'spectrofobia' - czytałam i nie mogłam się oderwać. dziękuję. masz niesamowity talent do pisania. sposób w jaki tworzysz świat i bohaterów to coś wspaniałego. nie wyobrażam sobie dnia bez przeczytania czegoś Twojego autorstwa, a od tygodnia pochłaniam jednym tchem zakładkę 'twórczość'. nie wiem co będzie, gdy już przeczytam wszystko xd. gdzieś tam w głębi liczę na opowiadanie przepełnione pozytywnymi myślami c:
Dziękuję Ci serdecznie za komentarz! ;) Cieszy mnie to, że opowiadanie Cię wciągnęło i czytając nie mogłaś się oderwać. To dla mnie wiele znaczy! Odnośnie samych opowiadań - być może gdzieś przy początku uda Ci się znaleźć coś odrobinę pozytywnego, choć ja nie gustuję w szczęśliwych zakończeniach, więc po prostu bardzo często takich nie robię. Raz jeszcze dziękuję za wyrażenie opinii. Miłego dnia! ;))
Witam ponownie!!:D Przeczytałam "Spectrofobię" i pierwsze myśli: co to za choroba? nie sprawdzałam w necie, no przeczytałam i jestem w szoku. Napisałaś je fantastycznie, wyjasniłaś (znaczy jak dla mnie) jak osoba zachowuje się z taką chorobą itd jak sobie z nią radzi mniej lub bardziej i co najważniejsze! Mimo, że w tej chorobie chodzi o to, że boi się luster i własnego w nich odbicia... to umieściłaś tam Harolda! Kurczę! Pomysłowo :D Bardzo przyjemnie się to czytało, tak psychologicznie nawet+
+mogłabym powiedzieć :) Lubię czytać u Ciebie tego typu opowiadania z jakimiś fobiami, bo wtedy poznaję nowe choroby i to jest fajne uczucie, że nie znając tych chorób dzięki Tobie mogę je poznać :D ale to nie znaczy, że innych nie lubię! Nie nie nie! Uwielbiam je tak samo! i Właśnie teraz widzę, że kolejne się szykuje!:D Super!:D Tak trzymaj! :D Dziękuję za możliwość przeczytania! :)x__________________________________Hej! ;)) Dziękuję Ci bardzo za komentarz i cieszę się, że “Spectrofobia” Ci się spodobała i przy okazji mogłaś się też czegoś nauczyć i poznać nowe rzeczy. Co prawda - nie wiem, na ile przyjemne jest poznawanie nowych chorób, ale mieć pewną wiedzę, a jej nie mieć, to już pewna różnica. Bardzo mi miło, że lubisz moje opowiadania - nie tylko te związane z fobiami itp., ale także inne. Dziękuję Ci bardzo za poświęcenie czasu na przeczytanie “Spectrofobii” oraz za komentarz. I tak, już niebawem kolejne opowiadanie! ;))
Cześć,pierwszy raz pisze do autorki więc przepraszam. "Spectrofobia", ten one-shot rozbił mnie na małe kawałeczki, czytałam Go z zapartym tchem. Jest cudowny, piękny i nie wiem jak jeszcze można Go określić, po prostu niesamowity.
Cześć, Słońce! Nie przepraszaj ;)) Bardzo się cieszę, że opowiadanie przypadło Ci do gustu i czytałaś je z zapartym tchem i określasz je samymi pozytywnymi słowami. Dziękuję Ci bardzo za opinię i komentarz! Miłego wieczoru! ;)
Jak Ty to robisz Daria, że 18 stron opowiadania czytam w tempie ekspresowym i nawet nie wiem kiedy ono się kończy, podczas gdy 3 strony artykułu na zaliczenie z jakiegoś przedmiotu to dla mnie ilość nie do przejścia?
Ale do rzeczy. Cieszę się, że w swoich najnowszych opowiadaniach poruszasz tematy które jeszcze nie są zbyt wyczerpane w naszym fandomie (zresztą nawet gdyby były, to z Twojej ręki i tak byłyby to świetne opowiadania, no ale…) bo to sprawia, że Twoje teksty czytam jeszcze chętniej. Lubię takie “trudne” opowiadania, które muszę czytać w skupieniu i nad którymi muszę się trochę dłużej zastanowić, dlatego cieszę się, że znów Ci się to udało i zdecydowanie sprostałaś moim oczekiwaniom! :)
Może to kwestia tego, że ostatnio bardzo siedzę w filmach, ale czytając Spectrofobię myślałam o tym, że całe opowiadanie byłoby świetnym materiałem na scenariusz niezłego thrillera czy horroru. Właściwie gdybym tylko miała środki, mogłabym chwycić kamerę i już zacząć kręcić. Tyle jest w tym szczegółów (zazdroszczę Ci tej łatwości w opisywaniu wnętrz, to mój największy problem w pisaniu), że bez trudu umiałam sobie wszystko idealnie wyobrazić. Ale to, co jest najważniejsze - maksimum klimatu. Świetnie Ci się udało oddać słowami właśnie taki zasnuty, nieco magiczny klimat - tego też Ci bardzo zazdroszczę. Sprawiłaś, że z jednej strony, chociaż było mi żal Louisa, trochę mu też zazdrościłam. To trochę dziwne wnioski, ale to opowiadanie sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy nasze “zdrowe” oczy nie przysłaniają nam czasami świata i czy nie sprawiają, że wiele po prostu… przegapiamy.
Zdanie: “śmierci nie można przeszkadzać” pewnie na długo zapamiętam.
Dziękuję Ci za to opowiadanie i życzę dużo, dużo weny!
Nie jestem najlepsza w pisaniu komentarzy, ale chciałam podziękować za ostatnie opowiadanie, bo dało mi dużo do myślenia i zostanie ze mną na dłużej. Wesołych świąt!
Nie trzeba być dobrym w pisaniu komentarzy - cieszy mnie sam fakt, że jesteś i że w pewien sposób mnie wspierasz! Dziękuję Ci serdecznie za wiadomość i jestem zadowolona, że opowiadanie przypadło Ci do gustu i skłoniło Cię do myślenia i zastanowienia się nad pewnymi kwestiami. Raz jeszcze dziękuję za odzew i Tobie również życzę wesołych świąt! ;))
ILOŚĆ STRON: 18
TYTUŁ: Spectrofobia
BOHATEROWIE: Larry Stylinson
BOHATEROWIE DRUGOPLANOWI: Rodzice Harry’ego, Gemma Styles
OSTRZEŻENIA: Poruszany temat fobii oraz dawnych zwyczajów pogrzebowych
UWAGI: One Direction nie istnieje
BANNER: heystrangeer.tumblr.com
KRÓTKO O TREŚCI: Louis cierpi na spectrofobię i jedyne, czego potrzebuje od życia, to samotnego domu, w którym będzie mógł uleczyć swój rozdarty umysł. Harry z kolei jest zagubioną duszą, uwięzioną w budynku z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, ponieważ czasami to, jak umieramy, odciska piętno na tym, jak żyjemy, gdy jesteśmy już martwi.
___________________________________
~ * ~
Dom wydawał się być zupełnie innym domem, gdy niebieskooki mężczyzna pozbył się z niego wszelkich, możliwych luster, krępujących jego ruchy i wstrzymujących dech w jego płucach. Odremontował część pomieszczeń, nadając im nowego życia, odsyłając to dawne w zapomnienie – chciał zacząć wszystko od początku, niemalże od zera. W nowym miejscu, w nowym czasie, z nowymi perspektywami, wolny od wszelakich uprzedzeń i pozbawiony strachu, pętającego jego młody świat, który dotąd kreował się jedynie w ciemnych barwach. Ten dom miał być jego nowym sensem, chciał tutaj odnaleźć należyty spokój i chciał uleczyć swoją okaleczoną duszę, naznaczoną licznymi problemami, z którymi przyszło mu się borykać. Droga do sukcesu była długa i zawsze przypominała Louisowi raczej krętą ścieżkę, biegnącą pod górkę z niezliczonymi przeszkodami, które stopniowo musiał pokonywać, by ostatecznie dotrzeć tutaj – na skraj cichego i harmonijnego lasu, który miał wyciszyć jego skołatane myśli, splatające się w ciasny supeł.
