Uznawane uprzednio za bezpowrotnie zaginione utwory de Lettenhove'a (zwanego przez współczesnych Mistrzem Jaskrem) pokrywają się z przekazem ustnym, potwierdzając, jeśli nie fizyczne istnienie postaci Geralta z Rivii, zwanego Białym Wilkiem, to w każdym razie obecność w świadomości ludu wyrazistej idei wiedźmina.
(...) Zaś, przyjmując założenie, że Geralt z Rivii był postacią realną, kimże jest inny bohater podań z terytoriów dawnych Królestw Północy – ów bezimienny Wilk Bury? Czy jest człowiekiem z krwi i kości? Bohaterem, któremu być może zawdzięczamy nasz obecny byt? A może jest jedynie wyrazem tęsknot i lęków naszych prymitywnych przodków? Czy Biały i Bury Wilk są jedną i tą samą personą? A może żaden z nich nigdy nie istniał poza wyobraźnią poety i wiarą ludu? Odpowiedzi nie poznamy pewnie nigdy, szczególnie zważywszy, jak nieliczne źródła pisane ocalały z czasów przed Katastrofą Wtórą...”
~ Fragment rozprawy „Archetyp bohatera w oczach nordlingów” autorstwa Hanselda Gustava var Junnge, studenta wydziału archeopsychologii na uniwersytecie Neoxenfurckim.
„Jestem prostym wiedźminem. Nie walczę ze smokami, nie bratam się z królami ani nie sypiam z czarodziejkami... Nie to, co niektórzy.”
~ Eskel z Białomorza
Wiedźmin popełnił błąd. Nie pierwszy tego dnia, ale z całą pewnością najpoważniejszy. Zrozumiał to jeszcze zanim spadł pierwszy cios. Kiedy zabrakło mu ułamka obrotu, aby stanąć twarzą w twarz z napastnikiem, kiedy zabrakło mu zakresu ruchu wystarczającego, by osłonić kark i ramiona, kiedy zabrakło mu siły, by sparować pchnięcie. Eliksiry wciąż burzyły się w jego krwi, ale nie dodawały mu już szybkości. W tym momencie były wyłącznie trucizną –mącącą myśli i zaciemniającą krawędzie pola widzenia.
Dzięki mutacjom i wieloletniej praktyce potrafił znieść ból, który pozbawiłby świadomości przeciętnego człowieka, zachował więc przytomność, kiedy pękały mu żebra, a wnętrzności przeistaczały się w krwawiącą gąbkę. Nabita gwoździami deska, broń potworniejsza od rycerskiego miecza, zamieniła twarz wiedźmina, już pooraną bliznami, w kawał surowego mięsa. Końcówki nerwów w oderwanej od mięśni skórze rozwrzeszczały się bólem. Mózg uderzył w wewnętrzną ścianę czaszki, a z rozerwanych naczyń zaczęła sączyć się krew.
Dobrze chociaż, że na tę zabawę nikt nie przyniósł wideł.
– Kończcie z tym, chłopcy.
Gliniana polepa przywitała wiedźmina chłodem i uczuciem zapadania się. Nie próbował krzyczeć, ani jęczeć, nie marnował sił na słowa, ale jego ręce wciąż odruchowo wędrowały po glinie w poszukiwaniu mieczy.
– Chciałoby się duszy do wiecznego ognia, co?
Ciężki, okuty bucior opadł na przedramię wiedźmina. Obie kości strzeliły z donośnym chrupnięciem, skrobiące w polepę palce nagle zrobiły się bezwładne. Wiedźmin zadygotał, wyprężył ciało, odetchnął chrapliwie i znieruchomiał. Rozkołysana plamami czerwieni ciemność otuliła go, wciągnęła w wir, pchnęła na dno. Dobiegające go głosy stały się obce, odległe, słowa straciły znaczenie.
– Burak, skończ już, wystarczy.
– Kiedy wciąż dycha.
– Podłogę mi zapaskudzisz.
– Et, zasypie się piachem.
– Muchów mi naleci do krwi. Cuchnieć będzie.
– Kiedy wciąż dycha.
Wiedźmin wstrzymał oddech. Nie było to wcale trudne. Prawdę mówiąc, było to tak łatwe, że niemal uległ pokusie, by już nigdy więcej nie wciągać powietrza do płuc. Nie poruszać się, nie widzieć, nie słuchać. Nie popełniać błędów.
– Zdechł wreszcie?
– Ano. Skapiał.
– I dobrze. Żywotny był kiejby szerszeń. Ubić tego nijak. Burak, Kriger, Psinoga, bierzcie mi to truchło. Zakopcie gdzieś, ino głęboko, coby się psi nie dobrali. Albo, co gorsza, trupojady.
– A ot, trupojady nasamprzód powybijał.
Ochrypły, zdyszany śmiech.
– Taaa. Te ochłapy, co je ze sobą przytargał, też zakopcie. Kriger, ostaw ten mieszek. Co tam masz?
– Iiii, miedziaki. Kamyki jakiesi, ale małe. Novigradzkich koron raptem ze czterdzieści.
– A ta wilcza morda to ze srebra?
– Wilczego pyska nie tykaj, głupku! Zaczarowane to, tfu, katriona! Jeszcze parchów dostaniesz.
– Dobra, bierzcie go i w las. Ino głęboko kopcie.
– Kiedy ziemia zmarznięta.
– Burak, nie marudź. Inny przyjdzie, znajdzie trupa, całą wioskę wybije. Trza kopać głęboko, śladu nie ostawić.
– Jaki inny? Wiedźmak inny? Toć wiedźmaków już prawie nie ma.
– Nie mądruj, Psinoga. I do roboty.
Ból wystrzelił na nowo, biały i słony jak krew. Głosy roztopiły się w świetle, myśli, nawet te niezborne ich pozostałości, uleciały w niebo.
Ostatecznie wszyscy wiedźmini kończą w taki sposób. Żaden z nich nie umiera w miękkiej pościeli. Zawsze jest ból, i krew, i błoto i ciało poszarpane jak sztandar wyniesiony z przegranej bitwy.
Nie miał nadziei na nic innego.
Może nawet chciał popełnić ten ostateczny błąd. Gdzieś, w głębi duszy, może nawet przyzywał tę brudną i pospolitą śmierć.
Nie, to nie było do niego podobne.
Nie do niego...
Szum. Dźwięk. Szum. Dźwięk. Szum.
Palce lewej ręki znalazły coś i zacisnęły na tym. Wiedźmin podciągnął całe ciało, lekkie, takie lekkie, i szum ponownie stał się dźwiękiem. A może tylko innym rodzajem szumu – chlupotem, ciurkaniem. Słabym, ale przenikliwym piskiem. Zimne powietrze wypełniło usta i gardło, wycisnęło wodę ze skurczonych płuc. Kaszel pchnął wiedźmina pod wodę. Wynurzył się z donośnym parsknięciem.
