1975: what is the first happy memory that comes to mind, recent or otherwise?ooo there’s lots! there’s the time me n leon got official, the time that i found out that sparrow was eating by herself, the day that butty stopped puking for so long, the day i found out my aunt was gonna have a baby!!! LOTS!!
old books: what’s one thing you don’t want your parents to know?i’m not comfy answering smthn like this publically!!
Flaked to prawdopodobnie jedna z mniej wyczekiwanych tegorocznych nowości Netfliksa, zwłaszcza w porównaniu z takimi przebojami jak Fuller House czy kolejne serie House of Cards i Daredevila. Chociaż niezbyt ufam produkcjom, których głównym bohaterem, współproducentem i współtwórcą jest ta sama osoba – w tym przypadku kanadyjski komik Will Arnett – to, nie mając żadnych serialowych zaległości, postanowiłem sprawdzić, czym jest najnowsza produkcja platformy. Tym bardziej, że składa się ona z raptem ośmiu półgodzinnych odcinków.
Serial opowiada o mieszkającym w Venice, dzielnicy Los Angeles, „facecie po przejściach” Chipie, będącym swego rodzaju „guru” miejscowej społeczności. Przed dekadą trafił do Venice, gdzie uczęszczał tam na spotkania Anonimowych Alkoholików, ale dzięki dobrej gadce zaskarbił sobie sympatię i zaufanie mieszkańców. Któregoś dnia w okolicy pojawia się London, która wpada w oko jego najlepszemu kumplowi Dennisowi, co dość szybko zaczyna prowadzić do konfliktu pomiędzy mężczyznami, ponieważ Chip ma tendencję do uprawiania seksu z każdą dziewczyną, która podoba się Dennisowi, nie bacząc przy tym na konsekwencje.
Na dobrą sprawę recenzję mógłbym zakończyć stwierdzeniem, że Flaked to taka wydmuszka, serial kompletnie o niczym. Ot, komik mający pieniądze chciał stworzyć jakiś serial ze sobą w roli głównej, nie wysilając się przy tym przesadnie, więc wziął mało znanych aktorów, jako plan wybrał okolice Hollywood, żeby za daleko nie jeździć, sklecił jakąś tam fabułkę, potem to nakręcono, opchnięto Netfiksowi i voilà, może będą z tego jakieś pieniążki dla producentów, czyli w tym i dla komika. Po komiku można by się spodziewać, że serial będzie komedią, ale elementów komediowych – chociaż się pojawiają, ba! czasem nawet bawią – jest zdecydowanie za mało, żeby uznać Flaked za komedię. Znacznie więcej mamy tutaj dramatu, ale ta warstwa jest tak schematyczna i była przewałkowana na prawo i lewo już w tylu innych serialach i filmach, że nawet szkoda komentować jej wtórność, w konsekwencji której widza ogarnia całkowity tumiwisizm, a bohaterowie i ich perypetie obchodzą go tyle, co wybory prezydenckie w Surinamie.
Największą bolączką serialu jest jednak nie tyle wyświechtany scenariusz, co główny bohater. Na dobrą sprawę Arnett powtarza w tym serialu rolę, jaką zagrał w animowanym BoJacku Horsemanie, którego również był producentem – nie radzącego sobie z dorosłym życiem kidulta, który wykorzystuje wszystkich wokół, żeby poczuć się lepiej i zginąłby, gdyby nie oni. O ile jednak z BoJackiem można sympatyzować, bo jest dość pocieszny w swojej nieporadności, o tyle w przypadku Chipa miałem zupełnie inne odczucia – przez większość czasu jest on takim złamasem, że nie potrafiłem wykrzesać do niego ani krztyny sympatii. Olewa tych, którym na nim zależy i na których powinno zależeć jemu, myśli penisem zamiast głową, jest dwulicową gnidą, która pod płaszczykiem pomagania innym kombinuje tylko, jak ochronić własną skórę i tak zakręcić, żeby dalej móc siedzieć na dupie i nie musieć szukać uczciwej pracy. Kiedy jego intryganctwo, matactwa i dwulicowość zaczęły obracać się przeciwko niemu, nie sympatyzowałem z nim, tak jak z innymi serialowymi bądź filmowymi bucami – cieszyłem się, że wredny złamas w końcu dostał to, na co zasłużył. Na dobrą sprawę mógłby to być jakiś plus, ponieważ postać wzbudza innego rodzaju emocje niż jej podobne, jednak niechęć do Chipa sprawiała, że miałem raczej ochotę przestać oglądać Flaked. Nie pomogło nawet to, kiedy przeszedł coś na kształt obowiązkowej w tego typu produkcjach przemiany, bo i tak pozostał bucem. Lepiej od Chipa wypadają inni bohaterowie, których można nawet polubić – niezbyt dobrze radzący sobie w relacjach damsko-męskich Dennis, głupkowaty Cooler, pojawiający się dopiero w ostatnich odcinkach aspołeczny Topher (w tej roli bodaj największa gwiazda serialu, Christopher Mintz-Plasse). Szkoda tylko, że te lepsze postaci służą wyłącznie jako tło dla załamasa Chipa, który zabiera dla siebie najwięcej czasu ekranowego.