Przechadzał się właśnie po piętrze budynku, ścierając z balustrady resztkę kurzu, wzbijającego się i wirującego w powietrzu niczym baletnice na deskach teatru. Korytarz był przestronny i jasny, a duże okna wpuszczały do pomieszczenia cienkie wiązki promieni słonecznych, przedzierających się przez gęste korony tutejszych drzew. Dało się słyszeć cichy śpiew ptaków, zakłócony jedynie skrzypieniem starej, ciemnej podłogi, po której szatyn stawiał odrobinę niepewne kroki. Kremowe ściany, z których gdzieniegdzie odpadał tynk, zdobiły się licznymi obrazami w ciężkich, drewnianych ramach, a framugi drzwi pokryte były cienkimi siatkami pajęczyn. Ta część domu jeszcze nie została dokładnie uprzątnięta. Wędrował wzdłuż barierki, odgradzającej schody od wolnej, niezagospodarowanej przestrzeni, zastanawiając się, od którego pomieszczenia powinien był zacząć. Na piętrze mieściły się zaledwie dwa pokoje – jeden, który niegdyś przeznaczony był dla gości, spędzających w tym budynku jedynie ulotne chwile i drugi, który stanowił pokaźnych rozmiarów sypialnię. Louis zaglądał tam tylko raz, od kiedy pojawił się w tym domu. Duża przestrzeń napawała go lękiem, a ogromnych rozmiarów łóżko, okryte starym, podartym w kilku miejscach baldachimem, wyzwalało w nim same negatywne emocje. Przystanął na moment, rozglądając się dookoła siebie. Ściany nadawały się do odmalowania, a podłoga w kilku miejscach wymagała gruntownego remontu, grożąc niemalże zawaleniem. To miejsce miało wieloletnią tradycję, a budynek ten został wzniesiony w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku i przez jego mury przewinęło się wiele rodzin, pozostawiając po sobie liczne ślady i wspomnienia. Czasami miał wrażenie, że ściany odbijają czyjś dźwięczny śmiech lub poszczególne słowa, które docierały do jego uszu, wywołując falę nieprzyjemnych dreszczy. Zdarzało się, że słyszał ciche kroki na korytarzu, podczas gdy on siedział w salonie, paląc ogień w pokaźnych rozmiarów kominku lub trzeszczenie podłogi było na tyle głośne, że wyrywało go z głębokiego snu. Za każdym razem jednak był sam – bezwzględnie sam.
Westchnął głęboko, niepewnie naciskając klamkę sporych, drewnianych drzwi, które zaskrzypiały pod wpływem delikatnego pchnięcia. Sypialnia była spora i przestronna, prawie w ogóle niezagospodarowana i nie posiadała w sobie niczego, poza starym łóżkiem z pożółkłą już pościelą oraz niewielką szafą, ustawioną w kącie pomieszczenia. Zdawała się być cicha i spokojna, jednak gdy tylko Louis stawiał pierwsze kroki na jasnej podłodze, ze ścian osunął się kolejny płat tynku, a jedna z jego stóp utkwiła między poszczególnymi deskami, krępując jego ruchy. Przełknął głośno ślinę, wyswobadzając się spomiędzy belek, a następnie przystanął na uboczu, mierząc wzrokiem pokój, w którym właśnie się znajdował. Odrobinę przybrudzone, ciemne ściany przykuwały jego uwagę przez wzgląd na to, że nigdy nie połączyłby sypialni z tak ponurymi odcieniami. Szarość przeplatana była kolejną szarością, a pożółkła pościel, która niegdyś z całą pewnością była śnieżnobiała, odbierała temu miejscu cały urok. Łóżko zaskrzypiało, gdy Louis ostrożnie przysiadł na miękkim materacu, a belki, podtrzymujące cały baldachim, pokryte były wyrzeźbionymi wzorami. Jedna kreska, druga, trzecia – wszystkie tworzyły niespotykane dotąd zdobienia. Szatyn przesuwał po nich swoimi długimi palcami, badając wnikliwie ich fakturę.
Wszystko w tym domu miało coś, co zapierało dech w piersiach, a każde pomieszczenie, jakie się tutaj znajdowało, przyciągało z niesamowitą siłą, niemalże zatrzymując człowieka w miejscu i nakazując mu tutaj pozostać. Louis chciał wierzyć, że to pozytywne i radosne wspomnienia ludzi, którzy tutaj żyli, przytrzymują go i nie chcą puścić, nadając jego światu odrobinę kolorytu i, chociaż uprzednio się tego nie spodziewał, sypialnia niemalże hipnotyzowała. Było w niej coś niezwykłego, pomimo całej tej prostoty i ciemnych odcieni. Słońce zdawało się tutaj świecić odrobinę jaśniej, a szum drzew przedzierał się przez odrobinę uchylone okno, przez które wpadały także pokłady świeżego, wiosennego powietrza. Niebieskooki na kilka chwil przymknął swoje powieki, kryjąc pod nimi błękit mądrych oczu, patrzących na świat nie tak płytko, jak patrzyli na niego inni ludzie, których umysły były w pełni oczyszczone i spokojne. Fobia, na którą cierpiał, spychała go na samo dno, ale sprawiała także, że dostrzegał o wiele więcej, potrafiąc odnaleźć sens nawet tam, gdzie go nie było. Wciągnął do płuc odrobinę powietrza, wypuszczając je z wolna, z tym charakterystycznym świstem, a chwilę później uchylił powieki, raz jeszcze mierząc pomieszczenie wzdłuż i wszerz. Na przeciwległej ścianie, tuż nad niewielką, drewnianą komodą, zwisał czarno-biały obraz, przedstawiający martwą naturę i, chociaż pozbawiony był jakichkolwiek barw, Louis widział intensywną czerwień jabłek i zieleń gruszek, które znajdowały swoje miejsce na pokaźnych rozmiarów półmisku. Uśmiechnął się sam do siebie, czując wewnętrzny spokój, emanujący z tego właśnie miejsca. Niegdyś budząca niepokój sypialnia, teraz stawała się bezpiecznym, harmonijnym azylem, w którym nie było czego się obawiać.
Wstał z miękkiego materaca, z wolna stawiając kroki, by po raz kolejny nie zarwać starej, jasnej podłogi, która skrzypiała z każdym, kolejnym ruchem szatyna, błąkającego się w tę i z powrotem. Przetarł dłonią wierzch komody, odgarniając z niej pokłady kurzu, a następnie ostrożnie uchylał puste szuflady, z nadzieją, że w każdej następnej znajdzie choć ślad dawnych mieszkańców. Pustka, zupełnie tak, jakby nikt tutaj nie mieszkał, jakby wszyscy odeszli, nie pozostawiając po sobie niczego godnego uwagi. Westchnął, czując duszącą woń kurzu, a gdy tylko odsunął się nieznacznie w tył, drzwi pomieszczenia znacząco skrzypnęły, powoli przymykając się, by za kilka chwil uderzyć o framugę, sprawiając tym samym, że Louis podskoczył, głośno przełykając ślinę. Bał się spojrzeć za siebie, bał się, że może ujrzeć kogoś obcego, kto podczas jego nieuwagi dostał się do domu, błądząc bezwiednie po poszczególnych pokojach, licząc na to, że budynek nadal jest opuszczony. Zadrżał, a jego serce na nowo zaczęło łomotać w jego klatce piersiowej, sprawiając, że momentalnie zrobiło mu się słabo, a wszystko przed jego oczyma rozmazało się, zakrzywiając otaczającą go rzeczywistość. Powoli obejrzał się za siebie, najpierw jedynie skręcając głowę, by po krótkiej chwili spojrzeć przez swoje ramię, dostrzegając spore lustro, przytwierdzone do ściany kilkoma pokaźnymi śrubami. Złota rama połyskiwała za sprawą promieni słonecznych, a szklana tafla mieniła się teraz przeróżnymi barwami, załamując cienkie wiązki padającego na nią światła. Louis od razu ukrył twarz w dłoniach, niemalże na oślep próbując przedostać się do drzwi, które teraz zdawały się być zatrzaśnięte. Kilkakrotnie szarpnął za klamkę, jednak bez żadnych rezultatów, czując, jak grunt pod jego nogami rozpływa się i pochłania go w całości. Upadł na jasną, skrzypiącą podłogę, w myślach powtarzając sobie, że to tylko złudzenie – iluzja, a świat, który nagle stanął przed jego oczyma, nie jest prawdziwy. Jego serce uderzało z taką siłą, że echo tego dźwięku rozprzestrzeniało się między szarymi ścianami pomieszczenia, a całym jego ciałem targały spazmy dreszczy, uniemożliwiając mu zaczerpnięcie pełnego oddechu. Głos uwiązł w jego gardle, podobnie jak powietrze, które z trudem wypełniało płuca, potęgując panikę, która rodziła się z chwili na chwilę coraz to silniejsza i coraz to bardziej przytłaczająca. Louis czuł, że rzeczywistość toczy z nim nierówną walkę, czuł ciepły oddech na swoim karku i delikatny dotyk na swojej porcelanowej skórze, choć był tutaj sam i, pomimo tego wszystkiego, docierały do niego także pojedyncze słowa, głośny, kobiecy krzyk i liczne kroki, rozprzestrzeniające się wokół jego osoby. Łzy swobodnie płynęły po jego policzkach, gdy niepewnie rozchylił zaciśnięte wcześniej powieki, rozglądając się chaotycznie po całej sypialni. Okno zdawało się być uchylone odrobinę szerzej, a śpiew ptaków gwałtownie ucichł, zastąpiony błogą i kojącą ciszą. Odetchnął głęboko, wciągając do płuc pokłady świeżego powietrza, stopniowo starając się uspokoić swój organizm.
