It's the sound of summer.

@theartofmadeline

Product Placement
styofa doing anything
Lint Roller? I Barely Know Her

Kaledo Art
TVSTRANGERTHINGS
Monterey Bay Aquarium
Cosmic Funnies

Kiana Khansmith
almost home
KIROKAZE
Game of Thrones Daily
Misplaced Lens Cap
Show & Tell
Alisa U Zemlji Chuda
he wasn't even looking at me and he found me

⁂

★

Discoholic 🪩
PUT YOUR BEARD IN MY MOUTH

seen from Indonesia

seen from Singapore

seen from Ukraine
seen from Brazil

seen from Italy

seen from United Kingdom

seen from Norway

seen from Malaysia
seen from Belgium

seen from United Kingdom
seen from Singapore
seen from Brazil

seen from United States
seen from Singapore

seen from Russia

seen from United Kingdom

seen from United States

seen from United States
seen from Brazil

seen from Malaysia
@tastyskier
It's the sound of summer.
It's the sound of summer.
St. Moritz
#myway
Majorka
Another day
Bike trip
Łeba, Poland
Tatra mountains with dad
Lizbona po raz drugi!
Drugi weekend w Porto
Weekend zaczęłyśmy już w piątek popołudniu. Po wyjściu z kliniki, przemaszerowałyśmy ponad połowę miasta do polecanej przez tripadvisor restauracji wegetariańskiej. Niestety, okazało się, iż urządzili sobie ferie i do 19 sierpnia mają zamknięte. W związku z tym, szybciutko prędziutko popędziłyśmy na najbliższą stację metra i udałyśmy się do Matosinhos (na plażę nad Ocean). Tam postanowiłyśmy zjeść obiad w znanej nam pizzeri, która również okazała się zamkniętą, gdyż Portugalczycy mają przerwę od 15 do 19. Pozostała nam pizza “take away”. Cały czas pod górę! Na szczęście pogoda nam sprzyjała i nie padało :-D
Wieczorem zaliczyłyśmy już tradycyjnie spacerowy wypad na miasto i kolację nad rzeką :-)
W sobotę pojechałyśmy do Viana do Castelo, które położone jest na północy Portugalii bardzo blisko granicy z Hiszpanią (oznaczone na zdjęciu czerwonym znacznikiem).
Miasto położone jest u ujścia Limy do Atlantyku. Samo centrum jest niewielkie, znajduje się dość blisko portu. Z pobliskiego wzniesienia, na którym wybudowano kościół przypominający bazylikę Sacre Coeur w Paryżu rozpościera się przepiękny widok na okolicę. W trakcie naszej wizyty, odbywały się przygotowania do największej uroczystości religijnej w regionie - festy na cześć Matki Boskiej Bolesnej, która odbywa się w drugiej połowie sierpnia.
Cytryny!
Obiad zjadłyśmy w Cafe Sport Restaurante w towarzystwie doskonale ubranych Portugalczyków, licznych koszulek piłkarskich i innych gadżetów podpisanych znanymi nazwiskami ze świata sportu.
Wieczorem po powrocie do Porto, chciałyśmy pójść do jednego z parku na koncert jazzowy, który w wakacje przybiera postać cyklicznych spotkań muzycznych, ale niestety nie udało nam się to ze względu na deszcz. W związku z tym zaliczyłyśmy tylko nocny spacer nad rzekę i z powrotem. W ramach treningu :-)
Niedziela również minęła nam pod znakiem podróżowania. Tym razem wyruszyłyśmy pociągiem w przeciwnym kierunku, na południe do miasteczka Aveiro. W przewodniku porównane zostalo do Wenecji, Amsterdamu czy Bydgoszczy :-D Położone jest pomiędzy rozlewiskami rzeki Vouga, a pas mokradeł i kanałów ciągnie się równolegle do wybrzeża na długości kilkudziesięciu kilometrów.