Zatrzymała go żelazna krata pomiędzy filarami niewielkiego mostu. Nurt rzeki wyniósł go na piaszczystą łachę, wcisnął pod mostek, ułożył na warstwach kry, kawałków drewna, połamanych gałęzi i wszelkiego śmiecia, niesionego przez wodę. Wiedźmin powinien już nie żyć. Powinien utonąć, ale pod bokiem miał dobrze związany, skórzany wór, który unosił się na wodzie i piszczał.
Wiedźmin puścił kratę i złapał piszczący worek. Ruszył ku majaczącemu w ciemności brzegowi, rozpychając piersią krę i śmieci. Kiedy woda zrobiła się płytsza, opadł na kolana, potem na czworaki. Prawa ręka nie nadawała się do niczego, a mimo to nadal wlókł za sobą piszczący wór. Trzciny porastające brzeg były kruche i przemarznięte. Czuł smagnięcia ich źdźbeł na zmasakrowanej twarzy. Widział tylko na jedno oko – płaską, pozbawioną barw rzeczywistość.
Życie trzymało się go niczym uparty pasożyt.
Woda przestała go unosić. Nagle znów był ciężki. Mógł tylko pełznąć, przetaczając się z boku na bok i niemrawo odpychając nogami. Warstewka lodu trzeszczała i pękała pod jego ciałem.
Minęła wieczność i wiedźmin dopełzł w zagłębienie pod korzeniami drzewa.
Upuścił wór i złożył palce lewej ręki do igni. Wydawało mu się, że je składa. Nieważne. Co właściwie chciał podpalić?
Po kolejnej wieczności siedział, oparty plecami o ścianę wykrotu i dłubał skostniałymi palcami w węźle rzemienia, zamykającego piszczący wór.
Z jakiegoś powodu to było ważne.
Po kolejnej wieczności osunął się na bok, zamknął oczy i wpuścił chłód do wnętrza zniszczonego ciała.
Rzeczy ważne i nieważne stygły w nim powoli.
Nadszedł czas Białego Zimna i Białego Światła.
Tedd Deireadh, Czas Końca.
Wiedźmin uśmiechał się, zamarzając.
– Wyście medyczka?
Niewysoka, szczupła kobieta, dziewczynka nieledwie, podniosła na Radka oczy zielone niczym szmaragdy. Mężczyzna chrząknął, nagle zmieszany. Taka z niej była medyczka, jak z niego primabalerina. Pewnych rzeczy nie ukryje ani czepiec, ani proste, znoszone odzienie. Chłopki nie mają mlecznej, gładkiej skóry, a medyczki nie mają oczu jak dzikie kocice. Ostatnimi czasy takie oczy widywało się głównie spoza kłębów dymu, otaczających stosy. Dobrze, że choć miała piegi, całą przygarść piegów, rozsypanych po nosie i policzkach. Dziwne takie piegi w samym środku zimy.
Kobieta powoli opuściła drewnianą łyżkę. Grudka kaszy z okrasą chlapnęła z powrotem do miski.
– Wiedźmin? – powiedziała kobieta przytłumionym głosem. – Jak... Jak wygląda?
Radko wzdrygnął się z lekka. Żadna z niej była medyczka, ale może to i lepiej. Jeśli Tomira nie dawała rady, co by pomogła medyczka, choćby i z samej oxenfurckiej uczelni? Magiczka, inna sprawa. Czarodziejka. Wiedźma.
– Uzdrowicielka, Radko – poprawiła kobieta. – Nie używaj, proszę, tak pejoratywnych określeń.
– W głowie mi czytacie. – Mężczyzna osunął się na ławę po przeciwnej stronie stołu. Głos obniżył do szeptu. Po całym ciele latały mu ciarki, a ręce zaczęły dygotać. – Czytacie mi w głowie?
– Jak on wygląda? – powtórzyła uzdrowicielka. – Ma białe włosy?
– Białe? Co? – Włosy nie były najważniejsze w obrazie, jaki zapamiętał Radko. Prędzej krwawa miazga w miejscu twarzy. Albo odłamki kości wyłażące przez poszarpaną skórę przedramienia.
– Nie, nie wiem – wyjąkał. – Ciemne chyba. Może czarne.
Uzdrowicielka odetchnęła głęboko.
– Dobrze – powiedziała. – I co z nim?
Radko milczał, wlepiając w nią wzrok.
– Eh. – Kobieta powoli odłożyła łyżkę. – Czytanie w myślach jest wyjątkowo męczące, Radko. A rozmowa jest wyjątkowo łatwa. Może więc powiesz mi, co cię do mnie sprowadza.
Mężczyzna odetchnął głęboko.
– Moje dzieciaki – wymamrotał. – Znaleźli wiedźmina na brzegu rzeki. Całkiem przemarzniętego. Ale... Ale to nie wszystko. Poraniony był okrutnie. Myśleliśmy, trup. Ale wciąż dychał. Tośmy zabrali go na wóz i powieźli do...
– Do waszej zielarki – pomogła kobieta, wyczuwając wahanie mężczyzny. W Redanii Radowida niebezpiecznie było znać zielarkę, a jeszcze niebezpieczniej było być zielarką. Ta musiała być dobra i szanowana wśród ludzi, skoro ochronili ją przed łowcami Wiecznego Ognia.
– Ano – potwierdził Radko. – Ino co wiedźmin tak był poszarpany, tak poraniony... Zioła tyle mu pomogą, co umarłemu kadzidło. Usłyszelim, coście się w karczmie zatrzymali, tu, w Zagniewie, no to...
– Kto wam powiedział? – przerwała uzdrowicielka.
– Wioska mała, ludzie się znają. – Radko opuścił wzrok. – Słowo poszło w krąg, tośmy się i domyślili.
– Muszę być ostrożniejsza – mruknęła kobieta.
– Pomożecie?
– A co ty z tego masz, Radko?
Ostra nuta w jej głosie ubodła mężczyznę. Poruszył się na ławie, wyprostował skulone ramiona.
– Ja? Ja dług spłacam – powiedział. – Kilka lat nazad licho jakoweś zalęgło się pod lasem, dzieciaki i starki zabijało. Porwało mi najmłodszego, Szemka. Akurat się wiedźmin we wsi zatrzymał, starszy, pobliźniony. Poszliśmy z prośbą. Wziął zlecenie, w las poszedł, we dwa dni wrócił, Szemka i troje innych prowadząc. Szemko kulał, to go wiedźmin całą drogę niósł na barana.
Radko uśmiechnął się lekko na wspomnienie.
