Chyba nie będę daleki od prawdy, jeśli powiem, że przeżywamy obecnie w Polsce okres żywego zainteresowania literaturą Dalekiego Wschodu. Autorzy japońscy, koreańscy, nawet singapurscy tłumaczeni są może nie na potęgę, ale intensywnie. Powstają nawet wydawnictwa, których misją jest publikowanie poezji i prozy z tego rejonu świata; dobrym tego przykładem Tajfuny, warszawska oficyna wydawnicza, w której w ciekawej szacie graficznej, w rzetelnych tłumaczeniach wydawana jest proza japońska, wydawnictwo, które na fali popularności rozwija nieustannie swoją działalność, sięgając czy to do innych obszarów językowych, czy nawet planując drukowanie dalekowschodniej poezji.
Ważnym punktem na mapie tego zjawiska literackiego jest seria “Proza Dalekiego Wschodu” firmowana przez Państwowy Instytut Wydawniczy. Charakterystyczne czarne okładki, kilka premier rocznie, wznowienia klasyków, jak choćby Yukio Mishimy - wszyscy kojarzymy to z wysokiej jakości literatury z mało znanej, odległej kultury.
W latach 2019-2020 ukazały się w tej serii cztery powieści chińskiego autora, liczącego sobie obecnie 63 lata Yana Liankego. Trochę to tajemnicza postać. Żołnierz, snajper chyba, podobno wyrzucony z wojska, ale dalej pracujący na uniwersytecie wojskowym, mający problemy z cenzurą we własnym kraju, ale bez widocznych problemów podróżujący po świecie i wypowiadający się otwarcie na wiele tematów... Ale może to tylko dla mnie tajemnica, jak to wszystko się łączy. Może po prostu (nawet nie może - na pewno) za mało Chiny rozumiem.
Lianke był w Polsce tłumaczony i wydany bodajże raz wcześniej niż w PIW-ie, ale dopiero dzięki PIW-owskiej serii i zamieszczanym w niej przekładom Joanny Krenz, ze wszech miar świetnym, jeśli mogę to ocenić, możemy go poznać lepiej. A zdecydowanie warto.
Trudno wskazać jedną spośród tych czterech książek, którą można by polecić bardziej niż inne. Chyba najmniej podobały mi się (owszem, zabawne, ale jednak jakoś mi obce) Całusy Lenina. Historia epidemii AIDS, która wybuchła przy okazji handlu krwią w pierwszym okresie chińskiego boomu gospodarczego, opisana w Śnie wioski Ding, skleiła mi się jakoś z innym podobnym utworem, z powieścią Kronika sprzedawcy krwi autorstwa Yu Hua, niemal równolatka Yana. I przegrała to współzawodnictwo. Powieść Czteroksiąg, uważam, powinna się znaleźć na liście lektur obowiązkowych każdego, kto zamierza zapoznać się z literaturą mierzącą się z doświadczeniem totalitaryzmu. Jednak po lekturze Czteroksiągu towarzyszyło mi dłuższy czas wrażenie, że przez część kodu kulturowego nie sposób się tu przedrzeć, że sporo mi jednak umknęło. Te trzy książki przeczytałem z wielką przyjemnością. Yan Lianke tworzy literaturę wyjątkowej gęstości, najwyższej próby. Jednak chyba największe wrażenie wywarła na mnie czwarta z tych powieści, wydane u nas w 2019 roku Kroniki Eksplozji.
Może część z państwa pamięta jeszcze powracające (chyba najintensywniej w latach dziewięćdziesiątych) powtarzające się wezwania, a nawet debaty zbudowane na oczekiwaniu: kiedy wreszcie po przełomie roku '89 pojawi się u nas dzieło opisujące nową rzeczywistość, wymierzające sprawiedliwość naszemu czasowi? Chyba się nie doczekaliśmy. Czytając Kroniki Eksplozji, miałem wrażenie, że Chińczycy mają coś takiego, mają taką literaturę, a wśród tych tytułów na pewno jest ta właśnie powieść. Historia człowieka, który na zabitej dechami prowincji, nie mając nic, wyciąga się na absolutne wyżyny społeczne, przy czym robi karierę środkami (mierząc naszymi kryteriami) nie tyle nawet podejrzanymi, co po prostu nagannymi, a i kryminalnymi. A zarazem jest to historia człowieka, który w swoim dążeniu do sukcesu ciągnie za sobą całą lokalną społeczność.
Rozmawiałem o tej książce ze znajomymi i mówiłem o tym, jak wiele w niej odnalazłem z Chin, które znam osobiście, jak udanie pisarz sportretował tych ludzi, ten kraj, to społeczeństwo. Znajomi słuchali mnie, ale nagle jeden z nich zauważył, że on to czytał z zupełnie innej perspektywy. Dla niego to był też portret Polski przełomu lat '80 i '90. I muszę powiedzieć, że mnie olśniło. Opowiedziana przez Yana Liankego historia ma, rzeczywiście, wymiar (1) bardzo uniwersalny, powszechny; ma wymiar (2) bardzo chiński, ale my, Polacy pamiętający okres transformacji ustrojowej - (3) możemy się w niej przejrzeć w jeszcze inny sposób. Możemy odnaleźć rysy przypominające naszą najnowszą historię, tę, do której podobno nikt jeszcze w Polsce nie znalazł właściwego narracyjnego klucza.
Muszę przyznać, że po raz pierwszy od bardzo długiego czasu miałem takie uczucia i przemyślenia po lekturze obcej prozy. Może wręcz po raz pierwszy w życiu.