niech ta woda, to błoto
poprzez żebra ścieka
piękne jest ciało
w którym nie ma już człowieka
a ten oset, ta trawa
niech nam z dłoni pije
piękne jest to co zgniło
i to co wciąż gnije
niech pająk przędzie sieci
tam gdzie jest śledziona
piękne jest co skonało
i co jeszcze kona
niech podziemny ocean
w zimnej czaszce wzbiera
piękne jest co umarło
co jeszcze umiera
piękne jest każde ciało
które na wznak leży
każda kość co wierzyła
i już w nic nie wierzy
niech leżą w gruczołach
białych snów naloty
piękne są tkanki
w których nie ma już istoty
niech w pustych oczodołach
muchy się wyroją
piękny jest ten mój pałac
bo go wzniosłem z gnoju
niech lirę siedmiu żeber
wiatr pośmiertny trąca
pomóż mi moja muzo
panno pleśniejąca
niech po białych kręgach
czarny rak się wspina
piękne są żebra
w których chlupie żółta glina
a jeszcze piękniejsze żebro
co się zmienia
w to czego już nie będzie
w lotny cień istnienia
Jeden wiersz (2): Co nam się wczytało (zamiast Polski)?
Grzegorz Jędrek
Roku Pańskiego 1989 wczytaliśmy Polskę. Mam wrażenie, że od tamtego czasu kodeki do odtwarzania polskiej poezji były coraz rzadziej aktualizowane. Wreszcie w roku 2015 mamy chyba do czynienia z absolutną dezaktualizacją polskiego programu poetyckiego. I nie chodzi o to, że mamy kiepskich deweloperów nowych poetyk. Po prostu aparat krytyczny jest w tej chwili tak przestarzały, jak Flash Player i Internet Explorer.
Jest co prawda na uniwersytetach kilku młodych badaczy przedzierających się dzielnie przez zgromadzone zasoby tradycji, jest też kilku młodych krytyków próbujących zaproponować jakiś nowy standard. Tyle że te próby nie mają rozmachu systemu operacyjnego. Nie są w stanie zaspokoić potrzeb użytkowników smartfonów i ultrabooków.
Dobrze już, dobrze. Dość tych komputerowych metafor. Wywołał je wiersz, o którym dzisiaj chciałem Wam opowiedzieć. Wiersz, który nawet nie jest wierszem. Znajdziecie go tutaj:
Leszek Onak, „Wczytaj Polskę”
Z pozoru prosta zabawa. Klikamy wielokrotnie na przycisk „Lubię to” i w ten sposób wczytujemy Polskę. Jako bonus dostajemy zmieniające się statusy w stylu „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my klikamy”, „Co nam obca przemoc wzięła, myszką odbierzemy” czy też „Czy to był koment, synku, czy to serce pękło?”. Wszystko to na tle rozpikselizowanej flagi Polski.
Za każdym razem kiedy pokazuję tę aplikację niewinnym grupom powierzonym mi w opiekę, słyszę podobne salwy śmiechu. Jedynie od czasu do czasu zdarza się konsternacja i zżymanie się na kalanie narodowych symboli. Czy jest to więc tylko zgrywa?
Dla mnie wiersz-aplikacja Leszka Onaka to raczej mechanizm obronny. Umówmy się: środowisko skrajnej światopoglądowo prawicy zrobiło się dziś tak duże, że zaczyna być niepokojące. I choć często sam pozwalam dojść do głosu patosowi w swoich tekstach, to jednak drżę, kiedy czytam kolejne „polskie” wywiady, „polskie” felietony i, co najgorsze, „polskie” wiersze.
Ostatnio na przykład dowiedziałem się od Rymkiewicza, że jestem donosicielem. Nie wierzycie? Serio! Zacytuję:
„Stało się jednak jakoś tak, że pęknięcie podzieliło również i tych młodszych, którzy wówczas byli za młodzi, żeby donosić. Ci, równie radykalnie, dzielą się bowiem na takich, którzy uważają, że donoszenie jest czymś, w czym nie ma nic szczególnie złego, oraz na takich, którzy uważają, że donoszenie jest niedopuszczalne. To przekonanie – że wolno lub nie wolno donosić, że to jest rzecz zła lub rzecz bez większego znaczenia – sytuuje ich po jednej lub po drugiej stronie pęknięcia. (…) Ale może trzeba ująć to inaczej. To, czy ktoś jest na prawicy czy na lewicy, czy ktoś wierzy w Boga czy nie wierzy, czy ktoś ma takie poglądy estetyczne czy inne – może mieć pewien związek z tym, czy ten ktoś donosił, czy nie donosił; sytuuje się on bowiem, może się sytuować, tam a nie gdzie indziej, na prawicy lub na lewicy, w Kościele lub poza nim, właśnie ze względu na ten swój status: donosiciela, który akceptuje donosicielstwo, lub kogoś, kto nie donosił i donosicielstwo potępia” (Rozmowa z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem o afirmacji polskości).