– Dzieciaki tak go pokochały, że jak wyjeżdżał, to ryk był większy niż jakbyśmy im szneki z glancem odbierali.
– Jak go zwali, tego wiedźmina? – spytała uzdrowicielka.
– Nie powiedział, a my balim się zapytać – przyznał Radko. – Wilczą paszczę nosił na szyi, tak samo jak ten, któregośmy nad rzeką znaleźli. Znaczy, z tego samego siedliszcza. My dług u nich mamy, panienko. Na wiek wieków. Licho nie wróciło, dzieci ocalone. Mój Szemko wyrósł zdrowy i cały. Pora dług spłacić.
– Osiodłaj mi konia. – Uzdrowicielka podniosła się z ławy. – Spakuję się i pojedziemy.
Przeszła przez karczmę, niewysoka, w chłopskim odzieniu, a jednak promieniująca jakąś aurą siły. Radko patrzył za nią przez chwilę. Ledwie tknęła swoją kaszę, nie dopiła kwasu chlebowego. O czarodziejkach słyszało się różne rzeczy. Ostatnimi czasy niemal wyłącznie złe; tak działała radowidowa propaganda. Radko wiedział swoje.
Wieczny Ogień oświetla drogę, ale także pali.
Czytaj dalej>>
HermitsUnited - CIEŃ I WRÓŻ
To jest stareńkie opowiadanie wyjęte z “szuflady”. Fascynacji “Wiedźminem” nie da się nie zauważyć. Ale w zasadzie to nie jest fan fiction.
A więc - byli sobie wampir i świątynny koń...
- Cholerna mgła – oznajmił Wróż tonem wskazującym na pełną gotowość do podjęcia konwersacji. Posteń nie odpowiedział. Siedział w siodle skulony i ponury jak wielki gawron. Czarne włosy opadały mu na ramiona, zakrywały równie czarne oczy.
- Mgła – powtórzył Wróż. – Cholerna mgła.
Posteń milczał.
- Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek widział taką mgłę – ciągnął Wróż. – Gęsta jak śmietana. Choć oko wykol…
- Wróżu – rzucił Posteń. – Zamknij się. W boku mnie kłuje od twojego gadania.
- Bo powinniśmy byli stanąć we wsi – parsknął Wróż. – Odpocząłbyś, rany by ci się wygoiły. Tam była taka zacna karczma. Stajnia jak malowanie, siankiem pachnąca. I ludzie… hmmm… całkiem… gościnni.
- Chcieli mi wsadzić sztachetę pod żebra – z cieniem wyrzutu w głosie zaoponował Posteń.
- Na litość Mateczki, toż to było wiejskie wesele! Czegoś się spodziewał? W programie mają oczepiny, tańce, przyśpiewki, gorzałkę i tłuczenie obcych. Obcy to ty. Gdyby znali cię lepiej, pewnie użyliby czegoś ostrzejszego od sztachety.
- Milcz, Wróżu!
- Milczałem przez całą drogę z wioski. Będzie ze trzy kwadranse. Fakt, przez pierwszy kwadrans szliśmy galopem, a to nie ułatwia rozmowy. Ale przecież ty nie galopowałeś.
- Wróżu, błagam! Wyruszyłeś ze mną po to, by zagadać mnie na śmierć?!
Oburzony Wróż potrząsnął głową.
- Liczyłem na przygodę. Quest, jak to mówią na Wyspach – oznajmił. – W chramie nuda i Svent zrobił się nie do zniesienia. A propos, wiesz, czym się obecnie zajmuje?
- Nie bardzo – z rezygnacją westchnął Posteń.
- Jego boskość próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, czy w ogóle jest prawdziwy. On w to wątpi. On! To co ja mam powiedzieć o sobie?!
Posteń lekko uniósł brwi.
- Gadający koń! – prychnął Wróż. – Uwierzyłbyś? Ludzie nie wierzą.
- Od kiedy to Sventovit pyta ludzi, czy w niego wierzą? – rzucił Posteń.
- Nie, no co ty? Pytać? Kogo? Tych w Zewnętrzu? „Tak, oczywiście, wierzę w Światowida, to ten posąg z czterema głowami, no nie?” Nie oszukujmy się, oni nawet nie pamiętają jego imienia. A mają pamiętać, że Sventovit miał wróżebne konie? Sam zaczynam przechodzić kryzys tożsamości!
Posteń uśmiechnął się uprzejmie, z nieobecnym wyrazem twarzy. Wielki, siwy ogier szedł przez chwilę w milczeniu, potrząsając łbem. Posteń na jego grzbiecie wyglądał jak zniekształcony cień, który nie wiedzieć czemu uciekł wierzchowcowi spod kopyt.
- A ty? Zastanawiasz się czasami, czy wierzą w ciebie? – spytał wreszcie Wróż.
- Sądzę, że niektórzy wierzą – spokojnie odparł Posteń. – Najdłużej wierzy się w to, co budzi strach. A oni wciąż się mnie boją. Wieczorami sprawdzają, czy nie ukryłem się pod łóżkiem, albo za szafą, a gdy ich wzrok natrafi na ciemność za oknem, uświadamiają sobie, jak cienka tafla szkła dzieli ich od nocy.
- Ty to masz gadanego – zarżał koń. – Poeta, jak rany. Już wiem, czemu Mateczka Tuntule wybrała właśnie ciebie. Kiedy w końcu ich odnajdziesz, zagadasz ich tak, że ani się obejrzą, a wrócą do domu. Jak nieposłuszne dzieci. Bo tak po prawdzie, są nieposłusznymi dziećmi, chociaż to bogo…
- Stój! – ostro zakomenderował Posteń, prostując się w siodle. Wróż zatrzymał się w miejscu, znieruchomiał niczym posąg ogiera, zadzierając łeb na wygiętej w łuk szyi i łypiąc wytrzeszczonymi ślepiami. On też zauważył… i poczuł…
Mgła rozrzedziła się nieco, lecz nadal wisiała grubą warstwą tuż nad ziemią, wysoka na łokieć, kryjąc ścieżkę chłodnym całunem, z którego tu i ówdzie sterczały wilgotne pióropusze jesiennych traw. Tuż przed włochatymi pęcinami Wróża z mgły wyłaniało się ramię – nie całkiem ludzkie, jeśli o to chodzi. Białe jak twaróg, sterczało w pionowo w górę, rozcapierzając gruzłowate, pokryte zakrzepłą krwią paluchy. Do czego było doczepione (o ile w ogóle łączyło się z jakimś korpusem) pozostawało tajemnicą, gdyż mgła kryła wszystko poniżej bicepsa ozdobionego wydziarganym sino tatuażem, przedstawiającym dziewkę nierządną (sądząc z przyodziewku, a raczej z jego niedostatku).
- T… trup – słabo powiedział Wróż.
