No title available

⁂
sheepfilms

titsay

shark vs the universe

No title available

@theartofmadeline
styofa doing anything
Xuebing Du
trying on a metaphor
dirt enthusiast
YOU ARE THE REASON

roma★

blake kathryn
let's talk about Bridgerton tea, my ask is open
we're not kids anymore.
Stranger Things
h
Three Goblin Art

★

seen from Australia
seen from Belarus
seen from United States
seen from United States
seen from Latvia
seen from Iraq
seen from Türkiye
seen from United Kingdom

seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from Germany
seen from Israel

seen from Türkiye
seen from Australia

seen from Germany

seen from United States

seen from Malaysia
seen from T1

seen from Türkiye
@uvgk
14.03.2026 r.
Około 1600-1700 kcal,
10k kroków + 6km rowerem
Ostatnie dwa dni były ciężkie. Musiałam odłożyć martwienie się jedzeniem odrobinkę na bok. Zrodził się poprostu mały konflikt (przez moje SH i jak się okazuje, to nie jedyny problem który do mnie ma) który na szczęście chyba został opanowany. W piątek nie byłam trochę stanie myśleć o jedzeniu i liczeniu kalorii. Miałam ochotę położyć się i nie wstawać.
Dzisiaj za to postawiłam trochę na ruch i szczerze? Pomogło.
Rowerem byłam w sklepie po zapas frytek, bo miałam go zrobić. Kupiłam też sobie energetyki (oj plecak był ciężki) i sosy do pseudopierożków w papierze z tapioki z airfryera. Nie są jakoś mało kaloryczne, ale to był przepis którego chciałam spróbować, wychodzi około 220kcal/100g, ale myślę że możnaby je jeszcze odchudzić.
Wieczorem dostałam cynamonke i gdyby nie to to byłby nawet niezły dzień.
12.03.2026 r.
Plany były nieco inne... Ale wolałam chyba zjeść więcej niż rzucić się na jedzenie.
Muszę przestać się codziennie ważyć, bo gdy tylko rano zobaczyłam, że waga skoczyła, pomimo tego, że jadłam mniej to myślałam, że chuj mnie strzeli.
Miałam w planach coś jeszcze zjeść, bo strasznie mnie ciągnęło do lodówki, ale nagle znalazło mi się zajęcie i przez ostatnie dwie godziny byłam zajęta. Teraz mam spierdolony humor przez w sumie wszystkich wokół i szczerze, nie chce jeść. Nie ma opcji, że zjem.
Cały dzień sącze cole zero, zrobię sobie chyba jakieś większe zapasy, bo pomaga naprawdę mi w nawodnieniu (wypiłam dzisiaj z 1,5L? Nie licząc kawy, herbaty i szklanki soku).
Zwykle jakoś zapominam o wodzie, czasami pod koniec dnia orientuje się, że w sumie jedyne co wypiłam w ciągu dnia to dwie kawy i jakiś sok.
W sumie to trochę wkurwiła mnie osoba z którą rozmawiałam, poza tym spędziłam dwie godziny nad jednym gównem, o które poprosił mnie brat i gdy miałam zająć się w końcu swoimi sprawami, dowiedziałam się, że muszę kurwa wstać o pierdolonej CZWARTEJ NAD RANEM. Ich chyba pojebało.
Chyba poczułam się jakoś przytłoczona tym, że nawet nie zaczęłam tego co miałam w planach, nie skończyłam tego o co prosił mnie brat i jednocześnie mam być żywa o czwartej.
Z drugiej strony towarzyszy mi myśl, że ja na to zasługuje.
Nie wiem trochę co więcej napisać. Zostawię to tu poprostu
˙⋆✮ ˙S k y r n i c z e k
Składniki:
> 55g jajka (mniejsze jajko) > 10g proszku budyniowego > 70g skyru > słodzik/krople z aromatem
Sposób przygotowania:
