Czuję się jak porzucony balon. Taki, z którego uszło już powietrze. Pomarszczony, zgnieciony gdzieś w kącie.
Jules of Nature

Love Begins
let's talk about Bridgerton tea, my ask is open

祝日 / Permanent Vacation
todays bird

tannertan36
he wasn't even looking at me and he found me

Andulka

Janaina Medeiros
DEAR READER
Show & Tell

blake kathryn
ojovivo
Sade Olutola

pixel skylines
art blog(derogatory)

JVL
No title available

oozey mess
will byers stan first human second

seen from Canada
seen from Canada

seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from United States

seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from Moldova

seen from Lithuania

seen from Türkiye

seen from Brazil
seen from Finland
seen from France

seen from Brazil
seen from United States

seen from United States
seen from United States
@za-sniegiem
Czuję się jak porzucony balon. Taki, z którego uszło już powietrze. Pomarszczony, zgnieciony gdzieś w kącie.
Mówią, że nad charakterem się pracuje. Że wiele rzeczy jest tylko we własnej głowie i naprawdę dużo można przepracować. Że osoby z dużo gorszego dna są w stanie wyjść na prostą.
Mówią, mówią, mówią.
Tylko ja nie wierzę. Nie wierzę w to, że będę w stanie kiedykolwiek wejść w grupkę ludzi i tak o zacząć się z innymi poznawać. Że nie pozostanę z boku. Że będę potrafiła rozmawiać dłużej niż chwilę. Że byłabym dla kogoś na tyle wartościowa, że ktoś chciałby poznać mnie na dłużej.
Mówią, żeby pracować nad interakcjami społecznymi. Nie zamykać się w 4 ścianach.
Tylko mi to nie wychodzi. Pracuję, więc kilka dni w tygodniu jestem wśród ludzi, są rozmowy. A jednak nadal jestem sama. Taką osobą spoza. Jakbym odeszła, nikt by nie pamiętał.
Jestem tłem i nie mam pomysłu jak z tym walczyć. To mój charakter, to jestem po prostu ja.
This world feels so big, still, I can't fit in
Mało mnie tu. W sensie wiem, że nikogo to nie obchodzi, ale potrzebuję zrobić update dla siebie.
Wakacje odciągnęły mnie od moich codziennych trosk i nadal jeszcze lecę na ich większym luzie, mimo że od września wróciłam już do "siebie". Praca nadal w kinie, szukam lepszej (ale nawet nikt nie zadzwonił, więc nie mam czynnika zapalnego do mojego złego samopoczucia) i na razie dryfuję. Ogólnie to jest neutralnie, natłoki myśli zwalczam, czasem złapie mnie dołek, ale to taki malutki i przespanie się z myśleniem pomaga. Nie myślę o przyszłości, unikam przeszłości i leci. (Nie będę krakać, że 'ciekawe na jak długo', heh)
Jedyne co ciągnie się za mną, szczególnie gdy zaczęłam dłużej zerkać na discorda dla ludzi powiedzmy o mniejszych potrzebach społecznych, to samotność, bo nawet oni mają ludzi wokół siebie. Wlecze się za mną mój przyjaciel, którego potraktowałam okropnie i to, że teraz wiecznie czuję się przy ludziach źle. Cały czas maski, potem przeżywanie każdej niezręcznej sytuacji, uważanie na słowa, a i tak zawsze coś głupiego wyjdzie. Nie wiem czy gdybym znalazła kogoś przyjaciołowego byłoby lepiej, bo kiedyś tak przecież marzyłam o chłopaku, a teraz go niby mam, a wcale nie czuję się spełniona w relacjach. Może to już mój mózg szuka sobie problemów, ale no kurde, w wielu momentach po prostu mi brakuje kogoś z kim jeszcze mogłabym być szczera, a nie wszystkim obarczać chłopaka.