Cóż za wspaniałe i chytre uniwersum. Kiedy nie zaczynasz dnia od przeglądania strony lokalnego oddziału IPN, wiedz, że jesteś donosicielem. Kiedy z Facebooka nie wyrzucasz przy porannej kawie znajomych, którzy cytują Baumana i Kołakowskiego, wiedz, że jesteś donosicielem. Kiedy wieczór twój nie jest wypełniony walką z postkomuną, wiedz, że jesteś donosicielem. Kiedy wreszcie sny twoje nie są snami o lustracji, wiedz, że jesteś donosicielem.
Ten zbiorowy resentyment mieści się jeszcze w granicach mojej wyobraźni. Rozumiem, że to pokłosie bezkrwawej zmiany systemu. Jestem sobie nawet w stanie wyobrazić, że bolesne i niezałatwione do końca sprawy poprzedniego pokolenia mają swoje odbicie w wychowaniu następnego. Jeśli tata nie spełnił marzenia o zemście na oprawcach, bo zajął się rodziną, najprawdopodobniej przeniesie je na syna. Z córkami będzie analogicznie.
O wiele bardziej przeraża mnie inny fragment tego wywiadu. Kiedy mowa jest o ogromnej hekatombie Powstania Warszawskiego rozmówcy zaczynają instrumentalnie posługiwać się ludzkim życiem w sposób, jakiego nie jestem w stanie zrozumieć:
„D.K.: Albo podmiotowość, albo śmierć, tak?
J.M.R: To albo to. Do końca będziemy się bili o każdy kawałek muru. Jest taka piosenka z wersem: <<Warszawo, o każdy kamień twój>>, co dobrze oddaje tę sytuację.
D.K.: I to byłaby miara. Wzorzec metra.
J.M.R.: To jest symboliczna sytuacja polskości, uchwycona w obrazie wydarzeń, które miały miejsce w sierpniu 1944 roku w katedrze świętego Jana: o każdy skrawek polskości tak się będziemy bić. Może także w bitwach konfederacji barskiej dałoby się znaleźć podobne przykłady takiej ostatecznej determinacji.
D.K.: W tym jest afirmacja, a nie nihilistyczne umiłowanie śmierci.
J.M.R: Afirmacja polskości. Nie należy tego sprowadzać do walk o jakąś abstrakcyjną wolność. Oni nie bili się o abstrakcyjną wolność, oni bili się o polskość. Bili się o katedrę, a później o jedną nawę, o kawałek ołtarza, o schody, które prowadziły na chór.
D.G.: Są ludzie gotowi to skomentować jako nacjonalizm. Jak im powiedzieć, że to nie jest nacjonalizmem?” (jw.)
Szanowny Jarosławie Marku Rymkiewiczu, szanowni redaktorzy Teologii Politycznej, jak mam Wam powiedzieć, że w mojej tożsamości mieści się polskość, ale nie mieści się brak szacunku dla ludzkiego życia? Tamten świat ginął w okropnej pożodze. Jarosławie Marku Rymkiewiczu, czy dla Ciebie naprawdę polskość wykuwała się w ten sposób:
„Przeciwnicy wchodzą z dwóch stron do jakiegoś pomieszczenia i zaczyna się walka wręcz, ale nie na bagnety czy na sztylety. Polacy i Niemcy, chcąc zdobyć to pomieszczenie, obrzucają się w nim granatami – kto nie zginie, ten zwycięży. (…) O walkach w katedrze mówię natomiast jako o wydarzeniu symbolicznym, ponieważ zdobycie czy oddanie katedry niczego już nie zmieniało – ani w sytuacji Polaków, ani w sytuacji Niemców. Było już wiadomo, że bitwa jest przegrana, Niemcy zniszczą Warszawę i wszystkich wymordują. I można się tylko poddać, położyć i umrzeć. Ale żołnierze AK bili się dalej, nie położyli się i nie umarli. Bili się i ginęli. Trochę to przypomina bitwę pod Maciejowicami w roku 1794, choć ta oczywiście była wydarzeniem rozgrywającym się w znacznie mniejszej skali. Tam też żołnierze Kościuszki bili się do końca, choć było już po wszystkim i właściwie nie było się o co bić. A potem Rosjanie mordowali rannych jeńców, co opisał Julian Ursyn Niemcewicz”. (jw.)
Ciężki temat. Temat, który mnie przerasta o głowę. Obawiam się, że stracę tym razem wielu czytelników cyklu. Mimo to spróbuję powrócić do Leszka Onaka. Po pierwszych salwach śmiechu pytam zwykle grupy, którym pokazuję „Wczytaj Polskę” o struktury ironiczne, jakie zauważają w aplikacji. Na pierwszy ogień idzie zestawienie poetyki polskich, tyrtejskich pieśni z poetyką portali społecznościowych. Następnie zwracają uwagę na nieładne potraktowanie flagi. Później na niemożność wczytania Polski. Ich ostateczny wniosek to zwykle bezsensowność, śmieszność i żałosność wirtualnego zaangażowania w sprawy Polski. W takie rzeczy, mówią zwykle, angażować się trzeba naprawdę, a nie na Facebooku. I to jest ten najsmutniejszy moment, kiedy odczuwam duże rozczarowanie.