Serial udostępniony został na Netfliksie z polskim dubbingiem, który opracowano na kilka miesięcy przed wejściem platformy do Polski. Otrzymaliśmy całkiem niezłe tłumaczenie, w którym bohaterowie „rzucają mięsem” i posługują się potocznym językiem – jest to niewątpliwa zaleta, jeśli porówna się to z ugrzecznianymi, wygładzanymi i sztucznymi szeptankami. Sam dubbing nie przeszkadza w oglądaniu, chociaż zdecydowanie znalazłby się w Polsce aktor, który lepiej pasowałby pod Willa Arnetta – dubbingujący go Jakub Wieczorek ma jednak zbyt charakterystyczny, wyróżniający się głos, który bezustannie przypomina widzowi, że ma do czynienia z wersją podkładaną. Ta jest jednak znośna, ale z innym reżyserem, mającym większe doświadczenie z poważniejszymi produkcjami, mogłaby być naprawdę świetna.
Flaked to produkcja oferująca niewiele ponad miałką i schematyczną fabułkę, podaną w ładnej audiowizualnie oprawie – muzyka jest niezła, widoczki klimatyczne, zdjęcia i montaż na poziomie. Jest to jednak rzecz zupełnie zbędna, którą trudno uznać mi za coś więcej niż za autopromocję Arnetta, który, korzystając z popularności Netfliksa, postanowił zrobić sobie serial. Na całe szczęście ósmy odcinek kończy się zwieńczeniem i podsumowaniem, co może sugerować i dawać nadzieję na to, że druga seria tego nikomu niepotrzebnego serialu nie powstanie. Obejrzeć toto co prawda się da, bo całość zajmuje niewiele ponad cztery godziny, ale można znaleźć sobie z pięćdziesiąt lepszych zajęć na zabicie czasu.
Ocena: 5/10
Plusy
+ zdjęcia, montaż i muzyka są wcale niezłe
+ Christopher Mintz-Plasse
+ polski dubbing daje radę
Minusy
- główny bohater
- miałki, powtarzalny scenariusz
- powoduje ogólny tumiwisizm
To musiało stać się prędzej czy później. Resident Evil, w rodzimej Japonii znany jako Biohazard, po trzynastu latach, kilku oficjalnych częściach, kilkunastu dodatkach, spin-offach i portach, paru powieściach, morzu gadżetów i trzech amerykańskich adaptacjach filmowych, doczekał się wersji anime. Przyznaję, że na film czekałem z niemałym zainteresowaniem; jako fan japońskiej animacji wiedziałem, że Japończycy mogą zaskoczyć widza superwciągającą udaną produkcją, jak również nudnym i nieudanym gniotem. Na wszelki wypadek, aby złagodzić ewentualny zawód, postanowiłem nie nastawiać się na rewelację, a raczej – biorąc pod uwagę fakt, że film powstawał z myślą o amerykańskiej publiczności – na produkt średnio udany.
Akcja Degeneracji, w przeciwieństwie do amerykańskich filmów, osadzona została bezpośrednio w uniwersum wykreowanym na potrzeby gry, nie zaś w świecie do niego nawiązującym. Degeneracja rozgrywa się w roku 2005, siedem lat po wydarzeniach ukazanych w grze Resident Evil 3: Nemesis. Na lotnisku w miejscowości Harvardville trwa pikieta przeciwników organizacji WilPharma prowadzącej badania nad wirusami. Na terenie portu lotniczego dochodzi do katastrofy – pojawiają się na nim ludzie zamienieni w zombie, a chwilę później w jeden z terminali uderza samolot, z którego wychodzą kolejni zainfekowani. Jednymi z niewielu ocalałych są Claire Redfield i senator Ron Davies. Do odbicia pozostałych przy życiu odesłany zostaje agent specjalny Leon Scott Kennedy, a wraz z nim dwójka członków Specjalnego Oddziału Ratunkowego – Angela Miller i Greg Glenn. Razem z garstką ocalałych udaje im się opuścić opanowany przez zombie terminal, okazuje się jednak, że to dopiero początek ich zmartwień. W całą sprawę zamieszani są bioterroryści, zaś bohaterowie mają cztery godziny, aby zapobiec rozprzestrzenieniu tajemniczego wirusa T na cały świat.