> 1. Najpierw wymieszaj jajo z proszkiem budyniowym na gładką masę > 2. Następnie dodaj Skyr > 3. Upiecz w airfryerze (160° i 15 minut) lub piekarniku (180° do wyrośnięcia)
Makro:
> Kalorie: ≈ 160 kcal > Białko: ~ 14.2 g > Węglowodany: ~ 12 g > Tłuszcz: ~ 5.5 g
Nie wygląda zbyt apetycznie na zdjęciu, ale jest naprawdę dobry.
✨11.03.2026 r.✨
Kroki: 4,5k
Woda: ~1800ml
———————————————————————
Waga rano (niestety nie na czczo) wyniosła 61,8kg.
Wstępnie? Chciałabym zobaczyć przynajmniej kilogram mniej do przyszłej środy.
Apetyt na wszystko? Niesamowity.
Jutro planuję wycieczkę do sklepu po jedzenie, żeby mieć jakby co pod ręką jakieś zapychacze.
Na co postawię? Myślę, że jakieś mrożone warzywka, może powinnam też zacząć więcej sama gotować a nie żywić się tylko gotowcami? Gadałam też o mojej żądzy niezdrowego jedzenia, z chłopakiem - zaczął mówić mi o frytkach z airfryera, więc kupię chyba poprostu mrożone frytki z Biedronki (137kcal/100g i no o tych mi mówił) i może kilo pizzy familijnej z Lidla (197kcal/100g) i będę sobie robić w airfryerze po trochu jak będę miała ochotę na coś niezdrowego.
Niestety też muszę ograniczyć budżet na jedzenie, bo poprostu jestem cholernie spłukana, mam nieco innych wydatków w tym miesiącu które mnie nie ominą, więc może to ograniczenie jedzenia to nie taki zły pomysł xDDDD
Oprócz jedzenia, brakuje mi w sumie kontaktu z kimś, z kim mogłabym wymieniać się doświadczeniami każdego dnia.
Jasne - mój chłopak też teraz jest na lekkiej redukcji i mogę mu narzekać na to, że jestem ciągle głodna i że zjadłabym to czy tamto, bo i tak o tym rozmawiamy.
Ale z jego strony słyszę poprostu "to coś zjedz", "nic się nie stanie jak zjesz więcej", + nie ma informacji ile konkretnie jem, bo w sumie to mogłabym usłyszeć małe kazanie o tym, że to nie zdrowe i że mam jeść poprostu więcej.
Tylko, że ja inaczej trochę nie potrafię i chcę szybko to zgubić i utrzymywać wagę tak jak zrobiłam to za pierwszym razem. Jeść co chce, poprostu w mniejszej ilości aż do momentu, gdy nie będę chciała schudnąć więcej bo znudzi mi się mój wygląd.
I... To by było na tyle.
Hejka, to znowu ja.
Było ciężko, cholera wie czy ktoś mnie jeszcze pamięta (wątpię xD).
Mamy marzec, rok 2026 a ja wróciłam chyba w miejsce w które nigdy nie chciałam wracać. Wraz z powrotem myśli o zakończeniu tego marnego żywota i o tym że nie mam w sumie żadnej przyszłości wróciła myśl
✨Kurwa, chce schudnąć✨
Tym razem mam bliskie mi osoby - partnera, przyjaciółkę, którzy zaproponowali mi poważnie pomoc i zachęcają mnie do szukania jej, ale chyba jeszcze nie jestem w stanie.
W mojej głowie dalej w sumie tkwi myśl, że nie mam powodu by się tak czuć. Boje się lekarzy, boje się psychologów, boje się ludzi. Boje się usłyszeć, że nic ze mną nie jest nie tak, ale jednocześnie, boje się, że coś jest ze mną nie tak.
Nie wróciłam za to do alkoholu, nie palę, okazjonalnie używam saszetek nikotynowych.
Uznaje to za wyjątkowy sukces.
Ale oprócz tego, nie odnoszę żadnych sukcesów - nawet tych najmniejszych.
Do sedna
Ważę 61,8kg przy wzroście 173cm. Wiem - chujnia, ale brak powrotu mojej poprzedniej wagi to dla mnie jakiś tam sukces. Waga skoczyła jak zaczęłam brać antykoncepcję + rzucałam palenie.
