"𝒩𝒶𝒿𝒶𝒹𝒶", 𝒥ℴ𝒽𝓃 𝒲𝒾𝓁𝓁𝒾𝒶𝓂 𝒲𝒶𝓉ℯ𝓇𝒽ℴ𝓊𝓈ℯ, 1893 rok
Urodzony w 1849 roku, brytyjczyk, malarz, neoklasycysta i prerafaelita. Mając pięć lat, przeniósł się z Rzymu do Londynu. Techniki malarskiej uczył go z początku ojciec. Od 1870 roku studiował w londyńskiej Królewskiej Akademii Sztuki. Cztery lata później jego praca podczas Letniej Wystawy zrobiła furorę. Od tego czasu wystawiał swe dzieła corocznie, aż do śmierci w 1917 roku. W roku 1895 stał się członkiem Akademii Królewskiej. Najsłynniejszy obraz tego artysty to "The Lady of Shalott" przedstawiający bohaterkę jednej z legend arturiańskich. W swych pracach najczęściej odnosił się właśnie do średniowiecznych legend, mających swe korzenie na Wyspach Brytyjskich, przedstawiał jednak również sceny szekspirowskie, mitologiczne oraz postacie historyczne (np. "Kleopatra" z 1887 roku) a także parę przedstawień biblijnych. Ten artysta to John William Waterhouse.
Hylas, syn Heraklesa lub Tejodamasa według innych źródeł oraz nimfy Menodike. Chyba na jego przykładzie można potwierdzić, że ludzi ciągnie do typu osoby, jakim byli ich rodzice…
Hylas, jako ulubieniec Heraklesa, wybrał się z nim na wyprawę Argonautów (po "złote runo" do Kolchidy, pod dowództwem Jazona, na statku Argo). Podczas pobytu w Myzji (Azja Mniejsza) Hylas, zatrzymawszy się, aby zaczerpnąć wody, miał zostać pojmany przez zachwycone jego urodą najady (były nimfami wodnymi, patronkami jezior, rzek, strumieni) i wciągnięty w odmęty źródła Pagaj.
Jak widać, mitologia grecka jest bardzo równościowa. Porywa się w niej i mężczyzn, i kobiety przez mężczyzn i kobiety.
Najady były właściwie nimfami zbiorników wodnych, szczególnie rzek, fontann, strumieni - źródeł świeżej wody. Patronkami wody słonej, zwłaszcza mórz, były okeanidy, natomiast nereidy były dodatkowo córkami Doris i Nereusa, zamieszkującymi pałac swego ojca na dnie morza.
Nazwa najad pochodzi o greckich słów oznaczających “płynąć” oraz “bieżąca woda”. Najady były często obiektem lokalnych, archaicznych kultów, których czczenie społeczności uważały za niezbędne. Często również zwierzęta oddawano boginkom w rytualnych utopieniach, a przy źródłach uważanych za okupowane przez nimfy przebywały często wyrocznie. Te szczególne istoty mogły być również niebezpieczne, często kierowała nimi zazdrość i bywały kapryśne.
Historia Hylasa porwanego przez najady zachwycone jego urodą świetnie koresponduje również ze słowiańskimi podaniami o utopcach, topielcach, rusałkach oraz boginkach.
Postacie przypominające w swej charakterystyce nimfy, syreny czy inne podobne stworzenia występują na całym świecie. Czasami ich cele się różnią, wygląd również, ale od afrykańskiej Mami Wata po japońskie ningyo, takie postacie występują w folklorze.
Wybaczcie, ale wykorzystam tę okazję do polecania Wam ponownie “Syreny i pani Hancock”, ponieważ tam ta niematerialność, wszechobecność syreny, nimfy, nieoczywistość i aura świetnie oddają klimat takiego poczucia bycia wzywanym przez jakąś fascynującą istotę. Dodatkowo, jeśli nie znacie to polecam również utwór “Pani Jeziora” autorstwa zespołu Leśne Licho oraz “Under the Water” Aurory.
Nie wiem, jak Wy, ale ja w tych prababkach narodzonej w XIX i XX wieku femme fatale widzę nie tylko siłę kobiety fatalnej, która jest w stanie zwodzić mężczyzn na manowce, ale również właśnie być może usprawiedliwienie dla traktowania kobiet w konkretny sposób oraz nawiązanie do “prowokowania” przypadkowych osób na ulicach swoją spódniczką, niczym nimfy, syreny i rusałki wołające do mężczyzn i wzbudzające w nim chuć. Tylko, że w naszych czasach już nie wierzymy w istoty mitologiczne… Ale przecież magiczny śpiew można zastąpić krótkimi spodenkami, a ta druga osoba pozostaje bez winy, bo nie była w stanie kontrolować swoich zachowań.
Przepraszam za tę dygresję, pewnie ten temat ma o wiele więcej warstw, sama z każdą minutą zaczynam rozmyślać nad różnymi aspektami takiego porównania, ale po prostu widzę pewne podobieństwo.