Utknęłam w piramidzie Maslowa na potrzebie przynależności. Czuję, że do niczego nie przynależę, z niczym nie mogę się utożsamiać. Jest świat, różne grupy i ja. Taka, która nie potrafi się dopasować, niezręczna, z boku, inna.
Zajebiście, nawet do oddawania krwi się kurwa nie nadaję
Nie jestem w stanie się polubić
Narzekanie, zazdrość, zawiść - po prostu chce to z siebie wypuścić, bo mnie skręca
Kurde mac, obserwuję na ig samorzeczniczkę od autyzmu. Laska jest w moim wieku, ma grupkę znajomych, z którymi się spotyka, ma chłopaka, który ją sponsoruje, jeżdżą na wyjazdy, kupuje większość rzeczy do ich wynajmowanego mieszkania (sama pisze, że nie ma stałej pracy, tylko dorabia, bo ma autyzm, więc musi z pracą mocno wybrzydzać, a tam gdzie by chciała to jej nie chcą). I się kurde mać zastanawiam jakim cudem. (Wiem, to zawiść, nie powinnam, ale w dupie to mam, chcę się wygadać z tego i żyć spokojnie dalej.) Jakim kurde cudem dziewczyna, która niby sobie nie radzi, cały czas narzeka, musi być na czymś utrzymaniu i jest ciągle przebodźcowana, ma tylu znajomych i jeszcze imo przystojnego chłopaka, który jej sponsoruje życie na wysokim poziomie. Nie jest jakaś atrakcyjna, charakter taki, że ja bym unikała, a jednak ma super życie, ale ciągle jej przeszkadza wszystko. Teraz jest biedna, bo nie dostała orzeczenia o niepełnosprawności, ale już zaczyna żebrać od chłopa o airfryera, bo ona nie chce się na niego składać, więc niech kupi. Xd Nosz kurde, już rozumiem, że ładne laski z automatu mają lepiej w życiu, ale no tutaj? Nie rozumiem, jestem zawistna, zazdrosna i wszystko, bo momentami czuję, jakbym miała podobne do niej problemy. Tylko ja nie mam żadnych znajomych, których mogłabym zaprosić na swoje urodziny, najdalej byłam w Danii na wycieczce szkolnej 6 lat temu, kiedy padało, a mój chłopak... No jest, ale muszę pracować, nic nie dostaje za darmo i co najwyżej zasponsoruje mi loda w Biedronce. xddd
Ale humor mi siadł. Dowiedziałam się, że dziewczynie, która ma dużo krótszy staż w pracy ode mnie zaproponowano kolejne stanowisko. Nie jest to awans, ale bardziej sygnał, że podoba się im współpraca z nią. Ja ani razu nie słyszałam propozycji, aby wziąć sobie jeszcze jedno stanowisko.
Nawet w jakiejś ujowej pracy jestem nikim. Jest tysiąc osób na moje miejsce. Jak tak to wygląda to pewnie będą woleli mnie zwolnić niż dać zawieszenie umowy na wakacje. 👍
Dlaczego znalazłam się właśnie w tym miejscu?
Już dobre 4 lata temu wyjechałam z domu rodzinnego (mimo że wcale nie miałam tam źle) za chłopakiem na kurde prawie drugi koniec Polski. Myślałam, że spoko, bo jest tam więcej miejsc pracy, jakoś to będzie. Na dobre studia poszłam to gdzieś się w końcu zakręcę, w końcu nie jestem jakaś tragiczna.
I od tej decyzji wszystko zaczęło się tylko sypać. Nie mam właściwie żadnych znajomych, z którymi mogłabym gdzieś wyjść, pogadać, czuć się po prostu swobodnie. Pracy w zawodzie nie mam i coraz bardziej boję się, że perspektywy na jej znalezienie stają się coraz bardziej odległe. Nie mam pomysłu na inne plany awaryjne, bo kiedyś myślałam o służbach mundurowych. Jednak jak zostanę zakoszarowana na ponad pół roku to w dniach, w których będę mogła wyjechać, będę musiała wybierać czy chłopak, czy rodzina.