Niestety, pomimo szczerych chęci polubienia kuchni portugalskiej, stwierdzam z przykrością, iż jedzenie w tutejszych restauracjach, niezależnie od ceny oferowanych dań, nie sprawia mi takiej przyjemności, jak liczyłam przed wyjazdem :-(
This is Porto!
Cytując naszą koleżankę fizjoterapeutkę z kliniki - to jest Porto właśnie! Nieprzewidywalne na każdym kroku!
1. Pogoda.
Zdecydowanie nas zaskoczyła. Nastawiłam się na upały, rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Sierpień. Środek wakacji. Dzisiaj było 22°C z lekkimi prześwitami słoneczka, wczoraj 19°C z mżawką, jutro z kolei ma cały dzień padać. Typowo łebska pogoda ;-)
2. Kuchnia.
Naczytałam się przed wyjazdem, że ciastkarze odnajdą się w Portugalii. Przez pierwszy tydzień było uroczo. Ale sprawdziłyśmy już chyba wszystkie tutejsze cukiernicze możliwości. Niestety, wszystko na jedno kopyto - wyrób z ciasta francuskiego lub półfrancuskiego, w środku coś na kształt masy budyniowej polane albo czekoladą, albo lukrem. Różne wersje kształtów i wielkości, ale zazwyczaj smak ten sam. No ewentualnie oprócz ciasteczka migdałowego lub ryżowego. Dzisiaj znalazłyśmy lodziarnię w której na spółkę zjadłyśmy czekoladową tartą babeczkę z malinami i mini tarte szarlotkową - co za miła odmiana! :-)
Ciastko ryżowe
Pastel de nata i cappuccino
Eklerki i inne ciasteczka
Tutejsze ciastko francuskie z masą budyniową, polane czekoladą (do kupienia w każdej kawiarni) i cappuccino
Dzisiejsze odkrycie!
W końcu duuuuużo czekolady!
Jeśli chodzi o potrawy obiadowe, prawdą jest, że Portugalczycy jedzą tłusto. Na śniadanie tosty z serem lub croissant na słono lub słodko. Na obiad wszystko pływa w tłuszczu. Nie ważne czy to pieczona rybka, czy sałatka. Na tłusto, na bogato! Natomiast włoskie jedzenie, tak jak pisałam poprzednio - klasa! Dwa razy droższe, ale bardzo dobre.
Włoska pizza w Portugalii (fot. nr 1)
Włoska pizza w Portugalii (fot. nr 2)
Włoska pizza w Portugalii - cienitkie ciasto, i o to chodzi!
Tutaj był bacalhau w bułce tartej z pieczonymi ziemniaczkami (ale już nie ma, bo jest na naszych talerzach)
Bacalhau z bułką tartą, ziemniaczkami i suróweczką
Aga je rybkę!
3. Uliczki i zabudowania.
Uliczki są urocze, ALE chodniki są zdecydowanie za wąskie i zdecydowanie za dużo na nich psich kup! Cały czas trzeba uważać, bo albo wejdziesz na minę, albo w jakiś papierośmieć albo wpadniesz na urocze kwiatuszki zwisające z muru lub przepiękny widok na Porto. Duży plus za ciekawe przejścia na skróty (najczęściej schody) oraz urocze parki i skwerki. Śliczne kamieniczki, mnóstwo ciekawie ulokowanych kościółków. No i te śmieszne graffiti! :-)
LOVEPORTO!
Weekend
Sobota upłynęła nam na podróżowaniu. Miało być dalej (bo aż do północnej granicy z Hiszpanią), a skończyło się na Bradze. Braga została opisana w przewodniku jaki najbardziej religijne miasto w Portugalii. Do dziś używane jest przysłowie „stare jak kościoły w Bradze”, co jest odpowiednikiem naszego powiedzenia: „stare jak świat”. Na przedmieściach tego miasta znajduje się sanktuarium Bom Jesus, które słynie głównie z przepięknych schodów. Aczkolwiek, żeby dojść do tych schodów, należy pokonać kawał porządnej góry. My wybrałyśmy trasę inną niż sugerowano, innymi słowy - dookoła (ponad 15km spacer).