Tego typu ataki nie były dla niego nowością, a wręcz przeciwnie, był do nich przyzwyczajony. Za każdym razem, gdy stawał naprzeciwko lustra, budził się w nim ogromny, nawarstwiający się strach, tłamszący go w swoich silnych objęciach. Za każdym razem widział zdeformowaną rzeczywistość i nierealistyczny świat i, pomimo tego, że wiedział, iż ma do czynienia jedynie z fikcją, mydlącą mu oczy, bał się, że pewnego dnia to wszystko zamieni się w prawdę. Pewnym ruchem ściągnął z łóżka pożółkłe prześcieradło, niechlujnie narzucając je na złote ramy szklanej tafli, by w tym momencie jedynie zakryć źródło jego największych lęków, prześladujących go od kilku lat i nie ustępujących mimo przebytych terapii. Louis nie wiedział, skąd zrodziła się jego fobia, po prostu pewnego dnia obudził się z przeświadczeniem, że po drugiej stronie lustra kryje się coś złowieszczego, coś, co nie powinno było mieć prawa bytu, a jednak tkwi zaklęte w tej odbijającej wszystko przestrzeni, prześladując go i spychając na dno samego siebie. Chwycił w drżące dłonie okrytą materiałem ramę, próbując zdjąć przedmiot ze ściany, jednak śruby trzymały się muru tak kurczowo, jakby były przytwierdzone do niego na stałe. Kilkakrotnie pociągnął lustro, słysząc jedynie, jak fragmenty tynku zderzają się z jasną podłogą, brudząc ją i jeszcze bardziej kurząc. Westchnął zrezygnowany, szczelniej okrywając szklaną taflę, a następnie opuścił pomieszczenie chwiejnym krokiem, zamykając jego drzwi raz na zawsze. Zanim jednak to zrobił, ponownie poczuł ciepły oddech, okalający jego kark i usłyszał cichy szept, coś na pokrój słów: „Nie odchodź”, brzmiących jak błagalna prośba uniknięcia odwiecznej samotności. Dwa słowa, które sprawiły, że przedramiona szatyna pokryły się gęsią skórką, a serce stanęło na ułamek sekundy, by po chwili uderzyć szybko i głośno, odbijając się echem w jego skołatanym umyśle. Tak naprawdę nigdzie się nie wybierał…
~ * ~
Noce w tym miejscu były specyficzne – chłodne, jakby obce, naznaczone jakimś dręczącym przeświadczeniem, że kiedyś wydarzyło się tutaj coś, co odcisnęło piętno na mieszkających tu ludziach. Dochodziła godzina dwudziesta druga, gdy Louis wolnym krokiem pokonywał poszczególne, drewniane schody, by ostatecznie dotrzeć do przestronnej sypialni, która przez większość czasu stanowiła jego bezpieczny azyl, jedynie późnym wieczorem przemieniając się w inne pomieszczenie, przepełnione pewnego rodzaju niepokojem. Usiadł na miękkim materacu, uprzednio upewniając się, że materiał prześcieradła nadal zakrywa szklaną taflę lustra, zawieszonego tuż niedaleko drewnianych, charakterystycznie skrzypiących drzwi. Odetchnął z ulgą, wsuwając się pod ciepłą pościel, by po chwili okryć się nią, mierząc wzrokiem popękany gdzieniegdzie sufit.
Na dworze wiał silny wiatr, przedostając się do pomieszczenia przez nieznacznie uchylone okno, sprawiając tym samym, że ciało szatyna od czasu do czasu drżało, nieszczelnie okryte puszystą pościelą. Świst na zewnątrz wprowadzał go w melancholijny nastrój, a ciemna noc, rozświetlona jedynie blaskiem księżyca w pełni, skłaniała go do licznych refleksji. Westchnął głęboko, na kilka chwil przymykając swoje zmęczone powieki, pod którymi tłoczyły się przeróżne obrazy. Cały dzień przemknął mu w pamięci, każde wspomnienie i każda chwila, spędzona w tym starym domu dopiero teraz nabierała należytego sensu. Wciągnął do płuc pokłady chłodnego, świeżego powietrza, nieznacznie przekręcając się na bok, by móc obserwować przytłaczającą, ciemną noc.
Księżyc zwisał na niebie w asyście licznych gwiazd, migocących na niemalże czarnej tafli, niezasnutej żadną, choćby najmniejszą chmurką. Wysokie drzewa kołysały się wraz z porywistym wiatrem, a liście wirowały w powietrzu, zdobiąc świat swoimi barwami. Louis obserwował, jak korony składają pokłon ziemi, a poszczególne gałęzie wyginają się w łuk, poddając się sile poszczególnych podmuchów. Wszystko to wyglądało majestatycznie – zupełnie tak, jakby świat walczył z żywiołem, tocząc z nim nierówną walkę. Z daleka dało się słyszeć, jak wiatr ten porywa w swoje ramiona ustawioną na dworze drewnianą ławkę, kołysząc nią raz w przód, raz w tył, wywołując to charakterystyczne skrzypienie, przyprawiające człowieka o ciarki na całym ciele. Szatyn odetchnął głęboko, odgarniając z czoła niesforne kosmyki swoich jasnych włosów. Wskazówki zegara, ustawionego na niewielkim stoliku tuż obok łóżka, przesuwały się z wolna, ustawiając się na dwudziestej drugiej trzydzieści. Świat tonął w ciemnościach.
Niebieskooki kulił się pod ciepłą pierzyną, sporadycznie układając się wygodniej na miękkiej poduszce. Jego powieki niemiłosiernie ciążyły, jednak mimo wszystko nie mógł zasnąć, dręczony jakimś niepokojącym przeczuciem. Chłód zapanował w sypialni, sprawiając, że jego ciało momentalnie pokryło się gęsią skórką, a jedyne źródło ciepła stanowił jego urwany oddech, odbijający się od miękkiej kołdry. Jeden wdech, drugi, trzeci. Świat wirował pod jego powiekami, a coś pokroju strachu nie pozwalało mu uchylić ich ani na krótką chwilę. Wokół niego panowała niczym niezmącona cisza, dało się tylko słyszeć harmonijne tykanie zegara, stojącego na stoliku tuż obok niego. Baldachim kołysał się wraz z podmuchami wiatru, przedostającymi się do wnętrza pokoju, a serce Louisa z każdą chwilą uderzało coraz mocniej i szybciej, wygrywając dobrze znaną mu melodię. Po raz pierwszy, odkąd pojawił się w tym domu, czuł się tak sparaliżowany strachem, tak bardzo stłamszony niepokojem, rodzącym się z chwili na chwilę i rosnącym w siłę w zastraszająco szybkim tempie.