Powiedzmy, że lubię no mojego chłopaka plus to moja jedyna bliska osoba spoza rodziny. Ale rodziny nie mam tragicznej i dobrze się wśród nich czuję, plus to jest zawsze więcej osób, z którymi mam jakieś relacje. A nie dzień w dzień z tą samą osobą.
Jak ktokolwiek się dowie o moich rozterkach czy samotności (wyszło ostatnio na spowiedzi chociażby) to zawsze jest to magiczne ✨wyjdź do ludzi✨. Nosz kurwa mać, jakbym do chuja nie wiedziała. Obecnie w pracy mam tyle kontaktów z ludźmi, jak ktoś okaże zainteresowanie to staram się być spoko, ale nie wychodzi. Nie wychodzi i tyle. Ale przecież mam ✨ próbować dalej✨. No łał, łatwo mówić tym, którzy mają gadane, mają znajomych i zawsze z kimś się złapią. Ja taka nie jestem. Nie wiem, może z wiekiem utraciłam jakieś social skillsy, albo dziwnym przypadkiem od kurwa dawna nie znalazł się ktoś z podobnym do mnie vibe'm.
Czasem się nawet zastanawiam czy nie wpadam w spektrum autyzmu, bo chcę sobie jakkolwiek wyjaśnić, dlaczego mam takie problemy. Ale też niezbyt mi pasuje. Nie rozumiem się.
Nie wiem czy mając znajomych wszystkie problemy by się rozwiązały, ale miałabym choć jedną rzecz więcej (a obecnie tym jedynym argumentem jest to, że mam tutaj chłopaka), dla której męczę się 400 km od domu rodzinnego.
Kurde, tyle czasu było spoko, ale musiało to ze mnie wyjść. Tak to jest, jak zaczynam myśleć. I po co to. I po co to. I po co to.
I po co to wszystko.
Jak mi wstyd, że nie mogę być normalna
Mam ochotę się pogrążyć w moim klasycznym bagnie. Zamknąć się w nim i dać sobie spokój na pare dni. Chcę się schować, poużalać, ponienawidzić siebie i dać sobie odpocząć. A nie kurna lecę na moim durnym trybie wyrzutów sumienia, że za mało robię, że tutaj trzeba się przygotować do pracy, tutaj zajęcia z dzieciakami (dorwałam dodatkową robotę, godzina w tygodniu), tutaj kolejna rozmowa kwalifikacyjna (odezwali się po 2 tygodniach od drugiego etapu rekrutacji i chyba po miesiącu jak składałam tam w ogóle CV xd). Śpię tylko dlatego, że mam wypracowane pewne mechanizmy, ale każde odbiegniecie od normy to maksymalne natłoki myśli, które męczą mnie o przeszłość, przyszłość i teraźniejszość.
Może nie mam źle, może inni mają gorzej, ale jestem w swojej skórze i to, co mam już mnie przerasta. Ogólnie to staram się nie myśleć, wszystko zapisuję w kalendarzu i działam głównie według niego. Unikam wolnego myślenia jak ognia. Albo marzę o głupich rzeczach, albo się ogłupiam, bo nie mam siły z tym walczyć. Cholerstwo pierdzielone, nawet nie wiem czemu jestem tak zepsuta.
Wkurwia mnie, że nadal poużalać się nad sobą nie mogę, bo mam świadomość, że moje "problemy" są niczym. Jak to brzmi: "nie zasługuję na myśli samobójcze". XD
26.03.2025
Chyba się powtarzam, ale
nienawidzę swojego pierdolonego życia
Ja chyba nigdy się nie zmienię
Mówią, żeby nie porównywać się do innych, tylko do siebie z przeszłości.
I się kurwa zastanawiam, jak łatwo wszystko potrafię spierdolić.
Do czego to kurwa doszło, że nawet ChatGpt zaczyna mi sugerować, że powinnam zerwać z chłopakiem...