Wstępnie planuję schudnąć do 58 (spokojnie, to tylko początek xD) w przeciągu tego miesiąca. Limity? Narazie będę trzymała się 1000 kcal, bo wiem, że jak zejdę niżej skończy się napadami a ja poważnie chce schudnąć do Wielkanocy.
Ruch? Jest z tym nieco ciężko, ale postaram się chociaż chodzić na spacery.
Muszę też ogarnąć kwestie najprostszej higieny bo przez problemy z głową, nawet mycie się sprawia mi momentami problem. Jeśli sama się nie ogarnę to przyjmę pomoc od moich bliskich, ale zbyt przyzwyczaiłam się do tego stanu. Poza tym boje się cholernie zmian. Boje się w sumie wszystkiego i przestałam również sobie ufać.
Chcę naprawić relacje ze samą sobą i poczuć chociaż odrobinę kontroli nad swoim życiem. Chcę zrobić coś co mnie uszczęśliwi, chociaż szczerze? Ważąc czy 73kg, czy 68kg - miałam w głowie tą samą myśl. Ważąc 60kg? 59kg? - czułam satysfakcję że zaszłam tak daleko, że tak się zmieniłam
Teraz gdy przyzwyczaiłam się do tej wagi, czuję się paskudnie. Dalej wyglądam jak kloc, dalej jestem tłusta i dalej chce schudnąć.
Postaram się pisać codziennie, może właśnie to doda mi motywacji.
Oprócz tego mój partner również zabrał się za siebie - postanowił, że będzie zdrowiej jadł i wróci do sportu.
Ja też jestem w stanie schudnąć, pomimo opinii, że nie muszę
Nie muszę ale chcę.
Ja tego żądam, pragnę.
Żyje myślą, że musi być lepiej.
✨109 kcal 😊✨
Krewetki gotowane | 48g/6szt - 44kcal
Mix sałat + feta | 20g - 32 kcal
Pomidor malinowy | 120g (bo jadłam jeszcze wcześniej) 28 kcal
+ kawusia - 2-5kcal
Ale to weekend - to się wcale nie liczy!
Choć zwykle liczy kalorie, w ten weekend mało policzył
~
Taco Hemingway - białkoholicy
your morning sk1nny is someone else’s worst nightmare.
It’s my own worst nightmare
To nie marzenie, tylko cel.
!oddaje obserwacje!
Okres świąteczny oficjalnie rozpoczęty bo mam wolne do 02.01
Znaczy jestem od dwóch dni w domu bo się rozchorowałam.
Co nowego?
Grypa może męczy, ale nie jem aż tyle.
Aleeeee zdecydowanie za mało piję.
Dzisiaj dostałam w nocy w chuj wzruszającą wiadomość i się aż popłakałam, bo no widzę, że komuś na mnie poprostu zależy.
Wysłałam prezent na święta chłopakowi i był zachwycony i poprostu widok tego uśmiechu i podekscytowania jak to otwierał (oczywiście dzisiejsza technologia umożliwiła mi oglądanie jego reakcji) był dla mnie jak najlepszy prezent.
I ta reakcja.
Bezcenne ;,)
Cały dzień się przez to uśmiecham jak głupia i mam cudny humor.
Nie wykosztowałam się i nie dałam mu dużo ale chyba trafiłam w dziesiątkę, szczególnie z jedną rzeczą bo gadaliśmy o tym dobrą godzinę.
Też planuje mi coś dać i dowiem się za tydzień co to, ale tak szczerze? Mogłabym nic nie dostać na chwilę obecną bo i tak daje mi dużo - czasu, uwagi i przedewszystkim miłości.
Są to chyba też pierwsze święta od dawna na które tak poprostu czekam.
Kupiłam prezenty rodzicom i braciom, piekłam już pierniczki dla nich i będę jutro lepić pierogi. W przyszłym tygodniu przyjeżdża do mnie chłopak i może zostanie do nowego roku i nie czuję się ze sobą aż tak fatalnie. Jakby jeszcze tylko spadło trochę śniegu (ale nie za dużo, bo nie dojadę po niego na stację autem. Albo, żeby spadł po tym jak tu przyjedzie)