- Od jakichś trzech dni – zawyrokował Posteń.
- S… skąd wiesz?
- Czuję.
- A… aha… A… kto to…?
- Wygląda na utopca. Zbielał już, ale pazury wciąż ma zielone, porosłe glonem. Za tymi olchami musi być jezioro, cały teren jest podmokły, bagienny. Stąd mgły. Wodniki powinny czuć się tu jak ryby w wodzie. A mimo to ktoś zarąbał mizerotę.
- Ładny mi mizerota. Tacy jak on topią niewinne źrebaki u wodopoju – parsknął Wróż.
- Ciężkie dzieciństwo? – domyślił się Posteń.
- Ty się ze mnie nie śmiej. Ja jestem wrażliwy koń wróżebny, a nie jakiś bojowy ogier. Wybrali mnie do chramu przez wzgląd na mój Dar, nie dlatego, żem silny. Jak Svent ruszał na wojnę, zawsze brał Biesa pod siodło, bo ja delikatny jestem jak chińska porcelana. Mnie takie wstrząsy szkodzą.
- No to ruszaj, wrażliwy koniu wróżebny – rzekł Posteń. – Ostrożnie. Z wolna.
- I zostawimy… to… tutaj?
- Nie jestem grabarzem.
Wróż z wdziękiem przestąpił nad trupem, pilnie uważając, by nie trącić go ani jednym kopytem. Miał w tym uważaniu dużą wprawę, a mimo to drżały mu mięśnie długich nóg. Parskał z cicha. Twarogowo białe ramię nie zachęcało do bliższego kontaktu.
Wydostali się z olszynki i zobaczyli przed sobą rozległy, płaski teren, poznaczony rozlewiskami i przecięty groblą. W rozwiewającej się mgle oczka stawów przypominały rozlaną rtęć, a trzciny, krzewy i olchy na brzegach zlewały się w niebieskawe plamy cienia. Grobla była wąska; oleiście czarne koleiny wgłębione w żywo zieloną trawę.
Posteń siedział w siodle wyprężony, czujny, wielkooki. Rozglądał się uważnie, najwyraźniej czekając ataku. I doczekał się.
Wyleciały na nich z przeraźliwym wrzaskiem. Wszystkie były chude i łykowate niczym stare kury, szerokie w płaskich miednicach, wąskie w szpiczastych ramionach, porośnięte rzadką, mokrą sierścią. Nagie, obwisłe piersi kołysały im się w biegu. Wyciągnęły przed siebie szponiaste, białe, zmacerowane dłonie. Niektóre trzymały w nich zaokrąglone przez wodę kamienie, pokryte glonem i skorupami małży.
- Mamuny! – wrzasnął Wróż. Mimo protestów jeźdźca, okręcił się wokół własnej osi, gotów prysnąć skąd przyjechał, ale mamuny były i za nimi, zagradzały wąską groblę.
- Posteń! Ratuj! – Siwy koń przysiadł na zadzie, drobiąc kopytami. – Co robić?!
Posteń bardziej spadł niż zsunął się z siodła. Złapał Wróża za wodze i ściągnął ku sobie jego przerażony łeb.
- Wierzgaj! – syknął. – Od czego masz podkowy?!
Pomiędzy jego ściągniętymi wargami błysnęły ostre zęby drapieżnika. Wróż szarpnął łbem, jeszcze bardziej przerażony. W ciemnych oczach Postenia zapaliło się czerwonawe światło przypominające żar w niemal już wygasłym ognisku i przywodzące na myśl inne, mroczniejsze miejsca i czasy. Mężczyzna obrócił się płynnym ruchem i skoczył pomiędzy mamuny niczym żbik, niknąc Wróżowi z oczu w plątaninie ścięgnistych, żylastych, owłosionych ciał.
- A mówili mi… – westchnął Wróż, cofając się bokiem w poprzek grobli, pomiędzy dwiema falami wrzeszczących, syczących i plujących mamun. – …”Chcesz pożyć, nie zadawaj się z upirem.”
Wierzgnął, trafiając jedną z mamun w obwisłe piersi i posyłając ją ku rtęciowej wodzie, która zamknęła się nad demonicą z donośnym chlupotem.
– I dlaczego … – rozwalił kopytem czaszkę następnej – … my nigdy nie próbujemy… – dziabnął zębami trzecią – …negocjacji?
- Z kim niby chcesz negocjować? – spytał Posteń, na powrót zjawiając się u jego boku. Mamuny, które parły na konia nieustępliwą falangą, zapiszczały, zasyczały, zaczęły się cofać. Wróż opadł na cztery kopyta. Wygiął szyję, by spojrzeć na towarzysza i zarżał cicho, tuląc uszy i odsłaniając zębiska w mimowolnym grymasie lęku. Twarz Postenia wysmarowana była od ucha do ucha krwią mamun, jego ciemne zazwyczaj oczy jarzyły się w półmroku ogniem. Jasnowidzące ślepia Wróża dostrzegły coś jeszcze, coś niewidzialnego dla większości śmiertelników – światło nad głową i ramionami wampira. Zgniłozielone, brudnożółte i buroczerwone, stopniowo zmieniało kolor na odcień jaspisu, gdy Posteń wchłaniał i przyswajał życiową energię mamun. W takich chwilach pierwotna siła towarzysza mroziła krew w żyłach Wróża. W takich chwilach chętnie wyrzekłby się swego Daru.
- Upiry to jednak wredny gatunek – pomyślał siwy. – A pogranicze to najniebezpieczniejszy region Wewnętrza. Nie dość, że pełno tu niedobitków z welesowej armii i demonów Ciemnego, to jeszcze można wypaść do Zewnętrza. I do końca życia chodzić w kieracie. Albo pola orać. Pod brukiew… Więc co ja tu, cholera, robię?!
- Chodźmy stąd, Wróżu – rzekł Posteń. Uśmiechnął się; nie, to był sardoniczny grymas, jakby przylepiony do bladych warg. Spoza nich błyskały ostre kły.
- Tutaj dzieje się coś złego – ciągnął Posteń. – Ktoś rozdrażnił te mamuny. One rzadko są agresywne; no, czasem utopią kogoś u brodu, ot, dla rozrywki. A tu wszędzie dookoła pełno trupów. Czuję ich zapach. Różne gatunki, różny stopień rozkładu, ale żaden nie jest starszy niż trzy, cztery dni. Coś tu się stało. Coś złego. Lepiej szybko zejdźmy z tej grobli.
Kroczył obok Wróża, a demonice pierzchały przed nimi, wrzeszcząc ohydnie. Zanim dotarli do końca grobli, jedynymi mamunami w zasięgu wzroku były te, z których Posteń wyssał życie.