Dwudziesta druga czterdzieści dwie. Tykanie zegara nagle ustało, a prześcieradło, dotąd zasłaniające szklaną taflę lustra, opadło na ziemię, rozkładając się na jasnej podłodze. Louis usiadł na łóżku, niepewnie rozglądając się dookoła. Wszystko zdawało się być takie samo, komoda nadal zdobiła ścianę naprzeciwko niego, a lustro odbijało uginające się na dworze drzewa. Ciszę i spokój mąciło jedynie jego przyspieszone bicie serca. Chwycił się za klatkę piersiową, starając się ustabilizować swój nierówny oddech, a następnie niepewnie wstał z łóżka, z wolna stąpając po skrzypiącej, chropowatej podłodze. Drzazgi wbijały mu się w stopy, gdy szedł z nogi na nogę w kierunku leżącego na ziemi materiału, by po raz kolejny zarzucić go na szklaną taflę, tym samym unikając niepotrzebnej konfrontacji ze swoim własnym odbiciem. Lustro jedynie fragmentarycznie zasłoniło się pożółkłym prześcieradłem, częściowo obijając cień, przemieszczający się spokojnie tuż za niebieskookim mężczyzną.
Louis spiął się, czując ponownie ten sam ciepły oddech, który czuł jakiś czas temu. Jego myśli podpowiadały mu, by czym prędzej stąd uciekał, jednak jakaś wewnętrzna siła trzymała go kurczowo w tym miejscu sypialni, nakłaniając go nawet do uniesienia głowy odrobinę wzwyż. Fragment lustra odbijał sporych rozmiarów okno, które uchylało się i zamykało na zmianę, niby gnane silnymi podmuchami wiatru, niby spokojnie kołyszące się to w przód, to w tył. Szatyn niepewnie wpatrywał się w szklaną taflę przed sobą, dostrzegając deformujący się świat. Cień poruszał się po jasnej podłodze, harmonijnie sunąc wokół niebieskookiego, unosząc się i ponownie opadając, krążąc wokół niego i odbiegając jak najdalej, w najciemniejszy kąt sypialni, by skryć się w ciemnościach. Lustro połyskiwało, rozświetlane blaskiem księżyca w pełni, a Louis stał na chłodnej, jasnej podłodze, czując, jak jego nogi drżą od nadmiaru kumulujących się w nim emocji. Serce uderzało raz za razem, dłonie pociły się niemiłosiernie, a ciepły oddech potęgował się na jego karku, sprawiając, że ponownie musiał przymknąć swoje powieki.
Ktoś tu był. Niebieskooki mężczyzna wyczuwał czyjąś obecność, która niemalże go paraliżowała. Obecność kogoś nie z tego świata – obecność jakiejś zbłąkanej, zagubionej ludzkiej duszy, pałętającej się bezwiednie po świecie, który już do niej nie należał. Przez ułamek sekundy miał nieodparte wrażenie, że ktoś z całych sił ściska jego nadgarstek, desperacko ciągnąc go bliżej szklanej tafli lustra, jakby to właśnie tam znajdowała się odpowiedź na wszystkie pytania, jakie przepłynęły przez skołatany umysł Louisa. Postawił krok naprzód, choć nie miał pewności, czy zrobił to z własnej, nieprzymuszonej woli. Coś pchnęło go do przodu, coś sprawiło, że serce zwolniło tempa, a oddech unormował się, wprawiając klatkę piersiową w spokojny, kojący rytm. Uchylił powieki, spoglądając zamglonym, niebieskim spojrzeniem w odsłonięty fragment lustra i wtedy ujrzał go po raz kolejny. Ten sam chłopak, którego dostrzegł wcześniej w przedpokoju. Ta sama osoba, która siedziała na starym, wygodnym fotelu, opierając się plecami o jego wezgłowie. Upadł na jasną podłogę, chowając twarz w dłoniach.
Głośny krzyk rozdarł ciszę nocy. Krzyk dobiegający z wnętrza tego budynku, głosy odbijające się echem od tutejszych ścian. Louis czuł się tak, jakby budynek zatrząsł się od nadmiaru kumulujących się w nim emocji. Podniesione ludzkie tony przeplatały się ze sobą, raz na zawsze burząc stworzoną wokół harmonię. Jeden głos, drugi, trzeci – kobiece i męskie, męskie i kobiece. Jeden za drugim, powtarzający jak mantrę słowa jakiejś modlitwy – podniosłej i smutnej, jakby żałobnej, jakby pozbawionej woli życia. Cicha melodia, płynąca z czyichś ust i tlący się gdzieś w oddali płomień świecy, który szatyn dostrzegał nawet przez zaciśnięte powieki. Jego blask był tak jasny, że rozciął ciemność wokół, przebijając się przez mrok, jakby tłamsząc go w swoich objęciach. Upływające życie, ustępujące śmierci.
Ten charakterystyczny zapach dymu, rozprzestrzeniający się wokół niego i z wolna przygasający płomień, kołyszący się jakby za sprawą silnych podmuchów wiatru – Louis czuł to wszystko, czuł to tak dokładnie, jakby uczestniczył w tym, co wydarzyło się niegdyś w tym pomieszczeniu. Nadal siedział na chłodnej, jasnej podłodze, nadal zaciskał powieki, przysłaniając twarz drżącymi rękoma, a jednak już go tutaj nie było. Czuł się jak marionetka w teatrze życia, sterowana kilkoma sznurkami, by odgrywać wyznaczoną i wcześniej spisaną rolę. Głosy cichły, krzyki gasły, blask umierał pośród mroku i jedyne, co docierało do jego skołowanego umysłu, to słowa – błagalna pieśń dogasającego życia, umierającego świata, przeistaczającego się w marny pył, po którym z czasem zaginie pamięć. Po którym z czasem nie zostanie nic, prócz blaknących i ulatniających się wspomnień.
Szybsze uderzenie serca wyrwało go z letargu, to charakterystyczne bicie rozniosło się echem, odbijając się od szarych ścian sypialni, a on otworzył pewnie swoje oczy, kilkakrotnie mrugając, by odzyskać ostrość widzenia. Jego dłonie krwawiły, naznaczone licznymi drzazgami, a jasna podłoga gdzieniegdzie przesiąkała szkarłatną krwią. Przez okno wpadały pokłady chłodnego, nocnego powietrza, podczas gdy Louis podniósł się na chwiejnych nogach, zarzucając materiał prześcieradła na odsłoniętą część lustra. Cokolwiek stało się w tym domu, pamięć o tym wydarzeniu nie zginęła, nie umarła do końca, a wręcz przeciwnie – tliła się jak iskra, gotowa na nowo wzniecić pożar.
Sam nie wiedział, jakim cudem ponownie dotarł do łóżka, jednak gdy narzucał na siebie jasną pierzynę, czuł się spokojny i w pełni wyciszony, jakby tkwiąca tutaj historia nie niosła za sobą niczego złowieszczego, jakby chłopak, którego widywał, był jego ostoją, a nie śmiertelnym wrogiem, zagrażającym jego życiu.
Spectrofobia stawała się jego azylem i dopiero, gdy uciekał w tę chorobę, odnajdywał samego siebie. I nawet nie zdawał sobie sprawy, że kłamstwo już zawładnęło jego światem.
Dwudziesta druga czterdzieści dwie.
~ * ~
Louis siedział na drewnianej ławce, kołysząc się to w przód, to w tył, wsłuchując się w głośne skrzypienie poszczególnych desek, gdy odpychał się stopami od krótko przystrzyżonej, zielonej trawy. Westchnął głęboko, wnikliwie przyglądając się staremu domowi, w którym mieszkał już kilka długich tygodni. Czas zdawał się przepływać mu przez palce, a wszystko to, co działo się dookoła niego, sprawiało, że tracił rachubę.
Tynk odpadał z zewnętrznych ścian, jednak to zdawało mu się nie przeszkadzać, podobnie, jak wyblakła, czerwona dachówka, pokrywająca sporą przestrzeń. Dopiero teraz, gdy znalazł chwilę, by odetchnąć świeżym, wiosennym powietrzem, miał czas, by przyjrzeć się uważnie temu budynkowi. Było w nim coś, co hipnotyzowało i niewątpliwie nie był to sam wygląd, czy pochodząca z ubiegłego wieku masywna konstrukcja, opierająca się na zdobionych filarach, które stanowiły podporę dla starych, poszarzałych już murów. Kryło się za tym coś więcej – czyjeś historie, czyjeś życia i liczne wspomnienia, przewijające się pomiędzy poszczególnymi pomieszczeniami, odbijając się echem podczas długich, chłodnych nocy. Louis wiedział, że niegdyś stało się tutaj coś, co odcisnęło znaczące piętno na tutejszych domownikach, a być może zapisało się na kartach historii w sposób, którego nie był w stanie sobie uzmysłowić. Każda opowieść ma jednak swój początek i swój koniec, a skoro szatyn był w tym miejscu, nie mógł bać się poznać prawdy, która pętała jego schorowany umysł.