Jeśli ktoś zrozumiał wszystko, co napisałem w powyższym akapicie, najprawdopodobniej znaczy to, że jako tako zapoznał się z uniwersum gier komputerowych i wie, co w trawie piszczy. Jeżeli zaś nie zrozumiał, może mieć pewne problemy z połapaniem się w fabule Degeneracji. Mimo zapowiedzi twórców, obiecujących, że tworzą film zrozumiały dla wszystkich, bez względu na to, czy znają gry, czy jest to ich pierwszy w życiu kontakt z marką Resident Evil, okazuje się, że znajomość gier jest naprawdę mile widziana. Sam fakt, że głównymi bohaterami uczyniono postaci z komputerowego Resident Evil 2, mówi bardzo wiele. Scenarzyści już na samym początku odwołują się do wydarzeń z trzeciej części gry, później jeszcze wielokrotnie nawiązując do innych. Sprawia to, że osoby nieobeznanie z grami mogą poczuć się mocno zagubione i odnieść wrażenie, że coś im umyka. Dobrym pomysłem jest uprzednie zapoznanie się z grami, aczkolwiek nie sądzę, aby Degeneracja była warta aż takiego zachodu – lepiej zapoznać się z nimi dla samej przyjemności grania, zaś przed obejrzeniem filmu przejrzeć jakąś wiki poświęconą Resident Evil.
Jednak to nie fabuła, w której ludzie nieobeznani z grą mogą się pogubić, jest najgorsza. Najbardziej boli to, że scenariusz Degeneracji jest mizerny i do bólu schematyczny. Twórcy wykorzystali chyba wszystkie możliwe hollywoodzkie chwyty, jakie dało się wpleść w tę produkcję, a że zrobili to niezbyt umiejętnie, zaszkodzili swojemu tworowi. Przedramatyzowana akcja czy przeciągane zakończenie to w przypadku omawianego filmu coś, co jeszcze da się zrozumieć, ale już chociażby scena, w której dwójka bohaterów ni stąd, ni zowąd zaczyna się całować w środku naszpikowanej akcją rozwałki, jest zupełnie nie na miejscu. Tym bardziej, że z całego tego buzi-buzi niewiele później wynika. Żeby wszystko trzymało jednakowy poziom, również bohaterowie pozbawieni zostali ikry – są nudni, szarzy i płascy. Nawet Claire i Leon wypadają mało ciekawie.
Przy tworzeniu Degeneracji wykorzystano rzecz jasna technikę trójwymiarową, jak również slow motion, przez co filmowi bliżej do hollywoodzkiej przebojowej animacji, aniżeli standardowego anime. Okazuje się jednak, że nawet mając do dyspozycji najnowsze bajery i siedemdziesiąt pięć milionów dolarów budżetu, niekoniecznie da sklecić się z tego coś dobrego. Co prawda scenografie i projekty postaci są w miarę dopracowane, niektóre nawet robią wrażenie, jednakże całość pełna jest mniejszych lub większych potknięć sprawiających, że w porównaniu chociażby ze Shrekiem, Resident Evil wygląda raczej średnio. Animacje częstokroć po prostu rażą sztucznością, co da się zaobserwować zwłaszcza w ruchach dłoni, sposobie poruszania się zombie oraz, najbardziej, w mimice. Nic dziwnego, że twórcy dość oszczędnie pokazują zbliżenia twarzy bohaterów, gdy ci wygłaszają swoje kwestie. W rezultacie często miałem wrażenie, że oglądam raczej dobre przerywniki filmowe do jakiejś gry komputerowej, a nie animację stworzoną przy wykorzystaniu najnowszych technologii.