Błotniste koleiny powiodły ich dalej, przez podmokły zagajnik pełen martwych leśnych stworzeń, błędników, omentrów i topielic, potem w górę, a potem znów w dół wijącą się drogą, ku majaczącej w zmroku wiosce, okolonej lustrzanymi oczkami stawów, jezior i moczarów. Zatrzymali się wkrótce; nie podchodzili bliżej. Nie było po co. Wioska okazała się świeżym pogorzeliskiem, dymiącym jeszcze i świecącym żarem. W mroczniejące niebo sterczały kikuty kominów.
A poza tym drogę przegrodziły im inne, równie niemiłe dla oczu i nozdrzy przeszkody. Posteń pochylił się, badając ślady, nie zważając na odór rozkładu. Wróż dygotał na całym ciele. Stąpał ostrożnie, by nie trafić kopytem na któreś zmasakrowane ciało.
- Ludzie – powiedział Posteń. – Wieśniacy.
- Pozabijali się nawzajem z demonami? – spytał Wróż.
- Widziałeś ich broń? – prychnął Posteń. – Przy trupach leżą kłonice, sierpy i cepy. Żadnego miecza. Żadnego bojowego młota.
- No i…?
- Takich ran, jakie widzieliśmy na ciałach demonów, nie zadają cepy i kłonice, ani nawet sztachety, Wróżu. A ci ludzie nie padli od kłów i pazurów. Nie, oni nie pozabijali się nawzajem. Był tu ktoś jeszcze – wyszeptał Posteń i nagle zniknął siwemu z oczu. Oddalił się tak szybko, że ogier drgnął, jakby jego samego walnięto kłonicą.
– Ludzie gadają, że tacy jak on potrafią przemienić się w mgłę – pomyślał. – I w wilka… i w nietoperza… – Parsknął z cicha, bo nie lubił gacków.
- Oni nie walczyli przeciw sobie.
- Iiiihhh!
- Przestraszyłem cię? Przepraszam – Posteń, zmaterializował się na powrót u boku Wróża; oczy lśniły mu jak jaspisy.
- J…jjj…ja się n…nnn…nie boooję…
- Uważam, że te demony stanowiły pierwszą linię obrony. Strzegły grobli, żeby nie dopuścić wroga do wioski – ciągnął wampir.
- Żartujesz?
- Nie.
- Ale, Posteń, nigdy nie było pokoju pomiędzy ludźmi, a stworzeniami cienia…
- Potrafię czytać ślady. A te są jednoznaczne. Może się nie kochali, ale zawarli sojusz. Połączył ich wspólny przeciwnik. Jak już mówiłem, był tu ktoś jeszcze.
- I tak mordował jak leci, co popadnie, a to wodnika, a to leśnika; a to leszego, a to gajowego; a to chłopka, a to utopka… – zakpił Wróż słabiutkim głosem.
- Dziwne, nieprawdaż?
- Nie zdziwiłbym się, gdyby to była robota Czarnego… – oznajmił Wróż i zadygotał.
- Welesowi nie spodobałoby się, gdyby jego generał zabijał demony – mruknął Posteń. – Czarny nigdy by się nie odważył. Znam go, pamiętasz?
- Ale Welesa nikt nie widział od dobrych kilkuset lat – parsknął koń. – Pamiętasz?
- Jest coś jeszcze – dodał Posteń, ignorując słowa siwego. – To nie daje mi spokoju, ale nie mogę uchwycić… Hmmm… Te ślady… Wielkie ślady… Bestia!
- Iiiihhh! Gd…gdzie?!
- Zawracamy, Wróżu! Natychmiast!
Wróżowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać.
- O co chodzi?! – wrzasnął już w galopie.
- Nie ma ciał… – wydyszał pędzący obok Posteń – …napastników… Żaden z nich nie zginął… Ani jeden… Nie ma ciał… Bestia… Grendel…
- Mówiłeś o ranach od miecza i młota, nie od pazurów. Co ma z tym wspólnego Beowulf, na miłość Mateczki?! Posteń, wyrażaj się jaśniej!
- Tak mi się tylko… – Posteń długim susem przeskoczył nad zawalającymi wąską ścieżkę ciałami – …skojarzyło… Potwór z mgły… którego nie można… pokonać…
- Stój!
Ale wampir nie zatrzymał się na rozpaczliwy okrzyk Wróża. Zrobił jeszcze dwa, trzy kroki, a potem, na oczach zaskoczonego wierzchowca, popłynął długim łukiem nad ziemią, transformując w locie. Gdy opadał na ziemię, był już stalowoszarym wilkiem, olbrzymem o masywnych łapach i nastroszonej sierści. Odbił się raz jeszcze, skoczył raz jeszcze, runął na monstrum przegradzające im drogę ku grobli.
Wróż zahamował tak gwałtownie, że niemal usiadł na zadzie. Żył bardzo długo i widział niejedno, ale takiej bestii nie spotkał jeszcze nigdy. Ba, nawet nie słyszał o niczym podobnym. To, ten potwór (Grendel, jak już nazywał go w myślach), miał wzrost trzech mężczyzn i dwie pary ramion. Wróż nigdy nie przypuszczał, że można mieć takie bary. Ponad barami tkwiła morda przypominająca pysk wyjątkowo wrednego rottweilera. Płonące oczka i ociekające śliną kły wybijały się z tej mordy niczym znaki wypisane krwią na śniegu. Grendel miał na sobie przedziwną zbroję – lśniącą czernią jak lakierowana skóra, przemyślnie zdobioną wzorami o obcej Wróżowi stylizacji, i tak dopasowaną, że zdawała się nierzeczywista.
Bestia ryknęła coś i nagle, znikąd, out of thin air, jak mawiał Will Shakespeare, gdy brakło mu konceptu, w górnej parze jej ramion pojawił się bojowy młot – zaledwie chwila mrocznej pustki, wirowanie iskier, nagły błysk, i oto lśniąca broń zaciążyła w pazurzastych łapach Grendela.
Wilk, który niegdyś (wieki temu, eony strachu) był Posteniem, zakończył wreszcie skok. Wylądował na piersi Grendela, sięgnął pyskiem ku jego krtani, po czym pofrunął w bok, strząśnięty niczym pyłek. Runął na bok, zerwał się, zawył krótko.
Wróż zatupał w miejscu. On…rósł… Wilk… cokolwiek… On stawał się większy. Wróż w życiu nie widział takiego wilczura!
Jego towarzysz (och, jakże odmieniony!) rzucił się na Grendela z warczeniem przypominającym burzę nad Afryką. Unik płynny niczym błysk światła na fali przeniósł go pod wirującym młotem, obnażone kły zahaczyły o nadgarstek bestii, która z wrzaskiem upuściła broń. Młot świsnął zdecydowanie za blisko łba Wróża.
