Małgorzata Lebda - Mer de Glace
Z poezją Małgorzaty Lebdy spotkałem się niedawno, a to za sprawą zbioru jej wierszy Sprawy ziemi. Znalazły się w tej książce wiersze z wcześniejszych trzech tomów poetyckich. Szwy tej konstrukcji wydawniczej nie zostały zatarte, ale czytając Sprawy ziemi miałem wrażenie, że to wyjątkowo spójna kompozycja, że poetka snuje przed oczami naszej wyobraźni (i przed uszami, ale o tym za moment) mit, czyli opowieść znaczącą, poświęconą sprawom najważniejszym - życiu rozumianemu jako zamieszkanie, życiu rozumianemu jako szukanie, budowanie, ocalanie domu. Opowieść ta, bardzo dramatyczna, zbudowana została z drobin jej małej ojczyzny, wsi zagubionej gdzieś na Sądecczyźnie. Zagubionej dla postronnych - odnalezionej szczęśliwie w poetyckim słowie.
Chyba z powodu (powiem szczerze) zauroczenia tą rozpisaną na wiele wierszy, ale spójną opowieścią ze Spraw ziemi, sięgnąłem po wydany w tym roku nowy tomik autorki - Mer de Glace. Sięgnąłem, przeczytałem i nie zawiodłem się. Rozpoznaję w tym tomie wiele tropów, które łączą tę książeczkę z wcześniejszymi pracami poetyckimi Lebdy. Ale widzę też tu pewne nowe akcenty.
Tym, co mnie szczególnie w tym nowym zbiorku poruszyło, jest uważność. Lebda w swoich wierszach bardzo często pisze, że przechodzi, przebiega świat. Ale nie przeszkadza jej to zauważyć człowieka i powiedzieć o tym, co zobaczyła, z pełnym współczucia dystansem. Jak w tym wierszu
Fuksja
Dom zamykający wieś wydaje jasne. Kobieta rozkłada
naczynia, uchyla okno, siada na parapecie, odpala papierosa
podnosi wzrok, zauważa kontur mojego ciała (musi być mocny
na tle lśniącej drogi), unosi dłoń, odpowiadam tym samym
Wchodząc w las, myślę o tym, kogo we mnie rozpoznała.
Odgłosy zwierząt wyostrza noc. Grab się chyli, chyli.
W drodze powrotnej zauważam, że światła są wyżej
przeniosła je z parteru na poddasze.
Wiem o niej sporo: paląc, odchyla głowę i opiera ją
o framugę, dba też o rozproszone światło dla fuksji,
stąd wybrała dla niej wschodnie stanowisko.
Potrafi rozpoznawać. Jada sama.
Jest w wierszach Lebdy specyficzny rytm. To zresztą bardzo dobrze zrobione wiersze, napisane przez kogoś o wyjątkowym słuchu poetyckim. W pozornie zupełnie swobodnej formie jej wiersza (jak w przeczytanej przeze mnie fuksji) z łatwością można odkryć to specyficzne frazowanie: krótkie, wyrzucane jak oddech długodystansowca zdania; kolejne takie segmenty dodawane jeden do drugiego, jak błyski światła na leśnej drodze - na przemian odkrywające przed nami świat i zakrywające go cieniem. W takich kolejnych rozbłyskach ujawnia poetka naszą samotność, bezradność, zagubienie, ale też naszą godność, jakby na przekór naszej nędznej kondycji.
Na koniec nie sposób nie wspomnieć o tej książce jako o przedmiocie. Rzecz została przygotowana nad wyraz starannie przez Wrocławski Dom Literatury i Wydawnictwo Warstwy, a za projekt odpowiada Joanna Skrzypiec-Żuchowska. Warstwy to dom wydawniczy o niezbyt długich tradycjach, ale jego zasługi dla wspólnoty książkofili są już olbrzymie. Wszystko: od wyboru materiałów drukarskich, przez projekt typograficzny, po wykonanie drukarskie - wszystko tu gra, pięknie uzupełnia słowo poetki, a jednocześnie samo w sobie daje tę szczególną satysfakcję, która bierze się z obcowania z pięknym przedmiotem.
Piękne wiersze, śliczna książeczka - do polecenia każdemu, kto nie boi się najnowszej poezji.