Sytuacji ani trochę nie ratuje fakt, że Resident Evil: Degeneracja jest filmem mocno nijakim. Ten, kto liczy na jakikolwiek klimat, może się srogo zawieść. Film ma niewiele wspólnego z horrorem i klimatem gier, twórcy bowiem postawili przede wszystkim na akcję. Co prawda mamy wirusa T, są zombie i mutanty, ale to tylko ozdobnik i pretekst do ukazywania walk. Zombie nikogo nie przestraszą, ponieważ zostały pokracznie zanimowane, zawodzi nawet muzyka, która choć trochę mogła uratować atmosferę. Zamiast budować klimat, jak robiła to w grach, po prostu przygrywa w tle jako ilustracja mająca podkreślić co bardziej dynamiczne czy dramatyczne sceny. Jest rzemieślnicza, wykonana na hollywoodzką modłę. Nie mogło jednak być inaczej, skoro kompozytorowi, Tetsuyi Takahashiemu, najwidoczniej brakuje wprawy. Na swoim koncie, poza Degeneracją, ma również muzykę do Appleseed – serii wysokobudżetowych anime, również tworzonych głównie z myślą o amerykańskim odbiorcy, toteż najwidoczniej w kierunku tworzenia takich właśnie bezpłciowych ścieżek zmierza jego kariera. Sprawę z udźwiękowieniem odrobinę ratuje utwór końcowy wykonywany przez znaną japońską piosenkarkę Annę Tsuchiyę oraz zatrudnienie do wersji amerykańskiej Alyson Court i Paula Merciera, którzy podkładali głosy Claire i Leonowi także w grach.
Po obejrzeniu Degeneracji stwierdzam, że dobrym rozwiązaniem było nienastawianie się na udany film. Gdybym podszedł do niego z wygórowanymi nadziejami, zawiódłbym się o wiele bardziej. Animowany Resident Evil to produkcja przede wszystkim dla niektórych fanów gier oraz osób oczekujących niewymagającego kina akcji z domieszką horroru. Prawdziwi fani gry powinni moim zdaniem trzymać się od tego filmu z daleka, zaś polskiemu dystrybutorowi proponuję zmienić tytuł na Resident Evil: Degrengolada. Bo czego innego można spodziewać się po reżyserze, którego największym dotychczasowym sukcesem była współpraca przy efektach specjalnych do kilku filmach o Godzilli, The End of Evangelion i paru pomniejszych produkcji?
Ocena: 5/10
Plusy
+ mimo wszystko jest lepszy od ostatnich amerykańskich Residentów + czasem miewa swoje momenty + animacja z reguły daje radę
Minusy
- scenariusz - brak klimatu - przeciętna muzyka - ogólna bezpłciowość
39. Talk about things you wish you'd known earlier.
Oh boy, alright. So I really really wished I knew earlier that all relationships end. Not romantic ones, but platonic ones. That people change, and friendships die and that’s okay. I think our generation has been told that lovers come and go but the friends you have? That is forever. So whatever you do, cling onto them. You can see it with how all the media we consumed as kids and adolescents had everything to do with love between friends than love between lovers (harry potter is a great example of unrealistic lifelong friendships).
For that reason, I (and many of my friends now) have suffered the fate of putting all our love and effort into friends, not believing that it will all end eventually. Me (and nearly every other millennial) have experienced the loss of friendship, which is worse than any breakup, because we are told friendship is forever while lovers aren’t. I wish I knew that, but I didn’t.
Rule 2: Answer the questions the tagger set for you in their post and then make 11 new ones.
Rule 3: Tag 11 people and link them to your post.
Rule 4: Let them know you’ve tagged them.
TAGGED BY MY LOVELY NEW WIFE
is patri like totally the coolest person ever? (hint - the answer’s yes) Omg no....shes the hottest.
cheese or crackers? Can i say both? If not then I like cheese.
do you have a parrott No, but my brother wishes we did
favourite type of tea? Earl Grey or Green
polly want a cracker? WHY DOES POLLY ALWAYS WANT A FREAKING CRACKER LIKE MAYBE HE DOESN'T WANT A CRACKER WHY DO YOU ALWAYS WANT TO CONTROL HIM MAYBE HE WANTS SOMETHING DIFFERENT LIKE AN APPLE OR SOMETHING.
are you pippi longstocking in disguise? I actually don't know who that is although i've heard of her like.
twinkle twinkle little ____?duck
who’s hungrier, suzanne collins or janos ader? I think i'm hungrier than both of them combined wat chA GOIN' TA DO
rolling in the deep or strolling in the streets? i much rather prefer sitting around on tumblr
are you laughing now? hahahaa yes omg
how about now? no
MA QUESTIONS
What makes you angry?
Do you think Nayomi is cool?
What is your opinion on sloths?
Do you ever get mistaken for someone?
What's the most physical exercise you have done in one day?