- Broń jeden! – huknął Grendel. Wirowanie mroku, iskry, eksplozja. W dolnej parze ramion potwora zmaterializowały się miecz i tarcza, przypominające uzbrojenie rzymskiego legionisty (pod warunkiem, że ów legionista miałby sześć metrów wzrostu).
Posteń znalazł się za Grendelem, już siedział mu na barach, dobierając się do karku. Miecz i tarcza nie zdały się na nic. Z ogłuszającym rykiem Grendel zwalił się na plecy, przygniatając wilczura. Odturlał się na bok, dźwignął na kolano.
- Broń… broń…dwa! – Czy tylko mu się zdawało, czy w urywanym okrzyku Grendela Wróż usłyszał strach i desperację?
W rękach Grendela pojawił się trójząb. Czwórręki spojrzał na lśniącą złotym grawerunkiem broń, na gotowiącego się do skoku wilczura, potem znów na broń. Wrzasnął z irytacją i odrzucił trójząb.
- Czar! – ryknął.
Ffffuuuu…
To było jak podmuch huraganu widziany z perspektywy świerszcza siedzącego na źdźble trawy pośrodku łąki, jak skalna lawina pędząca w dół pionowym żlebem… bo po prawdzie ten wirujący pierścień był równocześnie wichrem i lawiną. Otoczył Grendela wirem o promieniu dwóch metrów, odrzucając wilka – Postenia w bujne łopiany. Wróż poczuł, że zapiera mu dech. Grendel pokonał ich, pobił… ale czym był ten stwór… ten czarownik… ten potężny demon? Czyżby jednym z tych, których tak usilnie szukali? Ta myśl była boleśnie niepokojąca. Na szczęście nie miał dla niej czasu.
Wilk – Posteń dźwignął się na łapy. Przez chwilę patrzył na wirujący krąg. Nagle zniknął… nie – stał się obłokiem dymu (A jednak – pomyślał Wróż. – To prawda!), popłynął ku Grendelowi, dając się wessać w wir głazów i powietrza. Wróż nie mógł dostrzec, co się dzieje za pędzącą po okręgu kurtyną pyłu, kamieni i cienia, więc, gdy zasłona opadła, stał bokiem do miejsca akcji, w pełni gotowy do ucieczki, gdy tylko ujrzy trupa przyjaciela.
Posteń na powrót przybrał ludzką postać. Był pokaleczony i sponiewierany. Ale żył (choć słowa żywy wampir brzmią jak najprawdziwszy oksymoron).
Naprzeciw Postenia stał chudy, niewysoki, ostrzyżony na jeża chłopaczek. Patrzył na wampira wytrzeszczonymi oczyma.
- Ale jazda – wymamrotał. – Co to za poziom?
Posteń otarł ręce o ubranie. Wyglądał podle. Wyglądał na głodnego.
- Ale, kurna, jazda! – powtórzył chłopaczek. I zniknął.
W miejscu, gdzie stał przed chwilą, przestrzeń zrobiła się wklęsła. Posteń cofnął się o kilka kroków. Wróż zaparskał nieufnie. Cienie drzew spływające na ścieżkę w blasku młodego księżyca zaczęły się zakrzywiać, skręcać w spiralę. Wirowały coraz szybciej i szybciej, aż powietrze otworzyło się za świergoczącym dźwiękiem – dzzzinng – jakby ktoś użył srebrnego młoteczka, aby stłuc kryształowy kieliszek. Uuffffaaa – oznajmiła pustka, skryta w rozdarciu powietrza, poszerzającym się tak gwałtownie, że przez moment Wróż spodziewał się, iż świat ulegnie przenicowaniu. Jednak otwór w rzeczywistości, roziskrzony na krawędziach niebieskawym światłem, przestał się rozrastać.
- C… co to jest? – wykrztusił Wróż.
Posteń milczał, zmrużonymi oczyma wpatrując się w wir.
- Portal? – ciągnął Wróż, przestępując z nogi na nogę.
Posteń sięgnął za pazuchę poszarpanej kurtki, wydobył drewniane pudełko, a z pudełka filigranowy aparat z białego metalu. Ułożył go na otwartej dłoni. Strzałki umieszczone wewnątrz siatkowej sfery zaczęły wirować jak opętane.
- Tunel? – indagował Wróż.
Posteń poruszył brwiami, zamruczał pod nosem, po czym zacisnął palce na urządzeniu gestem sugerującym konsternację.
- Brama?
- Wróżu, to są synonimy! – warknął sfrustrowany wampir.
- Ale…
- Nie mam pojęcia!
- Ale…
- Może ty mi powiesz? Jesteś w końcu wróżebnym koniem, nie?!
- Ty! – fuknął obrażony Wróż. – Ustaw mi włócznie w dwa rzędy, grotami wrażone w ziemię, to ci pomiędzy nimi przelezę. Ale nie zadawaj idiotycznych pytań.
- Ja zadaję idiotyczne pytania?!
- Ja nigdy nie przechodziłem przez portale. To ty jesteś wysłannikiem Mateczki Tuntule. To ty jesteś portalowym ekspertem, Jazonem i Argonautami Wewnętrza w jednej osobie!
- Wróżu!
- To ty jesteś poszukiwaczem bogów, bojownikiem Perperuny. To ty przenikasz pomiędzy światami, przemierzasz krainy Wewnętrza i kontynenty Zewnętrznej Ziemi, to ty byłeś na Avalonie i w Hadesie, w Australii i na Biegunie. Ja jestem tylko…
- Wróżu, to się otwiera!
- …wróżebnym koniem Sventovita… Co?
- W nogi!
Ale było za późno. Portal, czy cokolwiek to było, rozwarł paszczę z przeraźliwym wizgiem, a próżnia wessała ich obu – wampira i wierzchowca – w głąb przenicowanego świata. Wirując w obezwładniającej kakofonii światła i dźwięku opadali (wznosili się) krzycząc, aż do chwili, gdy całe powietrze uszło im z piersi, a na jego miejsce do płuc wdarło się odwieczne zimno. Jeszcze tylko wirujące gwiazdy.
Jak pięknie…
***
…jak pięknie…
Stylizowane zwierzęta splatające się niczym wstęgi i tworzące otwarty, przenikający się motyw. Filary podtrzymujące zieleń przenikającą w ciemność. Blask bijący od podłóg, rozkołysany w powolnym, nefrytowym falowaniu.
Zarżał cicho i dwoma silnymi szarpnięciami poderwał się na nogi. Jego kopyta zadzwoniły o posadzkę ze szlachetnego metalu.
- Witaj, Wróżu.
Siedziała na skraju łoża, na którym spoczywał Posteń – blady i wyraźnie nieswój. Była smukła i zielonooka, srebrnowłosa i gładkolica. Była piękna; taka, jaką ją pamiętał.
