Dzień 2.
Wiem, że jedno po drugim, ale nie miałam kiedy pisać, więc nadrabiam.
Poprzedniego dnia dużo czasu razem, to czas pokazać, że nie jestem zawsze pod ręką, niech zatęskni. Zadanie ciężkie, cholera jasna, bo w końcu mieszkamy razem.
Rano był w pracy, więc zrobić się na bóstwo mogłam po powrocie z uczelni. A potem umówiłam się z kolegą na bilard. Akurat tak, żeby wyjść tuż przed jego powrotem - a co, niech mi to zajmie jak najdłużej. Bilard był spoko, jakoś tak lekko mi się flirtowało (a co, mogę, oboje wiemy - z tym kolegą - że to żarty) bez zastanawiania się, czy się uda, czy... Zresztą, to nie o to chodzi, po prostu ten kolega jest NORMALNY, a nie zamknięty w sobie jak perełka w muszli i reaguje na takie rzeczy. No, nieważne, w końcu to nie o tym facecie.
Wróciłam z nim do domu, wypiliśmy z moim współlokatorem nr 2 po 2 drinki (wermut, sprite, cytrynka = mniam), niestety mój obiekt testów też zna tego kolegę, więc siedział z nami - nici z tajemnicy skrywającej się za zamkniętymi drzwiami.
I tak dobrze poszło, bo nie zwracałam na obiekt większej uwagi, potem obiekt poszedł do siebie i mógł tylko słyszeć nasze wybuchy śmiechu i ogólnie dobrą zabawę. Chyba trochę pomogło, bo później mówił, że się zastanawiał, gdzie byłam, jak wrócił. No, to muszę się częściej zmywać, niech myśli o mnie. Błogosławiony Matt Huston, Sherry Agrov i cała reszta poradniko-piszących.
Coby nie psuć efektu, zmyłam się spać, bo byłam niebezpiecznie blisko zarzucenia go propozycjami oglądania filmów.





