Niedzielne przedpołudnie
Jak zwykle jadę moto. Upalny dzień, przelatuję całe miasto. Korzystam z przywileju i mijam stojące samochody, zgodnie z przepisami, po lewej stronie, staję jako pierwszy. Czerwony yaris, jak dostrzegam w lusterku, odczuwa z tego powodu lekkie pieczenie z tyłu. Żółte, zielone, ruszamy! Startuję pierwszy i odskakuję, jednak widzę obłęd w oczach kierowcy yarisa, który na chama wciska się z mojej prawej i spycha mnie w kierunku wysepki. Na szczęście mieszczę się między nim, a krawężnikiem, pamiętając o tym, by patrzeć na pozostały kawałek jezdni, nigdy na przeszkodę. Yaris odskakuje, jednak na najbliższych światłach musi stanąć. Ten fakt skrzętnie wykorzystuję, podjeżdżając do kierowcy. Z tyłu siedzi dziecko, około 2 lat, obok niego przestraszona mama. Za kierownicą grubszy, niestary jeszcze facet. Walę pięścią w okno. Udaje, że mnie nie widzi. Walę jeszcze raz, podnosząc przyłbicę. "Nauczyć cię jeździć, kolego?"- pytam zaczepnie. Na twarzy kierowcy maluje się zmieszanie, w końcu nie podejrzewał, że pod skórą i kaskiem jest żywy człowiek. "- eee... nie zauważyłem pana..."- opuszcza zawstydzony wzrok grubszy jegomość. Zamykam przyłbicę i bez słowa odjeżdżam, korzystając z przywileju i na najbliższych światłach staję na pole position... nie do końca #zmyslonehistorie