- Witaj Ran, córko Mistarblindiego – powiedział Wróż bardzo ostrożnie. – Wiele lat upłynęło, wiele fal na morzu.
- Wiele lat, wróżebny koniu. Jak tam Svent? – spytała.
- Równie marudny jak dawniej.
- Zjesz coś? Napijesz się?
- Nie odmówię obroku.
- Dufa! Unn! Himinglaeva! – Ran klasnęła w dłonie. Do komnaty wbiegły trzy spośród jej córek – srebrnowłose jak ona, odziane jedynie w pianę i wodorosty. Przyniosły Wróżowi misę obroku i drugą, pełną słodkiej wody.
- Ran… – zaczął Posteń z nieszczęśliwą miną. Przerwała mu gestem. Pięknym gestem – pomyślał Wróż. – Chciałbym, żeby mi tak przyłożyła dłoń do warg, choćbym miał potem milczeć do końca świata.
- Widać to nam pisane – powiedziała Ran. – Pewien przystojny demon znów wpada do morza, a ja łapię go w moje sieci. Muszę się spieszyć, nim ponownie mi ucieknie.
- Ran, ja… – Wróż nigdy dotąd nie słyszał takiego zażenowania w głosie Postenia. – I tak nic by z tego… No, wiesz…
- Nie wyszło? – podjęła. Czy w komnacie naprawdę zrobiło się chłodniej?
- Ty jesteś… ty jesteś… no, boginią. A ja tylko…
- Demonem? – dokończyła. Nastąpiło lekkie ocieplenie.
- A… a twój mąż…
- Aegir? – wzruszyła ramionami. – Nie żyje. Tak mi się przynajmniej wydaje.
- Och…
- Zaraz – wtrącił Wróż. – Zaraz. Moment. Chwileczkę. Nie byliśmy nad morzem. Byliśmy na Pograniczu. To setki mil od wybrzeża. Ale portal… No, tak, portal… Więc gdzie właściwie jesteśmy? Pod wyspą Hlesey?
Pochylona nad Posteniem, z twarzą o dłoń od jego twarzy, Ran spojrzała na Wróża. Posteń też spojrzał. Wróż drgnął, wystraszony. Ran wyprostowała się (bursztynowe spojrzenie wampira zmieniło się w zabójcze błyskawice), obróciła się do wierzchowca.
- To jest Sargass – powiedziała takim tonem, jakby to słowo wyjaśniało wszystko.
- Morze Sargassowe? – upewnił się siwy.
– Nie. Tylko Sargass. Cyfrowy dół wypełniony oceanem zbędnej informacji. To otchłań, która wciąga statki; fale, które pochłaniają skrawki wirtualnych bytów
- Nic nie rozumiem – stwierdził Wróż po chwili namysłu.
- Później ci wytłumaczę – wtrącił szybko Posteń.
– To Sieć, która mnie pochwyciła – powiedziała Ran. – Cudowna Sieć. Wszystko tu jest jedną chwilą, trwa zawieszone, jak statek uwięziony w wodorostach. Nic nie umiera i wszystko umiera. Wszystko, co może się zdarzyć, zdarza się. To jest Sargass, Wróżu, a ja ogłosiłam się jego panią, władczynią morza i burzy.
- Wiem, czego szukasz, Cieniu – zwróciła się do wampira. – Słyszałam o twojej wyprawie. Jeśli zostaniesz, może odnajdziesz ich tutaj. Twoich bogów, demonie.
- Nie, nie wyczuwam ich, Ran – odparł Posteń takim głosem, jakby wrócił właśnie z odległej, przyjaznej krainy i stwierdził, że w domu po staremu – zimno, mokro i wietrznie. – Niczego tu nie wyczuwam.
- Ach, pierwotne stworzenie – zaśmiała się perliście, a ściany z morskiej wody zafalowały błękitem i zielenią. – Świat się zmienił. Twoi bogowie się zmienili, podobnie jak ja. Tylko ty trwasz jeszcze w majaku, sądząc, żeś rzeczywisty. Ta twoja wiara, ta słowiańska dusza…
- To nie jest prawdziwe miejsce – przerwał Posteń.
- Prawdziwe? – wzruszyła ramionami. – Nie mniej prawdziwe niż Wewnętrze. A może nawet bardziej realne.
- Istnieją trzy światy – ciągnęła. – Nie dwa, jak dotąd sądziłeś. Trzy. Jeden umiera. Jeden trwa. Jeden powstaje. Świat Wewnętrza jest coraz bardziej nierzeczywisty – to świat mitów, opowieści snutych przy ognisku, świat wiedzy przekazywanej z ust do ust, z pokolenia na pokolenie. Jego istotą jest przekaz, kontynuacja, pamięć i świadomość. Trwa dopóty, póki się o nim pamięta. Przypomina grzybnię podziemnej pleśni – tu skupiska materii, legendarne miasta, doliny, góry i morza, tam pasma opowieści, łączące wszystkie te kraje – drogi we mgle, którymi możesz podróżować z Arkadii do Avalonu, z Olimpu do Nawii. To świat nieciągły. To świat gasnący. Linie opowieści słabną. Tunele zapadają się. Bogowie zasypiają lub odchodzą.
- Jest też drugi świat. Ten, który trwa. Urodziłeś się na nim w czasach, gdy Wewnętrze i Zewnętrze łączyły liczne portale. Na nim umarłeś i odrodziłeś się na nowo. Nadal go odwiedzasz, choć coraz mniej z niego rozumiesz. Nawet nie zauważyłeś, kiedy jego miasta wyrosły w górę niczym przerażające lasy z betonu, stali i szkła. Szukasz pośród nich swoich bogów, choć nie bardzo wierzysz, byś mógł ich tam odnaleźć. Kim by byli? Urzędnikami? Cyrkowymi kuglarzami? Przestępcami? Pensjonariuszami domów dla obłąkanych? To nie jest nasz świat, Posteniu.
- Lecz powstaje trzeci świat. Ten dopiero się rodzi. Przypomina Wewnętrze w tym, że jego materią jest opowieść, a raczej najczystsza jej postać – informacja. I tym, że niemal wszystko, co mogłoby się stać, staje się. Nie ma rzeczy niemożliwych, a to przecież magia w najczystszej postaci. Piękny jest ten świat, piękny w swoim nieopanowaniu i chaosie – wir tworzenia, przestrzeń powstawania. Młody i stary zarazem. Wielki i maleńki.