Wracając do najważniejszego tematu tego bloga...
Myślę, że może uda mi się osiągnąć gw2 do przyszłej soboty.
Nie ważyłam się, planuje to zrobić w poniedziałek. W niedzielę może się tradycyjnie przeczyszczę ale narazie nie chce się jeszcze bardziej osłabiać i odwadniać, bo i bez tego jestem odwodniona (muszę więcej pić).
Ale nie sądzę, żebym przytyła przez chorobę. Nawet pastylki na ból gardła mam bez cukru a na słodycze nie mam ochoty. Zwykle jem śniadanie i obiad gdy rodzice o to proszą i chcą, żebym koniecznie zjadła z nimi, a ja nie protestuje. Będąc na deficycie i tak nie przytyję i miałam właśnie napisać, że niecierpie jedzenia, ale prawda jest taka, że je kocham tylko niecierpie tego co ono ze mną robi, ale jeszcze bardziej niecierpiałabym siebie, gdyby moi rodzice się mną martwili (są zawiedzeni, okej, ale nie mają się martwić).
To by było chyba na tyle.
Każdego jebanego dnia patrzę lustro i widzę potwora, pragnę być chudsza o conajmnej 8kg.
"To będzie chuda zima"
Ale problem w tym, że żadna zima nie będzie wystarczająco chuda.
Żadna wiosna, żadne lato i żadna jesień.
Wiem, że nie ważne ile bym nie ważyła to nie będę czuła się wystarczająco chuda.
Nigdy nie będę wystarczająco chuda.
Nigdy nie będę też wystarczająca w żadnym aspekcie mojego życia.
Po pierwsze jem jak jakieś monstrum (wczoraj zjadłam drwala, dwie cynamonki, kilka ciastek i dwie kanapki na śniadanie)
Po drugie odważyłam się dzisiaj po tym zważyć.
Waga pokazała 58,8 kg.
Kurwa.
Minął chyba miesiąc jak się nie ważyłam.
Szczerze? Momentami czuję się grubsza niż wcześniej ale cyferki mówią co innego i kiedyś już mówiłam, że ja nie mam pojęcia jak wyglądam.
Wiem tylko, że dalej źle.
Wracam też chyba do codziennego publikowania bo może to mnie zmotywuje do zrzucenia tych trzech kilogramów do końca roku.
Dzisiaj w nocy nie mogłam za bardzo spać to rozpisałam sobie jakieś limity. Niezbyt ambitnie bo jest to 900-1200 kcal ale absolutnie nie chcę przytyć. Gdybym wróciła do swojej poprzedniej wagi to bym się chyba załamała (ja już teraz jestem sobą załamana). Z moim apetytem rzuciłabym się na jedzenie.
I tak, wiem że tłumacze się teraz bez sensu bo jestem poprostu słaba, ale znam siebie i wiem że u mnie bardzo niskie limity kończą się jojo bo wpierdalam później jak świnia (nie zapomnę 2021 roku, japierdole... Schudłam z 8kg w miesiąc a tak właściwie to w trzy tygodnie robiąc po 20-30tys. Kroków dziennie i jedząc max. 300-400 kcal dziennie a później tydzień jadłam normalnie i trzymałam wagę może kilka miesięcy a później wróciłam do wyższej wagi przez moje wpierdalanie i rozjebany metabolizm).
To tyle z ogłoszeń parafialnych, trzymajcie się
Nie powinnam tak nawet myśleć, ale gdyby mnie zostawił to może bym straciła przynajmniej apetyt.
Dalej na niego nie zasługuje.
Wiem, że ostatnio mnie tu mało, ale jestem zawalona nauką i tym wszystkim wokół. Nie mam już siły (jak kurwa zawsze)
Kiedyś pisałam, że czuję się lepiej ale boje się że coś pierdolnie.
Chyba to właśnie się dzieje w ostatnim czasie.
Jestem poprostu kawałkiem gówna i nie wiem po co oszukuje się, że nim nie jestem.
Czuję, że wszyscy mają mnie dość. On też.
I ich rozumiem - sama miałabym siebie dość. I mam siebie dość.