Oparł się wygodnie na miękkiej poduszce, układając głowę na ostatniej belce ławki, nadal odpychając się stopami od twardego podłoża. Wiatr poruszał drzewami, uginając ich gałązki i wprawiając w ruch soczysto zielone liście, które wirowały w powietrzu, by z czasem opaść na ziemię. Dom wydawał się być cichy i spokojny, jednak gdy tylko niebieskooki zmierzył go wzrokiem, przemieniał się w twierdzę dawnych wspomnień, tłamsząc między swoimi murami coś, co ewidentnie pragnęło wolności. Spojrzał kątem oka na uchylone okno sypialni, w której każdej nocy rozgrywało się swoistego rodzaju piekło – próba sił i wytrzymałości, desperacka próba walki z fobią, która niczego mu nie ułatwiała. Za każdym razem, gdy blask księżyca załamywał się w szybie, a zegar wybijał dokładnie godzinę dwudziestą drugą czterdzieści dwie, po czym stawał, jakby był zaklęty, opadała kotara, przysłaniająca szklaną taflę lustra.
To było jak rytuał, jak odwieczne postanowienie siły wyższych i za każdym razem Louis walczył sam ze sobą, by nie ujrzeć zdeformowanego świata, zakrzywionego życia, które mieniło się w lustrze, fragmentarycznie ukazując rzeczywistość, która nigdy nie istniała. Tkwiła tam zaklęta magia, zaklęta przeszłość, rozcinająca teraźniejszość niczym ostrym nożem, cofając bieg czasu i zatrzymując się gdzieś tam – w tym jednym, jedynym punkcie, którego niebieskooki nie potrafił do końca zrozumieć. Westchnął głęboko, zapatrując się w uchylone okno sypialni. Baldachim, zawieszony nad łóżkiem, kołysał się pod wpływem delikatnych podmuchów wiatru, a otulone prześcieradłem lustro kryło tajemniczy świat.
Niechętnie podniósł się z ławki, kierując się w stronę drzwi budynku. Białe framugi odznaczały się na przybrudzonym, szarym murze, a podłoga trzeszczała pod jego stopami, gdy przekraczał próg, wchodząc do niewielkiego przedpokoju, by po chwili skierować się schodami w górę, prowadzony jakimś charakterystycznym, dusząco słodkim zapachem. Szedł z wolna, rozglądając się to na prawo, to na lewo, w obawie przed kimś lub przed czymś, jednak po raz kolejny był w tym domu sam, a samotność sprawiała, że jego umysł tworzył swoistego rodzaju iluzję. Przeszedł się długim, niezagospodarowanym korytarzem, przesuwając dłonią po drewnianej barierce, dzielącej go od parteru. Wszystko tutaj było spokojne, jakby uśpione, śniące błogie sny. Podłoga nadal trzeszczała, a szelest ten wprowadzał Louisa w swojego rodzaju harmonię. Przymknął na kilka chwil swoje powieki, chowając pod nimi błękit swoich oczu. Z zamyślenia wyrwał go piorun, rozcinający pociemniałe niebo.
Blask odbił się wewnątrz budynku, a trzask łamanego na dworze drzewa był tak głośny, że niebieskooki od razu podszedł do okiennej szyby, obserwując wszystko to, co działo się na zewnątrz. Dotąd krystalicznie czyste niebo zasnuło się ciemnymi, burzowymi chmurami, a jego tafla od czasu do czasu rozświetlana była błyskawicami, stanowiącymi jedyne źródło światła. Gałęzie kołysały się za sprawą gwałtownych podmuchów wiatru, który zerwał się zupełnie niespodziewanie, jakby przyszedł z daleka, siejąc za sobą spustoszenie. Jego głośny świst odbijał się w uszach szatyna, wygrywając melodię potęgującej się burzy. Z oddali dało się wyczuć nadciągający deszcz. Powietrze przesiąknięte było jego charakterystycznym zapachem, a kilka chwil później te drobne krople zaczęły stukać w wypłowiałe, czerwone dachówki domu, spływając na ziemię i lokując się na krótko przystrzyżonej, zielonej trawie. Jedna kropla, druga, trzecia – Louis stał przy oknie i obserwował, jak dotąd spokojny świat przemienia się w ruinę.
Kałuże formowały się na suchej dotąd ziemi, a pioruny raz po raz rozrywały połać ciemnogranatowego nieba i gdy jeden z nich rozświetlił właśnie ciemne sklepienie, Louis odsunął się gwałtownie od szyby, dostrzegając w niej coś niepokojącego. Potrząsnął głową, raz jeszcze podchodząc odrobinę bliżej, a gdy tylko wyjrzał przez okno, ujrzał miliony małych luster, rozpościerających się na zielonej trawie. Kałuże, a w nich zaklęta ludzka dusza, ta sama, którą szatyn widywał niemalże od pierwszego dnia, gdy przekroczył próg tego budynku. Ten sam chłopak – młody, jakby wyjęty z minionej już epoki. Ten sam chłopak – tak bezwzględnie samotny.
Trzask odpadającego tynku sprawił, że szatyn pewnym krokiem skierował się za źródłem dźwięku, niepewnie uchylając drzwi sypialni, jednak gdy już to uczynił, od razu uderzył go silny, słodki zapach kwiatów, swobodnie leżących na jasnej podłodze. Białe pąki tonęły w tafli wody, która najprawdopodobniej wdarła się do środka przez otwarte na oścież okno. Jaśmin.
Niebieskooki mężczyzna na drżących nogach stawiał chwiejne kroki, by po chwili unieść jeden z kwiatów, wnikliwie mu się przyglądając. Kojarzył te rośliny, kwitły nieopodal piaszczystej ścieżki, prowadzącej do jego bezpiecznego azylu. Pamiętał ten zapach, gdy mknął samochodem, a woń ta rozprzestrzeniała się w powietrzu, docierając do jego nozdrzy. Nie rozumiał jednak, skąd kwiaty te wzięły się tutaj, podczas szalejącej na dworze burzy, gdy nikt rozsądny nie puściłby się w tak odległą podróż, by wnieść je do budynku, rozkładając na jasnej podłodze jego sypialni. Obracał w palcach delikatne, białe płatki, czując tę charakterystyczną, słodko duszącą woń.
Woda chlupała pod jego bosymi stopami, gdy szedł z wolna w głąb pomieszczenia, rozglądając się na boki. Baldachim kołysał się za sprawą wiatru, a okno uchylało się i przymykało na zmianę, strącając z lustra pożółkły materiał prześcieradła, by Louis po raz kolejny stoczył walkę z sobą samym. Czuł, jak kotara opada na ziemię, czuł narastający w nim strach i to przeczucie, że po raz kolejny wydarzy się tutaj coś, co odciśnie ślad w jego pamięci. Przystanął na moment, wpatrując się w ciemnogranatowe niebo, rozświetlane blaskiem błyskawic i gdy kolejna z nich rozcięła horyzont, złota rama, przykuta do ściany kilkoma śrubami, opadła na jasną podłogę, zderzając się z nią z przeszywającym na wskroś hukiem. Niebieskooki odwrócił głowę, spodziewając się, że tafla lustra roztrzaska się na miliony drobnych kawałeczków, jednak nic bardziej mylnego – wyszła z tego bez najmniejszego szwanku. Szkło odbijało popękany gdzieniegdzie sufit, po którym mknął ten sam cień, który szatyn widywał już kilkakrotnie. Wił się między odpadającym tynkiem, przesuwał się po ciemnej, szarej ścianie, by ostatecznie ułożyć się na podłodze, tonąc w asyście białych pąków kwiatów.
„Nie odchodź”. Znów ten sam cichy szept, znów to napięcie i nuta niepewności, piętrząca się wokół niebieskookiego mężczyzny. Znów ten chłód i obcość, czyjaś obecność, naznaczona piętnem utraconej przeszłości. Te same wzniosłe emocje, to samo przyspieszone kołatanie serca. I odbicie młodego chłopaka w szklanej tafli lustra. Jego wychudzona, młoda twarz, wychylająca się zza ramienia Louisa, stojącego i wpatrującego się w szkło w złotej ramie – zupełnie zahipnotyzowanego.