Ja czytam wiersz-aplikację Leszka Onaka jako studium kultury rozmiłowanej w śmierci. Kultury, która zagrzewa nas do walki. Prosta gra, w której bierzemy udział – wczytywanie Polski – powoduje w nas chęć zwycięstwa. Kiedy idzie nam coraz trudniej, kiedy śmieją się z nas powykrzywiane cytaty, my dalej walczymy o te pieprzone 100%. I jeśli taką determinację potrafimy wykazać w grze, w której naszym przeciwnikiem jest tylko klawiatura i komputer, a cel jest śmieszny, to tym łatwiej wciągną nas gry proponowane przez Rymkiewicza. Szczególnie teraz, gdy obrona polskości nic nas nie kosztuje, a nacjonalizm proponuje proste jak klikanie „Lubię to” rozumienie polskości. I tym łatwiej gra zaczyna nam mieszać się z rzeczywistością. Zwłaszcza że tak duża część przekazanej nam w polskiej szkole polskiej poezji to romantyczna poezja tyrtejska. I nie jest dla mnie sprawą oczywistą, że ktokolwiek tutaj zwycięży. Mam raczej wrażenie, że przegrywamy nasze własne, ludzkie twarze.
---
Od kilkunastu minut przeglądam eseje i felietony Miłosza. Szukam cytatu, który zdawało mi się, że kiedyś czytałem. Miał on mówić, że szczególnym wyznacznikiem polskiej literatury jest historyzm. Nie jestem specjalistą od Miłosza. Nie mogę go znaleźć. Być może to tylko jakiś powidok. Znalazłem inny fragment:
„Szczególną jednak cechą polskiej poezji i prozy, odróżniającą nas od innych literatur, była nieustanna obecność podtekstu, prawie niezrozumiałego dla cudzoziemców. Takie były koszty walki o niepodległość. Swoją tożsamość chroniono, zakreślając linię pomiędzy „my” i „obcy”, ale terytorium własne, tak wycięte, dzieliło słabe strony wszelkich wysp”. (Czesław Miłosz, Zadania dla Krytyka)
I dalej:
„Obecne odwrócenie się młodego pokolenia od ideologii i historii można interpretować jako chęć całkowitego pozbycia się podtekstu”. (Czesław Miłosz, Zadania dla Krytyka)
I dalej:
„Czy w ogóle ma istnieć literatura polska, jeżeli znikną specyficzne polskie problemy i zostaną jedynie ludzkie, takie jak wszędzie? Może i nie powinna, ale jest pisana po polsku, a język niesie ze sobą całą przeszłość ludzkiej wspólnoty”. (Czesław Miłosz, Zadania dla Krytyka)
Jak bardzo nasza literatura jest zakorzeniona w historii, widać dopiero wtedy, kiedy wpadniemy w pułapkę zastawioną przez Leszka Onaka. Bo jeśli Marcin Świetlicki chciał uwolnić się od Polski i pisze o Polsce nieustannie, jeśli nawet eksperymentalna poezja cybernetyczna daje się wciągnąć w „specyficzne polskie problemy”, to ten historyzm będzie w nas siedział jeszcze długo. I proszę tylko: uczyńmy go bardziej skomplikowanym niż prosta gra wojenna. Bo może się okazać, że kiedy my bawimy się w strzelanki, ktoś właśnie gra w Cywilizację.
Choćby nawet jakiś inny naród zdołał wyeksterminować trzydzieści sześć milionów Polaków, to i tak przecież zostanie kilku takich Polaków, których wyeksterminować się nie da: Mickiewicz, Słowacki oraz Chopin i Karłowicz są niewątpliwie nieśmiertelni. więc nawet jak nie będzie już Polaków, to nadal będzie Polska, bo oni, także oni, a może nawet przede wszystkim oni są Polską. nie można więc wymazać nas z historii, wprzód bowiem trzeba zniszczyć "Pana Tadeusza" i "Króla-Ducha", i pieśni Karłowicza, co oczywiście jest niewykonalne.
J.M. Rymkiewicz - "Rozmowy polskie latem roku 1983"
Tomas Tranströmer – Przejrzeć ziemię na wylot (tłumaczenie: Magdalena Wasilewska-Chmura)
Białe słońce wycieka w smog.
Światło kapie, zmierza w dół
ku moim najniższym oczom co spoczywają
głęboko pod miastem spoglądając w górę
i widzą miasto od spodu: ulice, fundamenty domów –
podobne do zdjęć lotniczych miasta w czasie wojny
lecz na odwrót – krecia fotografia:
ciche czworokąty w zgaszonych kolorach.
Tam podejmuje się decyzje. Kości zmarłych
nie da się odróżnić od kości żywych.
Słoneczne światło wzbiera, wlewa się strugą
w kabiny pilotów i strąki grochu.
Podobne… napisane w 1973, podobne do Umschlagplatzu Rymkiewicza (1987) i Ptasich ulic Pazińskiego (lata dwutysięczne).