Niedziela to dzień odpoczynku. 32 stopnie, brak zachmurzenia i delikatny wietrzyk pozwoliły nam na pozzyskanie trochę promieni słonecznych nad Oceanem. Było cudo! A na obiad przetestowałyśmy portugalską pizzę. Dobra, ale dwa razy droższa, więc chyba warto pomyśleć nad ponowną wycieczką do Bari :-)
Porto - aklimatyzacja.
Pierwsze dni w Porto mijają nam dość podobnie. Rano pobudka około godziny 7:40 (tutejszego czasu), 8:30 wychodzimy do kliniki, żeby o 9 być już ubranym i gotowym do pracy (więcej o naszej klinice następnym razem). O 14 kończymy nauki, powrót do domu, obiad i ruszamy na zdobywanie miasta!
Porto to miasto, które należy zwiedzać w wygodnym obuwiu. Góra - dół, góra - dół i tak cały czas. Chodniki = drobna kosteczka. Odpadają szpilki, koturny czy balerinki, zwłaszcza, że my cały czas przemieszczamy się na piechotę. Do centrum mamy co najmniej 3 km, przy czym w sumie nasz najkrótszy spacer na miasto to zrobionie około 9 km.
Z początku nie rozumiałyśmy, dlaczego wszyscy się tak zachwycają nad Porto, ale…
- ciekawa architektura,
- tania kawa,
- dobre ciastka,
- możliwość wytrenowania najpiękniejszych łydek i pośladków świata (zwiedzając pieszo),
- piękne widoki,
- urocze kawiarenki,
i wiele innych zalet, powodują, że darzymy to miasto coraz większą sympatią. A to przecież dopiero 4 dni!
Ale od początku!
Dzień 0 - przyjazd.
Dzień 1 - zwiedzanie miasta (naszej dzielni i starego miasta, ale bez rzeki).
Dzień 2 - zwiedzanie miasta (naszej dzielni i starego miasta wraz z rzeką).
Dzień 3 - zwiedzania miasta (zachodniej części).
Miało być upalnie!
Maksymalnie 23°C w tygodniu?!
Ale z Was dowcipnisie koledzy, koleżanki, blogerzy i podróżnicy!
Lizbona
Podróż do stolicy kraju dorsza zaczęłyśmy największym z możliwych korków. Piątek po 15 wyjazd na Warszawę. Samochodowa masakra. Aczkolwiek sama podróż upłynęła nam dość przyjemnie w towarzystwie rodziców Agnieszki i jej ukochanego Marco :-)
Wylot z Warszawy o 21:30 - cała podróż w samolocie przespana - na 00:40 (czasu portugalskiego) byłyśmy już w Lizbonie. Szybciutka przeprawa taksóweczką z lotniska do dzielnicy Rossio, zlokalizowanie naszego apartamentu do którego wchodziło się przez indyjski sklep i do spania.
Obudziłyśmy się dość później niż ostatnimi czasy - około godziny 9. Szybki prysznic i ruszyłyśmy na poszukiwanie śniadania. Wylądowałyśmy w knajpce o nazwie ALOMA w Mercado da Riberia (super targ w odremontowanej ogromnej hali gdzie oprócz świeżych ryb, warzyw i owoców, znajdują się małe restauracyjki). Każda z nas zjadła po ogromnym toście (4 euroski), wypiła dobrą kawkę do której zasmakowałyśmy tutejszego pastel de nata (tradycyjny wypiek cukierniczy).
Zwiedziłyśmy praktycznie większość wskazanych dzielnic przez przewodniki jako warte zobaczenia.
Drugiego dnia odwiedziłyśmy Belem - pierwsza niedziela miesiąca to okazja do darmowego zwiedzenia większości muzeów w tej dzielnicy. Miałyśmy okazję zobaczyć Torre de Belem, klasztor Hieronimitów oraz Muzeum Morskie. Na koniec ciastko pastel de nata z Belem :-)
Zwiedzam świat