Wątłe, lodowate palce owinęły się ciasno wokół jego nadgarstka, a ciepły oddech koił jego zszargane myśli, splatające się ze sobą w ciasny supeł. Stał nad lustrem i z zapartym tchem obserwował, jak obcy cień kogoś martwego otula go w swoich ramionach, przyciągając go do siebie, jakby w desperackiej prośbie o to, by pozostał z nim już na zawsze.
„Zostań”. Kolejny szept, wypowiedziany drżącym tonem, jakby rozpływającym się w przestrzeni wokół jego osoby. Martwe, zamglone tęczówki, przypominające Louisowi dwa oszlifowane szmaragdy, wpatrywały się w niego, a sina skóra i spękane, pełne wargi zdawały się być niczym magnesy – przyciągające, kuszące, sprawiające wrażenie, że człowiek zatraca się w nich bezpowrotnie.
Odsunął się gwałtownie, czując pod swoimi stopami jeszcze więcej chłodnej wody, a następnie narzucił pożółkłe prześcieradło na szklaną taflę lustra, przerywając wszystko to, co rozegrało się wokół niego. Ucichł szept, deszcz za oknem przestał uderzać w wypłowiałą, czerwoną dachówkę, a on ponownie poczuł się bezpiecznie. I jedyne, co pozostało po wspomnieniu z przeszłości, to purpurowy ślad na jego nadgarstku – długie, wątłe palce, kurczowo trzymające go przy sobie.
~ * ~
Księżyc śnił błogie sny, otulony kilkoma ciemnymi chmurami, a gwiazdy migotały na odsłoniętej, ciemnogranatowej połaci, tworząc niespotykane konstelacje. Wiatr ustał, jedynie delikatne jego podmuchy wprawiały w ruch pozbawione liści gałęzie, które rzucały cienie na jasną podłogę sypialni. Deszcz stukał cichutko w wypłowiałą dachówkę, zraszając zieloną trawę, tworząc na niej pokaźnych rozmiarów kałuże.
Louis stał naprzeciwko zasłoniętego jeszcze lustra, ściskając w drżących dłoniach zegarek, tykający znacząco, którego wskazówki przesuwały się z wolna do przodu, wskazując dokładnie dwudziestą drugą czterdzieści. Pozostały mu jeszcze tylko dwie minuty.
Jego serce biło przyspieszonym rytmem, a całe ciało spinało się w obawie przed tym, co go czekało. Chciał wreszcie poznać prawdę, chciał dowiedzieć się, kim jest chłopak, pojawiający się w murach tego budynku i jaka przeszłość jest z nim związana. Przełknął głośno ślinę, wpatrując się beznamiętnym wzrokiem w jedną z głównych wskazówek, sunącą do przodu coraz to szybciej. Miał wrażenie, że wszystko wokół niego zwalnia, zatrzymuje się, a on sam znajduje się w pewnego rodzaju próżni – pozbawiony wszystkiego tego, co ludzkie i ówczesne, zupełnie tak, jakby stawiał krok w tył, brnąc w zamierzchłą już przeszłość. Czuł, jak tabuny kurzu wzbijają się w powietrze, jak przestrzeń wokół niego przeobraża się w zupełnie inną – chłodną i obcą. Wyczuwał silny zapach kwiatów, tych samych, które znalazł tamtego dnia na podłodze sypialni i, choć teraz nigdzie ich nie było, ich woń koiła jego zszargane nerwy. Płomień świecy zapłonął tuż obok niego, gdy zegar wybił dokładnie dwudziestą drugą czterdzieści dwie, po czym ucichł i zatrzymał się, a kotara, przysłaniająca złotą ramę lustra, opadła gwałtownie na ziemię, ukazując mu jego oblicze.
Uniósł głowę ku górze, spoglądając na swoje własne odbicie – nie widząc już nikogo obcego i złowrogiego, życzącego mu jedynie śmierci. Widział siebie, swoje jasne, nieco dłuższe włosy, opadające swobodnie na czoło i swoje niebieskie tęczówki, lśniące jasnym blaskiem. Uniósł dłoń w górę, śledząc ruchy samego siebie, odwzajemniane przez postać, stojącą naprzeciwko niego i dopiero po dłuższej chwili zauważył ten sam cień, przysuwający się coraz bliżej niego. Szklana tafla odbijała mknącą za nim osobę – niewyraźną, niepewną, jakby przestraszoną, by dopiero za kilka chwil Louis mógł ujrzeć tego samego chłopaka, który błąkał się między murami tego domu, szukając ukojenia i towarzysza w samotności.
Podłoga pod jego stopami zadrżała, gdy martwa dłoń układała się na jego ramieniu, po chwili wskazując ich odbicie w lustrze. Niebieskookiego mężczyzny już tam nie było. W miejscu, w którym powinno znajdować się jego własne odbicie, stał młody chłopak, którego szmaragdowe tęczówki zasnuwała gęsta i nieprzenikniona mgła. Jego dusza zaklęta była w tej szklanej tafli, a on nie potrafił stąd odejść.
Sypialnia stała się na moment cicha i spokojna, by za chwile przemienić się w pole odległych wydarzeń, rozgrywających się właśnie w tym domu. Louis przepadł, mrok zdawał się być jeszcze głębszy i nieodgadniony, gdy jego wzrok utkwiony był w lustrze – w młodym, martwym chłopaku, który zaledwie jednym skinieniem dłoni przeniósł go do swojego świata, ukazując mu dogasające niegdyś życie.
Wiosna, 1850 roku…
Ciemnowłosa kobieta siedziała przy łóżku młodego chłopaka, którego ciało targane było spazmami dreszczy, a oddech wiązł mu w gardle za każdym razem, gdy starał się złapać wdech, wciągając do płuc pokłady świeżego powietrza, przesiąkniętego zapachem deszczu. Opierała dłoń na miękkiej poduszce, co chwile poprawiając ją pod jego bezwładną głową, która opadała w dół, gdy tylko podnosiła ją, by ułożyć go wygodniej na posłaniu. Wokół nich unosiła się dusząca woń śmierci, czyhającej w każdym kącie tego pomieszczenia.
Za oknem padał rzęsisty deszcz, uderzając żwawo w czerwoną dachówkę, by po chwili zsunąć się po niej, tworząc na podwórzu sporych rozmiarów kałuże. Drzewa gięły się pod wpływem silnych podmuchów wiatru, które raz po raz uchylały okno, trzaskając nim o ciemną, szarą ścianę, a jasne łuny, tworzone przez błyskawice, cięły niebo niczym ostre noże, rozrywając je niemalże na strzępy. Świst powietrza odbijał się w uszach zgromadzonych domowników, którzy krążyli po dość sporej sypialni, ustawiając się jeden przy drugim. Młody chłopak zachłysnął się zbyt szybko wciągniętym powietrzem.
- Anne… - cichy głos mężczyzny sprawił, że ciemnowłosa kobieta odwróciła wzrok od sinej twarzy młodzieńca, spoglądając na jednego ze zgromadzonych. – Rozumiem, że jest Ci strasznie ciężko – zaczął, podchodząc do niej, by odciągnąć ją nieznacznie w tył, sprawiając tym samym, że ta usiadła na podłodze niedaleko łóżka, kątem oka bacznie przyglądając się zielonookiemu, który raz za razem krztusił się powietrzem, wiążącym jego płuca w ciasny, nierozerwalny supeł. – Wiesz, że śmierci nie można przeszkadzać – dodał stonowanym głosem, ostrożnie pocierając dłonią jej ramię. Chłopak umierał, jej syn umierał, choć liczył sobie zaledwie szesnaście wiosen.
Śmierci nie można przeszkadzać, powtórzyła w swoich myślach, doskonale zdając sobie sprawę z przebiegu wiejskich obrzędów. Nie mogła go dotknąć, nie mogła nad nim zapłakać, nie mogła zrobić niczego, co zatrzymałoby jego duszę na tym świecie, gdy ta opuści już jego słabe i kruche ciało. Była świadoma tego, że nie może wyrwać Harry’ego z objęć nieczułej śmierci, której oddech czuła na swoim karku coraz silniej, coraz bardziej.
