Bańki powietrza
1.
Czytanie recenzji na Goodreads “daje mi raka”, tak samo jak czytanie komentarzy na Facebooku (o stronach takich jak WP, Onet, Gazeta etc. nie wspominając).
Po pierwsze, system gwiazdkowy, chociaż zaadaptowany przez niejedno, chcące uchodzić za poważne, czasopismo (ale nie, ku mojemu zadowoleniu, przez TP ani przez NYRB), to jakieś nieporozumienie. Nie mówiąc już o opisach ocen w tym systemie. “Nie podobało mi się / było w porządku / podobało mi się / bardzo mi się podobało / było niesamowite”?? Co to w ogóle za skala?! Nie jestem jak ten pies z New Yorkera, który ocenia żarcie na trzy gwiazdki. Harold Bloom, z tego co pamiętam, miał trochę bardziej wyrafinowany system - chodziło bodaj o odpowiedź na pytania: od czego to jest lepsze? Od czego gorsze? Do czego podobne?
Recenzenci na Goodreads nie mają w ogóle zmysłu krytycznego (ditto FB etc., no ale tutaj można by się tego spodziewać), mają za to zmysł autoprezentacji i ferowania wyroków.
Najgorsze, że sam się na to łapię. Czytam książkę, dajmy na to, “Sapiens”, która daje mi nieźle po głowie, jest, jak to się mówi, klasycznym food for thought - a przecież już samo to, że prowokuje do zastanowienia, jest jakąś wartością (w tym przypadku nie jedyną). Widzę, że jakiś tłuk daje tej książce dwie gwiazdki. Dwie gwiazdki! I wywala wielką “recenzję”, w której skupia się na jednym z dwudziestu rozdziałów tej ponad czterystustronicowej księgi, i, przyznając to zresztą wprost, zaniża ocenę na podstawie tego jednego rozdziału! Nie mówiąc już o tym, że się po prostu myli, a jeśli nawet nie myli, to jego interpretacja jest zbyt swobodna, napisana pod tezę.
W komentarzach pojawia się jakiś Don Kichot, na szczęście dla mnie, bo sam nie muszę wchodzić w tę rolę (a ręce mnie świerzbią), i próbuje uzmysłowić recenzentowi, że błądzi. W sensie że trochę zbyt kategorycznie ocenia. Dyskusja idzie w całe akapity, aż w końcu tępy recenzent co? Robi EOT i przyznaje sobie prawo do własnej “opinii”, choć właściwie trzeba by napisać: do własnej głupoty. I pewnie blokuje adwersarza, bo nie pojawia się już więcej żadna jego wypowiedź.*
Ten człowiek, ta chodząca kpina z krytyki literackiej, w rankingu polskich recenzentów na Goodreads znajduje się w czołówce w każdej kategorii. Jego recenzję lubią dziesiątki osób, znajdują się pod nią dziesiątki komentarzy. Większość z nich klepie go po plecach i włazi mu w tyłek. A te niedobitki, które ośmielą się z nim nie zgodzić, kończą jak wyżej wspomniany Don Kichot.
A to tylko jeden, smutny przykład na to, jak internet stał się, w swojej obecnej formie, wylęgarnią, jeśli nawet nie głupoty, to przynajmniej bezmyślności.
*to znany schemat, którego sam bywałem uczestnikiem - i to po obu stronach barykady.
2.
Ale, jak już wspominałem, najgorsze jest to, że sam się na to łapię. Do tej pory w tym wpisie, w mniej lub bardziej subtelny sposób, obrzuciłem autora rzeczonej recenzji różnymi epitetami. Jednak i tak nie oddają one gwałtowności uczuć ogarniających mnie za każdym razem, gdy (jak przed chwilą) wracam do poronionych wynurzeń tego samozwańczego intelektualisty od siedmiu boleści (quod erat demonstrandum).
Ale dlaczego? Jakie znaczenie ma ta jedna opinia w całym zalewie entuzjastycznych, pozytywnych i wyważonych ocen książki (której średnia przekracza cztery)?
Żadne. Ta marna podróba prawdziwego recenzenta (q.e.d. ponownie) nie jest w stanie jej w ogóle zaszkodzić.
Osobną kwestią jest fakt, że skoro sam uważam skalę gwiazdkową za kpinę, dlaczego w ogóle poświęcam jej tyle uwagi?
Sądzę, że całkiem dobrze wyjaśnia to poniższe wideo - no i mój impulsywny charakter, oczywiście:
https://www.youtube.com/watch?v=rE3j_RHkqJc
3.
Ostatecznie okazuje się, że czytanie materiałów prasowych dotyczących książki - czy to recenzji, wywiadów, esejów itp. - jest daleko bardziej konstruktywne i owocne niż ślęczenie nad tysiącami komentarzy w sieci.
W mniej więcej tym samym czasie, w którym psułem sobie krew czyjąś nieprzemyślaną opinią o “Sapiens”, podczytywałem też “48 praw władzy” Roberta Greene’a. Książkę bardzo kontrowersyjną, ale też genialną z marketingowego punktu widzenia. Cały zamysł jest prosty i ujawniony w tytule - autor przedstawia 48 “praw” (choć właściwie są to zasady), którymi, jego zdaniem, kierowali się ludzie w dochodzeniu do władzy. Każde “prawo” zilustrowane jest obficie cytatami z najwyższego sortu literatury, często antycznej. Ogólnym wrażeniem jest wylewający się zewsząd cynizm (we współczesnym rozumieniu) - ale pamiętajmy, że chodzi tu przecież o ukazanie mechanizmów władzy, a te nie zawsze, właściwie wręcz rzadko, są moralne albo etyczne.
