Facebook versus sromidło
Facebook mnie ciemięży. Ilekroć wchodzę, to kusi mnie okienkiem z napisem “Napisz coś...”. Raz napisałam. I co? I nic. Drugi raz napisałam. Gówno. Jakaś zezowata otyła napisała mi maila: “Myślisz, że jesteś zabawna, ale nie wyszło, jak zwykle”. Trzy lata jej szukałam, chciałam się upewnić kim jest i skąd wie, że “jak zwykle” mi nie wyszło. Staram się bowiem dbać o swą prywatność, a już porażki zamiatam pod dywan lepiej niż nie jeden poseł, a tu o - jakaś otyła wie o mnie wszystko. Albo ten, no, Grzegorz. Napisałam posta, że jak będzie 500 lajków to pokazuję sromidło. Wiadomka, że nie pokazałam, bo lajków do dziś jest tylko 496, ale przyszedł Grzegorz i sobie mianowicie ZAOKRĄGLIŁ, przez co zaczął domagać się sroma średnio osiem razy dziennie. Mam wrażenie, że poświęcał mojej skromnej kosmatej dziurze każdą przerwę na peta, którą wydzielił mu pracodawca. Szanuję to, ale sroma nie pokażę. Dlaczego? Po pierwsze - nie ma 500 lajków, po drugie, nie mam szacunku dla ludzi, którzy nie umieją sobie wyobrazić sroma, albo poprzestać na jakimś z internetu. Być może trzeba wziąć ich za rękę i wytłumaczyć, bo ja z ciekawości wpisałam kiedyś hasła typu “srom” albo “penis”, no i obrazki które wyskakują faktycznie, bardziej są do medycyny sądowej, niż do masturbacji, ale przecież można napisać coś, że “porno cyce pizdy sromy dupy chuje anal”, i masz 99% że wyskoczy coś lepszego (i 1%, że zza wersalki wyjdzie Ojciec Rene i spuści ci się do dupy).
Dobranoc. Srom na noc.