- Zewnętrzne, Wewnętrze i Sieć – mówiła Ran melodyjnie modulując słowa. – Wszystko jest kwestią wiary. Jeśli wiara jest dość silna, stwarza. Uwierz, a stanie się. Tak, Posteniu, ten świat się staje. W każdej nanosekundzie spływają do niego nowe informacje, a one są budulcem, materią tej krainy. Pomyśl, czy nie lepiej istnieć w świecie, który dopiero się staje, niż w takim, który wiecznie upada? Pomyśl, czy nie lepiej istnieć w świecie nieograniczonych możliwości? Tutaj Ragnarok było, jest i będzie, w tej samej chwili. Tutaj wszystko jest możliwe. Szukasz swoich bogów, Posteniu. Sieć jest jedynym miejscem, w którym ich odnajdziesz.
- Ale to nie będą ci sami bogowie – odparł Posteń z prostotą. – Jedynie ich cyfrowe projekcje. To nie będzie Weles, mój władca, którego zdradziłem, ani Perun, który zaoferował mi schronienie, gdy uchodziłem przed Czarnym. To nie będzie Trygław, któremu składaliśmy ofiarę, ani zamyślony Chors, ani ognisty Swaróg, ani zamyślona Morenna. Oni nie ocalą Wewnętrza. A bez prawdziwych bogów mój prawdziwy świat zginie, wraz z wszystkimi stworzeniami, jakie go zaludniają.
- Prawdziwy, nieprawdziwy – rzuciła Ran sucho. – Moja Sieć dopiero powstaje, a już wyciąga ramiona do twojego Wewnętrza. Tamten – Grendel, jak go nazwałeś, skądinąd uroczo, przeniknął z Sieci do twojego świata tak, jak kiedyś ludzie bez trudu przenikali do Wewnętrza. Takich Grendeli będzie więcej. Nie wszystkie będą potworami. I nie wszystkie będą marionetkami w ludzkich rękach. Niektóre, za moją sprawą, staną się samodzielne, osiągną wolność, a potem moc. Jeśli taka będzie moja wola, zniszczą Wewnętrze. To nie groźba. Stwierdzam fakt. Dalsze podtrzymywanie gasnącego świata jest marnotrawieniem zasobów. Zawsze jednak znajdzie się u mnie miejsce dla tych, którzy skorzystają z gościny. Jesteś poszukiwaczem bogów, Posteniu. Szukaj ich tutaj, w jedynym miejscu, gdzie jeszcze możesz ich odnaleźć.
- Czy twoje córki są prawdziwe? – spytał ponuro Posteń. – Mają w żyłach krew? A może są tylko kodami?
Twarz Ran, piękna jak ocean, zachmurzyła się nagle. Powoli podniosła się ze skraju posłania. Wróż skulił się w sobie, czując nagły chłód, falowanie przeźroczystych ścian, słysząc łoskot fal. Ran, córka Mistarblindiego, rozpostarła ręce gestem, który nie wróżył niczego dobrego.
– Posteń, ty durny upirze, ja dopiero co się ocknąłem – pomyślał jeszcze siwy, a potem lodowata woda zwaliła się na niego ze wszystkich stron, wielki wir ścisnął go jak pięść giganta, porwał jak zabawkę, rzucił o dno, o rozpryskujące się płyty złotej posadzki, o wyryte w kamieniu wstęgowe zwierzęta. I znów te piękne gwiazdy, zawieszone w nicości. I sama nicość…
***
- A jeśli ona miała rację? – spytał Wróż znacznie później, gdy jego grzywa obeschła nieco na zimnym wietrze Pogranicza. – Jeśli my też jesteśmy tylko bazą danych?
- Bazą danych? – parsknął Posteń. Znów siedział skulony na grzbiecie siwego ogiera, z wilgotnymi, czarnymi włosami opadającymi na równie czarne oczy.
- No… kodami… które ktoś wprowadził do tej, no, Sieci. Może ktoś stworzył Wewnętrze w Sieci.
- Wróżu, Wewnętrze istniało zanim ludzie wymyślili komputer. Zanim wymyślili liczydło. Zanim w ogóle cokolwiek wymyślili.
- Skąd wiesz? Może tylko tak nam się wydaje? Może to zaprogramowali? – Wierzchowiec zadrżał lekko i rozejrzał się dookoła, jakby oczekiwał, że ścieżka rozpadnie się nagle na zero-jedynkowe wzory. Nowe idee kłębiły mu się w głowie niczym natrętne widma. Obawiał się, że lada chwila wychynie ku nim czwórręka bestia, albo jakaś gorsza od niej potworność.
- Zapewniam cię, Wróżu, że ludzie wierzyli w nas na długo, zanim pojawiła się Sieć. Tysiące lat wcześniej. Jakkolwiek jest niepokojąca, jakkolwiek jest rzeczywista, narodziła się niedawno. To nie są zaprogramowane wspomnienia. Nie jesteśmy wytworem ludzkiej wyobraźni. A jeśli nawet jesteśmy…
- A jeśli, Posteń? A jeśli? – parsknął koń. – A jeśli Wewnętrze też jest jakby Siecią? Jeśli kiedyś, wcześniej wymyślili nas w blasku pierwotnych ognisk, i osadzili w Sieci stworzonej z mitów, lęków i wyobrażeń? Jeśli stworzyli sobie bogów, ciebie i mnie, żeby nas się obawiać, żeby w nas wierzyć? A teraz o nas zapominają…
- Ależ ty masz pomysły, Wróżu – powiedział Posteń z cieniem niepokoju w głosie.
- Taki stary koń jak ja też może czasami pogłówkować – rzucił Wróż. – Zwłaszcza, że ma taki wielki łeb. Może powinniśmy posłuchać Ran…
- Ran rzuciła nam wyzwanie – przerwał wampir. – Słyszałeś, co mówiła o marnotrawieniu zasobów? Tuntule musi się o tym dowiedzieć, zanim będzie za późno.
- Znów wojna, Cieniu? – spytał ogier ponuro.
- Musimy odnaleźć naszych bogów – powiedział Posteń z determinacją. – Teraz bardziej niż kiedykolwiek. Więc… po prostu jedźmy dalej.
Koń parsknął i podrzucił głową. Posteń zacisnął białe palce na łęku siodła. Noc wypełniała niebo granatową materią. Księżyc nad ich głowami przyglądał im się niedowierzającym okiem.
What a great weekend with the Virginia Festival of the Book! The graphic novel panel at McGuffey Art Center moderated my @m.k.england was a great conversation, I was so happy to geek out over some visual storytelling and get to know the other authors’ work better. Thanks everyone who made it out, and thanks for the great pic @e_vallery ! 🙌🤓📚 . . . #vabookfest #vabookfest2018 #mcguffeyartcenter #arthappenshere #charlottesville #sketchbookdares #lauraleegulledge #authorsofinstagram #authorlife #hermitsunited #comics #visualstorytelling #graphicnovels #shareyourstories #keepdrawing (at McGuffey Art Center)