Moje odczucia były co najmniej ambiwalentne, ale w wyniku poprzednich lektur (np. ”Obcy” Alberta Camus, “Between the World and Me” Te-Nehisi Coatesa) doszedłem do wniosku - wniosku przygnębiającego i jak na mój wiek dosyć późnego; wniosku, który sam autor “48 praw...” przedstawia we wstępie - mianowicie do wniosku, że właściwie wszystkie ludzkie interakcje da się sprowadzić do walki o utrzymanie, uzyskanie albo zwiększenie władzy. Niektórzy chcą jej więcej, innym wystarczy mniej - ale każdy człowiek pragnie mieć władzę. Chciałem więc zrozumieć, jak to wszystko działa.
Moją niesłabnącą ambiwalencję wobec tej książki złagodził jednak znacznie wywiad z autorem, który znalazłem na łamach The Telegraph, a w którym autor - jeśli wierzyć relacji dziennikarki - z rozbrajającą szczerością stwierdza, że sam nie stosuje się do wszystkich swoich zasad; a nawet że gdyby ktoś tak robił, to nie dałoby się z nim żyć.
I proszę - cały ciężar 48 “praw” nagle jakby zelżał. A mój dystans do tej książki - zdecydowanie zbyt mały zarówno wobec tego tytułu, jak i wobec wielu innych - znacząco wzrósł.
Tak samo dużo lepiej się poczułem, gdy przeczytałem recenzje “Sapiens“ - w Guardianie oraz The Nation. Oto teksty, które oddają autorowi sprawiedliwość.
Nie warto więc czytać komentarzy ani recenzji wątpliwych samozwańczych ekspertów.
A po zastanowieniu sądzę, że najlepszym wyjściem byłoby, żeby każdy komentarz w internecie był obciążony symboliczną opłatą. Niech to nawet będzie 20 groszy (w opcji prepaid z doładowaniem konta oczywiście). The Guardian bodajże ma nawet dział “comment is free”.
“Komentarz nic nie kosztuje” - i właśnie dlatego tak często jest nic nie warty.
4.
Prawo 9: “Zwyciężaj poprzez działania, nigdy poprzez spory” - to dla mnie prawdopodobnie najtrudniejsza lekcja do odrobienia. Odkąd pamiętam, zawsze uwielbiałem się spierać, a pierwszych sznytów w dyskusjach internetowych (jeszcze o wiele mniej barbarzyńskich niż dzisiaj) nabierałem na listach mailingowych. Ale raz, że to była komunikacja asynchroniczna, a dwa że stałe łącza były rzadkością i trzeba było się wdzwaniać i oszczędzać impulsy. Dlatego człowiek miał więcej czasu, żeby się zastanowić przed wysłaniem odpowiedzi.
Moja skłonność do dyskutowania zaprocentowała właściwie tylko w jednym przypadku, to znaczy kiedy chodziłem na filologię, gdzie w ramach przygotowania do egzaminu praktycznego trzeba było opanować umiejętność swobodnej rozmowy na wiele złożonych tematów. Przez całe studia nie oblałem nawet jednego z tych egzaminów (w przeciwieństwie do wielu innych studentów), nigdy nie zabrakło mi amunicji.
W określonej przestrzeni zajęć akademickich moja retoryczna przewaga nad innymi (a takową posiadałem, i potrafiłem przechylić szalę na swoją stronę w większości dyskusji) nie przysparzała mi problemów, bo to była niegroźna gra o ustalonych zasadach. Należało wymyślać argumenty i kontrargumenty - i ja to bardzo dobrze umiałem. I nikt się za to na mnie nie obrażał. Nikt nie uważał, że dyskredytując jego opinie, dyskredytuję jego samego; koledzy mogli być nawet wdzięczni, że podsuwam im pomysły na argumenty.
Ale poza zajęciami ta umiejętność jest mi raczej kulą u nogi. Kiedy czegoś dowodzę, ludzie myślą, że się wymądrzam. Spędzałem godziny, próbując przekonać innych do swoich racji, nie osiągnąwszy ostatecznie niczego. Prawda jest taka, że ludzie nie chcą się przyznać do błędu - ani przed innymi, ani przed samymi sobą. Zresztą moje próby, aby ich do tego skłonić, też coś na mój temat mówią - podskórne pragnienie, by ktoś napisał: “masz rację, a ja się myliłem” trudno przecież nazwać szlachetnym motywem.
Prawo 38: Myśl co chcesz, ale zachowuj się jak inni.
Greene w moją wiarę o potędze języka uderza celnie i jak z armaty: “Kogo mogą przekonać takie bańki powietrza?” - pyta, mając na myśli argumenty. No właśnie, kogo? Tym bardziej że, jak pisze Witkacy:
Mówimy o rzeczach różnych, używając słów tych samych. Na tym polega nędza i bogactwo języka.













