Kiedy po latach wróciłam w styczniu do oglądania Plusligi przeraziła mnie liczba kontuzji reprezentantów Polski. Może to wynik długiego sezonu kadrowego, może tak jest co roku (o zgrozo). Dla mnie, jako osoby z zewnątrz, nie jest to normalne, każda kontuzja jest alarmująca.
Najbardziej na pewno w pamięć mi utkwi rewanżowy mecz Kędzierzyna-Koźla z Ankarą, w którym Bartosz Bednorz grał z kontuzją pleców. Jeszcze nigdy oglądanie siatkówki nie było tak bolesne, bo przez 20 lat nie widziałam, aby siatkarz upadał po każdej zagrywce i ataku, nie mógł samodzielnie wstać, a nadal grał w meczu. Zaczynasz się modlić w każdej akcji, żeby zawodnik nie dostał piłki do ataku, bo samo patrzenie na kolejne upadki niemiłosiernie boli. Znając sytuację Kędzierzyna i wagę tego meczu nie mogę zrozumieć, dlaczego sztab dopuścił zawodnika do gry z kontuzją i trzymał go na boisku przez ponad set.
Nie chciałabym jednak pamiętać Bartosza Bednorza w tym sezonie właśnie z tego meczu, ponieważ wg mnie przy wszystkich problemach klubu, to właśnie Bednorz trzymał grę drużyny nie tylko w ataku i przyjęciu, ale też w bloku, zagrywce i obronie w każdym meczu, w którym grał, a grał chyba najwięcej. W bardzo wielu meczach wręcz miałam wrażenie, że jako jedyny jeszcze wierzy i walczy do końca na swoim wysokim poziomie. Na pewno był jedną z niewielu jasnych punktów Kędzierzyna w tym sezonie, jednak często sam niestety niewiele mógł zdziałać na boisku.