Jeden wdech, drugi, trzeci. Patrzyła na jego wychudzoną twarz, wykrzywioną grymasem potwornego bólu, gdy jego klatka piersiowa zapadała się, pozbawiona dopływu tlenu. Zapalenie płuc. Jeden niefortunny wypadek sprawił, że szesnastolatek żegnał się z ziemskim życiem, a jego bliscy musieli stanąć nad jego trzęsącym się ciałem. Zegar wybił godzinę dwudziestą drugą, piorun przeciął niebo, skupiając uwagę wszystkich domowników na łamiącym się drzewie, którego gałąź upadła na ziemię, zdzierając ze ścian budynku pokłady tynku. Mężczyzna wyjrzał przez okno, szacując w głowie wszelkie poczynione straty, po czym na nowo zerknął na swojego syna, płonącego w objęciach śmierci.
Harry przepadał z chwili na chwilę, niemalże z minuty na minutę tracąc oddech i tracąc samego siebie. Nie wiedział, co dzieje się dookoła niego, nie był w stanie skupić swoich myśli, a jedyne, co przyswajał, to nawarstwiające się pokłady bólu, toczącego jego klatkę piersiową. Miał wrażenie, że ciężki, ogromny głaz przygniata jego płuca, odcinając mu dopływ świeżego, rześkiego powietrza, przedzierającego się przez uchylone okno. Zakrztusił się po raz kolejny, chowając twarz w miękkiej poduszce. Jego ciało było sine, przez cienką skórę przebijały się poszczególne żyły, a szmaragdowe tęczówki zachodziły mgłą, jakby to właśnie przez nie ulatniała się jego schorowana dusza. Ciemne loki opadły bezwładnie na jasną pościel, przysłaniając jego spocone czoło.
- Zapal – powiedział niski, starszy już mężczyzna, podając ojcu chłopaka pokaźnych rozmiarów gromnicę, by ten zapalił jej knot, podając ją Harry’emu. Jak głosiły dawne przekazy, w rękach umierającego musiała spocząć świeca, rozświetlająca mu drogę do nieba. Anne zapłakała cicho, obserwując z odległości, jak jej jedyny syn ściska ją w swoich drżących dłoniach, od czasu do czasu opuszczając ją na miękką pościel, nie będąc w stanie znieść jej ciężaru. Płomień tlił się jasnym blaskiem, podczas gdy w pomieszczeniu panowała nieprzenikniona ciemność, kryjąca okrutne oblicze nadchodzącej skądś śmierci.
Mężczyzna podszedł do ciemnowłosej, opierając dłonie na jej drżących ramionach, gdy ta tłumiła w sobie szloch, tracąc jedno z ukochany dzieci. Ich córka stała na uboczu, opierając się o framugę drzwi, nie mogąc przebywać w obecności Harry’ego, który znaczył dla niej tak wiele. Ledwo powstrzymywała łzy, które swobodnie płynęły po zaczerwienionych policzkach, odwracając wzrok za każdym razem, gdy chłopak z trudem wciągał do płuc powietrze. Jeden świst, drugi, trzeci.
Urwany oddech, opadające ciężko powieki, kryjące pod sobą zamglone, zielone tęczówki. Jedna chwila, zaledwie ułamek sekundy pozbawił go życia raz, na zawsze. Anne poderwała się na równe nogi, chcąc podbiec do niego, chcąc ocalić go od niechybnej śmierci, która już tuliła go w swoich ramionach, unosząc bezwładne ciało ku górze, by zabrać je jak najdalej od tego miejsca, prowadząc świetlną drogą na odległe łany, gdzie miał rozpocząć kolejną podróż. Gemma opuściła pomieszczenie, trzaskając drzwiami, by odbyć żałobę na swój własny sposób, z dala od przesądów, z dala od tych wszystkich obrzędów, które dopiero miały się rozpocząć.
- Zasłońcie lustra – szepnął mąż ciemnowłosej kobiety, obracając się w kierunku pozostałych domowników, jednocześnie nadal obejmując Anne, która klęczała przy łóżku swojego martwego dziecka. Jego blada twarz wyrażała niepokój, a pełne usta stawały się coraz bardziej sine i spierzchnięte. Kilka osób zeszło pewnym krokiem po schodach, przysłaniając czarnym materiałem wszystkie szklane tafle, znajdujące się w tym domu, by zagubiona i zbłąkana dusza nie pozostała tutaj na zawsze, nie zaznając należytego jej spokoju. Dziadek chłopaka wyszedł na zewnątrz, przemykając między kałużami, które również stanowiły swoistego rodzaju lustra, podkopując każdą z nich grubą warstwą ziemi, aby nie dopuścić do tego, by jego wnuczek pozostał tu na zawsze. Odbicie więziło i krępowało duszę na tym świecie, który nie był już dla niej pisany, który nie należał już do niej – Harry musiał odejść, niezależnie od tego, że wszyscy chcieli, by nadal żył wśród nich.
Jego ojciec ułożył na środku sypialni dwa drewniane, stare krzesła, rozkładając na nich długie, dość szerokie deski, podczas gdy kobieta zatrzymała zegar na godzinie dwudziestej drugiej czterdzieści dwie – dokładnie w momencie, gdy jej syn umarł, nie będąc w stanie nawet się z nimi pożegnać. W pomieszczeniu panowała grobowa atmosfera, podłoga trzeszczała za każdym razem, gdy mężczyzna stąpał po niej, szurając krzesłami, by ustawić je w odpowiedniej odległości. Przetarł wierzchem dłoni odrobinę zakurzone deski, rozkładając na nim białe prześcieradło, które opadło po obu stronach na ziemię, przykrywając ją swoim materiałem.
- Odsuń się, Anne – szepnął do niej, ostrożnie odciągając ją w tył, by ta stanęła tuż obok swojej matki, która uważnie czuwała nad przebiegiem obrzędu. Musiał przenieść ciało zmarłego Harry’ego, musiał wziąć go w swoje drżące objęcia i gdy tylko pochwycił go w swoje ramiona, jego głowa bezwładnie opadła w dół, a ręce swobodnie zwisały po obu stronach jego ciała. Wyglądał tak krucho i słabo, tak delikatnie, że kobieta miała wrażenie, iż jeden, nieostrożny ruch go złamie. Odwróciła wzrok, gdy jej mąż układał zielonookiego na chłodnych, chropowatych deskach, odgarniając z jego czoła ciemne pukle loków, jednocześnie rozbierając go z ubrań, w których umierał, by po chwili nasunąć na niego specjalnie przygotowany strój. Kobieta uniosła jego plecy, pomagając mężowi z włożeniem marynarki na jego skostniałe ciało – sine i przerażająco blade, zmieniające się niemalże z chwili na chwilę. Harry utracił swój dawny urok. Kąciki jego ust już nigdy nie miały unieść się ku górze, a na jego policzkach już nigdy nie miały zagościć te dwa, charakterystyczne dołeczki, które pojawiały się, gdy ten był naprawdę szczęśliwy.
Siwowłosa kobieta podeszła do swojej córki, wciskając w jej dłonie dwie monety, które ta niepewnie ułożyła na oczach swojego dziecka, by nikt, już nigdy nie mógł w nie spojrzeć. Konfrontacja ze zmarłym ściągała na dom śmierć – każdy, kto spojrzał w oczy nieboszczyka niechybnie umierał, toczony ciężką chorobą. Anne obserwowała jego porcelanową skórę, raz jeszcze poprawiając mankiety jego białej koszuli, po chwili odchodząc kawałek dalej, na nowo odpalając jego gromnicę. Świeca spoczęła na stojaku tuż obok desek, rozświetlając ciemność smutnej nocy, przesiąkniętej zapachem śmierci i bólem ludzkiej straty.
Harry nie zasłużył na śmierć. Był młodym, radosnym chłopakiem, przed którym przyszłość stała otworem, a tymczasem leżał martwy na deskach, rozpostartych pomiędzy dwoma drewnianymi krzesłami, a jego klatka nie unosiła się ani odrobinę ku górze. Anne nie mogła pogodzić się z tą stratą. Jej szesnastoletnie dziecko nie żyło, a ona już dłużej nie mogła powstrzymać szlochu, który wyrwał się z jej ust, dając jej swoistego rodzaju ukojenie. Stanęła nad martwym chłopakiem, ujmując jego lodowatą dłoń, odrobinę ściskając ją w swojej.