Znowu się napiłam. Mówiłam, że nie będę tego robić. Mówiłam, że nie dam się ponieść emocjom a jednak.
Brzydzę się sobą.
Mówię coraz więcej głupich rzeczy i czasami mam ochotę zaszyć sobie te usta. Najlepiej w ogóle nie móc się komunikować bo sprawiam wszystkim jebane problemy.
Jestem niedojrzała i poprostu głupia.
Zauważyłam też, że zbyt źle reaguje nawet na głupią zmianę tonu głosu.
Poprostu zbyt boje się, że wszystko spierdolę. Dosłownie ryczałam, bo powiedział że nie powinnam być zła, gdy ktoś chce mi poprostu pomóc i być miły. I jak odpowiedziałam troszkę sarkastycznie na jego wiadomość to powiedział że to brzmi jakbym była zła na to, że się o mnie martwi.
Ale prawda jest taka, że jestem egoistyczną kurwą, która szuka non stop atencji i nie potrafi dać sobie pomóc. Bo czuję się wtedy poprostu słaba.
Poprostu mam zaprogramowane we łbie, że muszę cierpieć. Że muszę ponosić winę za wszystko. Że to sprawi, że inni podejdą do mnie z większym szacunkiem/zrozumieniem i że na to zasługuje.
To jest kurwa już poprostu chore.
I przepraszałam. Ja przecież non stop przepraszam.
Co to znaczy, skoro ciągle robię i tak coś głupiego?
Co z tego że powiem 10 razy, że przepraszam, skoro nie cofnę czasu.
Nienawidzę siebie.
Nienawidzę.
Gorszy dzień - nic takiego
Mam nadzieję, że mi przejdzie.
Nie byłam a szkole i tak, znowu pierdole tą frekwencję a to akurat nie dobrze, bo muszę ją kurwa naprawić. Jest na pograniczu 50% a z niektórych przedmiotów jest poniżej... Tak jestem w klasie maturalnej.
I okej, nie palę już jakiś czas, okazjonalnie zaciągnę się w szkole od znajomej, ale zrobiłam coś głupiego.
Obiecałam sobie, że już się nie napiję... I tą obietnicę złamałam.
Po całych dwóch miesiącach.
Wystarczył jeden moment - chwila słabości...
Powiem jedynie, że brzydzę się sobą jeszcze bardziej niż wcześniej.
Nie jestem już tak ulana jak wcześniej ale od rana na myśl o jedzeniu robi mi się nie dobrze (ta, a to akurat doskonale).
Zauważyłam, że może nie brzydzę się już aż tak swoim wyglądem ale brzydzę się tego, kim jestem. Tak wewnętrznie. Wygląd to taki niefortunny bonus.
Czasami chciałabym zasnąć pewnej nocy i obudzić się kimś zupełnie innym. Nie sobą.
Ale już jakiś czas się nie tnę.
Jasne - biję się, wyrywam pierdolone włosy ale się nie tnę, bo obiecałam.
Nie powinnam nic robić ale ja tak nie mogę a po za tym wszystko się znowu jebie. Siniaki znikną a bliźny nie, chociaż kurwa mać, to nie jest to samo. Nie czuję się wystarczająco ukarana.
Czego najbardziej się boję? Że powróci stan z początku roku. Przecież tak dobrze mi szło... Ba! Ja się kurwa uśmiecham! Cieszę się z małych rzeczy i miałam tyle razy energię, żeby poprostu coś zrobić.
Przeszłam już tak dużo i nie chce wracać. Chcę iść dalej.
Ale nie mam siły.
Nauka mnie wykańcza, wychodzenie z domu mnie wykańcza i chcę poprostu spać
Ale to tylko gorszy dzień. Może mi przejdzie. Przecież teraz śmieje się, uśmiecham i mam osobę którą kocham i nie potrafię przeżyć dnia bez słuchania jej i rozmowy z nią (to brzmi jak obsesja xD)
Przecież schudłam, powinnam być już szczęśliwsza (chociaż nie widzę różnicy. Prawie nikt nie widzi różnicy)
Przecież nie mam złego życia, to co się znowu kurwa dzieje?