- Synku… - powiedziała cicho, nachylając się nad nim, by złożyć krótki pocałunek na jego sinym policzku. Nie wyobrażała sobie takiego zakończenia, nie mogła uwierzyć, że tej nocy, dokładnie o dwudziestej drugiej czterdzieści dwie, jego serce stanęło, nie wybijając już tego charakterystycznego rytmu, który zawsze ją cieszył, który zawsze sprawiał, że była najszczęśliwszą osobą, stąpającą po tym świecie. Teraz patrzyła na zupełnie obcego człowieka – odległego, chłodnego, z oczyma przysłoniętymi ciężkimi monetami, który już do niej nie należał. Gromnica płonęła tuż przy jego głowie, pokrytej gęstymi, ciemnymi lokami, podczas gdy właśnie rozpoczynało się trzydniowe czuwanie nad jego martwym ciałem.
Każdego dnia pojawiał się ktoś nowy, każdego dnia przychodził ktoś, kto chciał się z nim pożegnać. Wieńce kwiatów spoczywały na podłodze, a woń białych jaśminów unosiła się w powietrzu, docierając do nozdrzy ciemnowłosej kobiety, która czuwała przy nim niemalże przez cały czas, modląc się o cud, który nigdy nie miał nastać. Harry z dnia na dzień wyglądał coraz słabiej, jego skóra robiła się jeszcze bardziej sina, a ciało puchło za sprawą padającego na dworze deszczu. W sypialni płonęły świecie, a gdy tylko dogasały, domownicy zapalali kolejne, by przez cały czas utrzymać jasność w pomieszczeniu, która miała symbolizować jego drogę w zaświaty. Nie mogła zapaść ciemność, nie mogli opuścić Harry’ego – zawsze musiał być ktoś, kto pozostawał w domu, podczas gdy inni zasłaniali kałuże, tworzące się na podwórzu lub wstrzymywali zegary, które za wszelką cenę próbowały ruszyć do przodu, burząc żałobę i ściągając duszę z powrotem do domostwa.
Budynek okryty był czernią. Lustra osłonięte były hebanowym materiałem, a ciała tutejszych mieszkańców również zakryte były podobną barwą. Anne przechadzała się wokół drewnianych krzeseł w długiej, czarnej sukni, od czasu do czasu pocierając dłonią chłodne policzki swojego zmarłego dziecka, rzucając półprzytomne spojrzenie śpiewaczce, która prowadziła modlitwy i śpiewała żałobne pieśni. Każdy się nad nią użalał, każdy współczuł jej straty, a bliscy dopiero teraz opłakiwali jego odejście. Wszyscy, z wyjątkiem Gemmy, która całe dnie spędzała na dole, nie mogąc pogodzić się z utratą ukochanego brata. Nikt nie mógł jej za to winić, Harry był jej oczkiem w głowie – młodszym bratem, o którego zawsze się troszczyła, o którego dbała i którego – niestety – doprowadziła do śmierci. Zawsze będzie winiła się za to, że tamtego dnia go nie dopilnowała, że tamtego słonecznego popołudnia pozwoliła pójść mu nad staw, do którego wpadł, zaziębiając swoje słabe płuca.
Trzeciego dnia sąsiedzi przynieśli drewnianą trumnę, zbitą z chropowatych desek, od wewnątrz wyłożoną czarnym materiałem, do której ponownie złożono martwe ciało Harry’ego, ostrożnie układając go i splatając ze sobą jego chłodne dłonie jako ostateczny znak pojednania, którego wcześniej nie można było uczynić, gdyż otwarte dłonie symbolizowały wiele pogrzebów w rodzinie. Kobieta poprawiła jego pogrzebowy strój, a śpiewaczka raz jeszcze odmówiła modlitwę żałobną, obserwując kątem oka czwórkę obcych mężczyzn, którzy mieli zabrać zielonookiego do miejsca jego ostatecznego spoczynku. Wszyscy przyklęknęli przy płonącej gromnicy, wypowiadając błagalne słowa, by Bóg przyjął go do swojego królestwa, po czym odstąpili od niego, przyglądając się, jak eleganccy panowie zamykają wieko trumny, unosząc ją nad dwoma krzesłami.
Zgodnie z wieloletnią tradycją, drewniane krzesła zostały przewrócone, by śmierć nie miała drogi powrotu, a wszelkie drzwi w budynku zostały otwarte, przeganiając czyhające tu demony. Kobiety zebrały kwiaty, leżące na jasnej podłodze, kilkakrotnie upewniając się, iż nie pozostał ani jeden z nich, a gdy wszystko zostało już uprzątnięte i ponownie włożone do bukietów, mógł rozpocząć się obrzęd wyprowadzania trumny. Mężczyźni ruszyli z wolna przed siebie, wyprowadzając Harry’ego nogami do przodu, trzykrotnie uderzając trumną o próg domu i uważając, by nie dotknąć rękoma bramy wyjściowej.
Pogrzebowy kondukt ciągnął się w nieskończoność, ludzie szli powoli za trumną, niosąc kwiaty i ściskając w dłoni gromnicę chłopaka, która raz jeszcze miała zapłonąć na ostatniej mszy, sprawowanej w jego intencji. Droga była długa i żmudna, las zdawał się być o wiele bardziej mroczny niż zazwyczaj, gdy Anne kroczyła przy trumnie swojego dziecka, płacząc i drżąc od nadmiaru kumulujących się w niej emocji. Przemarsz kilkakrotnie stawał na rozdrożach, zatrzymując się przy krzyżach na rozstajach dróg, by ostatecznie dotrzeć do niewielkiego, wiejskiego kościółka, w którym odprawione zostało nabożeństwo.
Raz jeszcze, tuż nad samym dołem, głębokim na kilka metrów, trumna została otwarta, by wszyscy po raz ostatni mogli pożegnać się z szesnastoletnim Harry’m, nim jego ciało zostało złożone do grobu, a trumna przysypana została pokładami soli, by zmarły już nigdy z niej nie wyszedł. Płacz roznosił się echem w powietrzu, przeplatając się z cichymi słowami ostatniego pożegnania i nikt nawet nie zdawał sobie sprawy, że żegnają kogoś, kogo wśród nich nie było…
Jeden biały pąk jaśminu spoczywał na jasnej podłodze sypialni, a czarny materiał fragmentarycznie odsłaniał wiszące tam lustro, w którym została zaklęta dusza martwego, młodego chłopaka.
Louis ocknął się z letargu dopiero po dłuższej chwili, nadal stojąc naprzeciwko lustra, wiszącego na jednej ze ścian sypialni, jednak teraz, gdy wpatrywał się w jego szklaną taflę, widział jedynie swoje własne odbicie – niespętane fobią i przeszywającym na wskroś lękiem. Czuł się wolny od wszelakich, złych uprzedzeń i miał wrażenie, że dzięki zmarłemu Harry’emu udało mu się uleczyć swoją własną, okaleczoną duszę.
„Zostań”. Ten sam cichy szept, te same słowa, ten sam stonowany i spokojny głos.
- Zostanę… – szepnął, wiedząc, iż Harry’emu do szczęścia potrzebny jest jedynie towarzysz.
Nikt nie chce bowiem być samotny, tak bezwzględnie samotny, a czasami to, jak umieramy, odciska piętno na tym, jak żyjemy, gdy jesteśmy już martwi.
ILOŚĆ STRON: 18
TYTUŁ: Spectrofobia
BOHATEROWIE: Larry Stylinson
BOHATEROWIE DRUGOPLANOWI: Rodzice Harry’ego, Gemma Styles
OSTRZEŻENIA: Poruszany temat fobii oraz dawnych zwyczajów pogrzebowych
UWAGI: One Direction nie istnieje
BANNER: heystrangeer.tumblr.com
KRÓTKO O TREŚCI: Louis cierpi na spectrofobię i jedyne, czego potrzebuje od życia, to samotnego domu, w którym będzie mógł uleczyć swój rozdarty umysł. Harry z kolei jest zagubioną duszą, uwięzioną w budynku z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, ponieważ czasami to, jak umieramy, odciska piętno na tym, jak żyjemy, gdy jesteśmy już martwi.
Opowiadanie zostanie opublikowane jutro(tj. 21.12.2014) o godzinie 14:00! Jeżeli tylko macie ochotę - zapraszam serdecznie! ;)